"My się kierownika baliśmy". Czy bycie artystą usprawiedliwia bycie złym szefem?

- Czekałyśmy na piątki, bo wtedy często kierownika nie było. Mówiłyśmy sobie wtedy, że można normalnie popracować - wspomina była pracownica jednego z lubelskich domów kultury. Chodzi o jedną z najbardziej znanych miejskich instytucji kultury, w której - jak mówią jej byli i obecni pracownicy - źle się dzieje.
Zobacz wideo

Przed Sądem Rejonowym Lublin Zachód zakończył się proces pomiędzy Ewą (imię zostało zmienione) a kierownictwem Domu Kultury "Węglin", jednej z najbardziej rozpoznawalnych instytucji kultury w Lublinie. Poszło o wypowiedzenie, które Ewa złożyła ze skutkiem natychmiastowym, w myśl art. 55 Kodeksu pracy, czyli z winy pracodawcy. Napisała w nim, że zachowania, których doświadczała, mogły nosić znamiona mobbingu. Dyrekcja placówki uznała, że pracownica nie miała prawa odejść z dnia na dzień i złożyła pozew o odszkodowanie. Ewa odpowiedziała kontrpozwem.

Ewa w DDK "Węglin" przez pięć lat uczyła gry na pianinie. Była też akompaniatorką chóru, w którym śpiewają seniorzy. - Bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Wiele się od nich nauczyłam - wspomina. Lubi uczyć, dlatego zajęcia i z młodszymi, i ze starszymi zawsze były dla niej frajdą.

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

Monodramista rozsławia Lublin

Dzielnicowy Dom Kultury "Węglin" powstał w 2011 roku. Mieści się przy ul. Judyma. Ma też filię na  Wyżynnej. Dyrektorem jest Sławomir Księżniak, a kierownikiem programowym Mateusz Nowak, animator kultury, aktor, monodramista, recytator. Wielokrotnie nagradzany, reprezentujący Lublin w kraju i za granicą. Został m.in. laureatem Nagrody Miasta Lublin za rok 2018 m.in "za wybitne dokonania w dziedzinie upowszechniania kultury i sztuki żywego słowa". W 2016 roku - odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi, w 2017 Medalem 700-lecia Miasta Lublin, a w 2019 Odznaką Honorową "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Laureat nagród marszałka i ministra kultury. Osoba znana w Lublinie i ceniona za swoje artystyczne osiągnięcia.

Były wysoki urzędnik ratusza (prosi o zachowanie anonimowości) przyznaje: O tym, że jest problem z panem Nowakiem, wiadomo było już wcześniej. Mieliśmy sygnały, że w relacjach międzyludzkich jest osobą trudną. Ale to jest dobry artysta, zdobywa nagrody, reprezentuje Lublin. I mimo że dochodziły do nas głosy, że nie ma predyspozycji do zarządzania ludźmi, pozostawał kierownikiem.

"Jest człowiekiem nastroju"

W sądzie Ewa zeznała: "Pan Mateusz jest znany z impulsywnego i wybuchowego charakteru (...) Jego współpraca z ludźmi pozostawia wiele do życzenia. Uważam, że nie panował nad swoimi emocjami (...) Jest człowiekiem nastroju. Potrafi się zmienić w swoim zachowaniu w ciągu godziny. (...) Jego słynnym tekstem jest taki, że on nas wszystkich nauczy pokory". Na porządku dziennym były pretensje - o minutowe spóźnienie, o niewrzucenie w odpowiednim momencie informacji czy zdjęcia na Facebooka, o niewłaściwe zwracanie się do przełożonych. - Ja na przykład dostałam maila, że nie widzi współpracy, jeśli go za coś tam nie przeproszę. I jeśli nie przeproszę dyrektora. Takie żądanie przeprosin - opowiada.

O atmosferze w Domu Kultury "Węglin" rozmawialiśmy z kilkunastoma byłymi i obecnymi pracownikami tej placówki. Relacje są bardzo podobne do tego, co mówi Ewa. Niektórzy wyznali, że przez stres spowodowany atmosferą w pracy korzystali lub korzystają z pomocy terapeuty albo lekarza. 

Presja na wyniki

Pan Maciej (imię zmienione) pracował na "Węglinie" ponad siedem lat - uczył dzieci gry na gitarze, prowadził też zespół muzyczny dla dorosłych. Odszedł, bo mu podziękowano. Oficjalnie dlatego, że nie wykazywał "dodatkowej aktywności". - Nie zgadzam się z tym zarzutem. Zawsze wywiązywałem się z umowy. A oczekiwania, które mi stawiano, nie były dokładnie sprecyzowane. Ktoś oczekuje, że ja mam coś zrobić, tylko wcześniej mi tego nie mówi wprost - opowiada nasz rozmówca. Podaje przykład - wstawianie na portale społecznościowe informacji o wydarzeniach w domu kultury. Pan Maciej podkreśla, że nie było dokładnych wytycznych, jak taka notatka ma wyglądać. Ale niemal zawsze były pretensje, że wygląda niewłaściwie. - Ludzie dostawali za to po głowie - opowiada. On sam z jednej strony wielokrotnie słyszał uwagi, że za mało się angażuje, z drugiej - gdy zaproponował zorganizowanie koncertu kolęd - usłyszał "nie".

Mężczyzna ocenia, że faktyczną przyczyną zakończenia z nim współpracy był konflikt, do którego doszło w relacji z kierownikiem. Gdy raz przyszedł na zajęcia z grupą, dostał do wypełnienia rachunek, w którym były błędy. Jako że zespół dopiero się rozkładał, podłączano instrumenty, pan Maciej ze swojej komórki wysłał maila w tej sprawie do Mateusza Nowaka. - W odpowiedzi dostałem pytanie, czy mi się nudzi, że w trakcie zajęć wysyłam do niego maile. Coś w tym stylu. Odpisałem, że jest początek zajęć, że akustyk dopiero podłącza zespół, a ja chciałem swoją sprawę wyjaśnić od razu, na bieżąco. Napisałem też, że jeśli ma do mnie jakiś personalny problem, to możemy o tym porozmawiać. I wtedy poszła lawina, napisał mi, że jestem arogancki i bezczelny, że nie będzie wysłuchiwał takich rzeczy - tłumaczy. Plus presja na wyniki.  - Wymagali ode mnie, by dzieci, które raz w tygodniu przychodziły na zajęcia, jeździły na konkursy, przywoziły nagrody, dawały koncerty.  A to przecież nie jest szkoła muzyczna. Te dzieci grają głównie dla przyjemności.

Audyt "nieprawidłowości"

Wiosną do ratusza trafił anonimowy list - skarga na to, co dzieje się w Domu Kultury "Węglin". Z konkretnymi zarzutami, opisami sytuacji, nazwiskami. Urzędująca od stycznia wiceprezydent Lublina, Beata Stepaniuk-Kuśmierzak (której podlega kultura) zarządziła kontrolę. Bo choć to anonim, informacje w nim zawarte wydały jej się poważne.

W instytucji przeprowadzono m.in. ankietę antymobbingową. - Zdecydowałam o przeprowadzeniu w tej instytucji kontroli, której celem było zbadanie klimatu organizacyjnego w tej placówce i relacji pracowniczych na linii kadra zarządzająca - pracownicy - tłumaczy Stepaniuk-Kuśmierzak. - Wyniki nie potwierdziły jednoznacznie faktów czy sytuacji podnoszonych w anonimie. Jednak w naszej ocenie płyną z  niej sygnały, że część pracowników nie czuje się komfortowo w pracy, głównie ze względu na relacje z przełożonymi. Właśnie dlatego wezwałam pana dyrektora Sławomira Księżniaka na spotkanie, poprosiłam o wyjaśnienia i wyraziłam oczekiwanie, że do tego typu sytuacji w przyszłości nie będzie dochodziło - mówi Stepaniuk-Kuśmierzak i podkreśla, że nie będzie zgody władz Lublina na jakiekolwiek nieprawidłowości. O szczegółach mówić nie chce, ale podaje przykłady. W ankietach pracownicy zwrócili uwagę m.in. na nieprawidłowe wydawanie poleceń przez przełożonych czy na nadgorliwość w kwestii terminów. - Od pana dyrektora usłyszałam zapewnienie, że takie sytuacje się nie powtórzą - dodaje.

Jednak jak wynika z naszych informacji, już po tej rozmowie z placówki odeszły kolejne osoby (w sumie rotacja na przestrzeni kilku lat w dzielnicowym domu kultury to ok. 20 osób). Swego czasu jedna z osób do szefostwa wysłała maila, w którym pisała wprost, że w DDK "Węglin" nie traktuje się pracowników z szacunkiem i że przekracza się granice godności (maila wysłała także do wiadomości innych pracowników). 

Beata Stepaniuk-Kuśmierzak zapewnia, że sprawy nie zostawi - pierwotnie planowała, że w placówce pojawi się kolejna kontrola, w październiku. Dziś nie wyklucza, że stanie się to wcześniej.

Sam dyrektor Dzielnicowego Domu Kultury "Węglin" Sławomir Księżniak nie chciał się z nami spotkać. Zasłonił się ogromem obowiązków. Poprosił o pytania mailem. Wysłaliśmy ich kilkanaście. Nie odpowiedział praktycznie na żadne. Przysłał jedynie kilka zdań, zapewniając, że ankieta antymobbingowa wypadła dobrze. "Przeprowadzony został przez Wydział Audytu i Kontroli audyt doradczy, którego przedmiotem było w szczególności występowanie mobbingu w miejscu pracy. W toku audytu nie stwierdzono nieprawidłowości w funkcjonowaniu instytucji" - czytamy w mailu. Co innego powiedziała nam Stepaniuk-Kuśmierzak.

"Czekałyśmy na piątki"

Ostatecznie sąd odszkodowania żadnej ze stron nie przyznał, ale z ustnego uzasadnienia (pisemnego na razie jeszcze nie ma - przyp. red.) wynikało wprost, że pracownica miała prawo odejść z dnia na dzień. Ze względu na fatalną atmosferę i stosunki panujące w miejscu pracy.

- Z treści samego wyroku należy wywodzić, że sąd nie potwierdził, aby to rozwiązanie, na które zdecydowała się pracownica, było nieuzasadnione - mówi sędzia Barbara Markowska, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Lublinie. - Sąd uznał, iż występowały nieprawidłowości. W ustnym uzasadnieniu padły też słowa o tym, że stosunki i relacje, atmosfera w domu kultury były niewłaściwe. Sąd wskazał, że pracownicy nie byli wystarczająco chronieni przed potencjalnie mogącym wystąpić mobbingiem - dodaje mecenas Katarzyna Leszczyńska, pełnomocniczka pani Ewy przed sądem.

Justyna (imię zmienione) opowiedziała nam o "przesłuchaniach". Tak nazywane są długie rozmowy kierownika i dyrektora z pracownikiem. Dwóch na jednego/na jedną. - Taka rozmowa trwa nawet 2-3 godziny - opowiadała. Jedno z takich "przesłuchań", tuż przed wakacjami, zakończyło się zabraniem jednej z pracownic karetką pogotowia na SOR. Justyna w DDK "Węglin" wytrzymała dwa lata. - Doszło między nami do nieporozumienia w prywatnej rozmowie, podczas spotkania ze znajomymi. Następnego dnia w pracy, nazwijmy to kolokwialnie, rozpoczął się sajgon. Pan kierownik zaczął unikać ze mną rozmów, również merytorycznych. Ignorował mnie totalnie. Coś ustalaliśmy, a on potem mówił, że pierwsze słyszy - opowiada. Tak jak inni uznała, że ma dość.

Kolejny pracownik: - Nazwę to po imieniu, choć wiem, że to mocne słowa. To była przemoc psychiczna. My się kierownika baliśmy. Moim zdaniem, dyrektor doskonale o tym wiedział, ale nie reagował.

Pani Ewelina (imię zmienione), pełniąca jedną z funkcji kierowniczych, odeszła z dnia na dzień. Po pięciu latach pracy. Z naszych informacji wynika, że od dłuższego czasu ustalała z kierownictwem, że z przyczyn rodzinnych musi wziąć półroczny urlop bezpłatny i wyjechać za granicę. Ale w końcu usłyszała, że o urlopie nie ma mowy. Nie wytrzymała. - Gdy jeszcze tam pracowałam, czekałyśmy na piątki, bo wtedy często pana Nowaka nie było. Mówiłyśmy sobie wtedy, że piątek to dzień, w którym można normalnie popracować - opowiada jedna z pań. 

Od lat nikt z tym nic nie zrobił

Kierownik programowy Mateusz Nowak spotkał się z nami w lubelskiej redakcji TOK FM, ale chciał rozmawiać jedynie nieoficjalnie. Rozmowa trwała około półtorej godziny. Prosił, by jej nie cytować. Zaprzeczał, że opisywane przez naszych rozmówców praktyki miały miejsce.

Zadeklarował, że na nasze pytania odpowie mailem, ale tego nie zrobił. W zamian przysłał informację, że... nie wyraża zgody na "przetwarzanie jakichkolwiek swoich danych osobowych, a zwłaszcza imienia, nazwiska, wizerunku". "Tym samym nie wyrażam również zgody na upublicznienie jakichkolwiek moich danych osobowych: w siedzibie redakcji, w Internecie, prasie, telewizji, radio oraz innych mass mediach" - pisał (jeśli pełni funkcję publiczną, nie może żądać ochrony swoich danych, w tym wizerunku - red).

Ewa: - Bardzo mnie boli to, że od lat nikt z tym nic nie zrobił. Jestem zmęczona słuchaniem wypowiedzi byłych i obecnych pracowników DDK "Węglin", że jest im ciężko. Jest we mnie głębokie poczucie niesprawiedliwości, niezgody i bezradności, ponieważ uważam, że nikt z nas nie zasłużył na takie traktowanie. Jeśli pracujemy uczciwie i dajemy z siebie 100 procent, to nie powinno być normą, że pracownik przychodzi roztrzęsiony do pracy. Uważam, że należy reagować, należy być uważnym na wszystkie oznaki przekraczania granic, nadużycia władzy, nieumiejętności komunikowania się z pracownikami. Mam nadzieję, że to moje działanie będzie momentem, w którym być może także inne osoby, które przeżywają podobne sytuacje w pracy, wyciągną z tego wnioski i zawalczą o swoje. Może odrobinę wcześniej niż ja.

Kontakt do autorki tekstu: problem@tok.fm

Pobierz Aplikację TOK FM i słuchaj sprytnie:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM