W Nigerii mówili o niej, że jest "biała". W Polsce hejt poznała tak dobrze, że napisała o nim doktorat

Margaret Amaka Ohia krótko po urodzeniu wyjechała z Polski do Nigerii, ojczyzny swojego ojca. Nie czuła się tam u siebie - mówiono o niej, że jest "biała". Chciała przyjechać do Polski, by tu wtopić się w tłum... To, co spotkało ją po powrocie, skłoniło ją do wyboru takiej a nie innej drogi zawodowej - jest polonistką i edukatorką kulturową.
Zobacz wideo

Dr Margaret Amaka Ohia-Nowak jest córką Polki i Nigeryjczyka. Wychowywała się głównie w Polsce, skończyła polonistykę, jest językoznawczynią i medioznawczynią. Pracuje też jako edukatorka międzykulturowa, prowadzi warsztaty. Sama doskonale wie, czym jest hejt i dyskryminacja.

W Nigerii była biała

Margaret albo raczej pani Małgosia urodziła się w Polsce, ale niedługo potem z mamą i rodzeństwem wyjechała do Nigerii, do ojca. Tam doszło do tragedii - tata zginął w wypadku samochodowym kilka dni po ich przyjeździe. Zostali sami, w nieznanym kraju, w innej kulturze. Wrócili do Polski, gdy mała Małgosia miała sześć lat.

Pamięta, że bardzo chciała wrócić, bo mimo ciemnego koloru skóry w Nigerii była "obca". Mówiono, że jest "biała". Liczyła, że gdy przyjedzie do Polski, będzie taka jak inni, że wtopi się w tłum. Tyle że życie pokazało coś zupełnie innego. - Zostałam okrzyknięta przez wielu kolegów Murzynkiem Bambo. To wspomnienia dość drastyczne, ale jednocześnie takie, które mnie ukształtowały jeśli chodzi o poczucie przynależności, o tożsamość - dodaje nasza rozmówczyni. Doskonale wie, jak to jest być tą "inną" - opowiada o tym w filmie o sobie:

 

Małgosia niejednokrotnie odczuła na sobie pokutujące stereotypowe myślenie, np. często słyszy komunikat: "Świetnie mówi pani po polsku". Jakby rozmówcy nie rozumieli, że kolor skóry nie świadczy o znajomości języka. - Wtedy zdarza mi się odpowiadać takiej osobie: "Pan/Pani też" - mówi.

A ona świetnie mówi po polsku, bo jest Polką, tu się urodziła i wychowała; tu skończyła szkoły i studia - polonistykę. Tu napisała doktorat na filologii polskiej, zatytułowany "Językowe mechanizmy dyskryminacji rasowej". Zajęła się zawodowo tym, co zna z własnych doświadczeń, czyli dyskryminacją w języku. Wie, czym jest różnorodność, promuje ją, podejmuje działania przeciwko nienawiści.

Poza tym, że pracuje naukowo, Małgosia jest też lektorką języka polskiego dla obcokrajowców. - Raz, gdy prowadziłam zajęcia ze studentami, uczestnicy pytali, gdzie jest osoba, która ma ich uczyć. Wzięto mnie za studentkę, która sama dopiero uczy się języka - opowiada. To, czego doświadcza, to mikroagresje, które są niezamierzonymi formami dyskryminacji.

"Jestem atrakcją"

Małgosia na co dzień opowiada o swoich doświadczeniach dwukulturowości w Polsce, w której mieszka i pracuje. W kraju, w którym wciąż są tacy, którzy postrzegają ją głównie przez pryzmat stereotypów, związanych głównie z jej kolorem skóry, dla niektórych nadal jest "atrakcją".

- Jestem trenerem edukacji międzykulturowej, co daje dużą satysfakcję. A stałam się ekspertką w tym zakresie na podstawie swoich doświadczeń "bycia inną". To, co sama przeżyłam, dało mi narzędzia do pracy z ludźmi - opowiada.

Jak mówi, na ulicach miast widać różne kultury, różne sposoby ubierania się, słychać różne języki. To może i powinno ze sobą współistnieć, dlatego - jak podkreśla - warto mówić o tolerancji, rozmawiać, edukować już od najmłodszych lat. - Ważna jest praca z dziećmi, ale również z dorosłymi. Uwrażliwianie ich, wyrabianie w nich empatycznego podejścia do życia. Chodzi o usuwanie z naszego myślenia określonych stereotypów - tłumaczy Margaret Ohia-Nowak.

Jak podkreśla, wszyscy rodzimy się międzykulturowo kompetentni. - Mamy w sobie otwartość na świat i empatię na drugiego człowieka. Świadomość i zrozumienie różnic przychodzą z czasem - w procesie socjalizacji i edukacji - dodaje. Dlatego tak ważne są bodźce i sygnały, które do nas docierają.

Zdaniem pani Małgorzaty, dziś w Polsce brak jest wrażliwości na to, jak nasze słowa zrozumie odbiorca. Przypomnijmy wypowiedź wiceprezydenta Gdyni, który na jednym z portali społecznościowych napisał o tym, że "murzyńskie dzieci rodzą się białe, a potem dopiero nabierają koloru, kąpiąc się codziennie w takiej wodzie". Obok znalazło się zdjęcie brudnej wody i kąpiących się w niej ciemnoskórych dzieci.

- Jest nastawienie na to, co JA chcę powiedzieć, w jaki sposób JA chcę wyrazić swój pogląd - bez świadomości, że są ludzie, których dany komunikat może obrazić czy dotknąć - mówi pani doktor. - Takie wypowiedzi po prostu mogą boleć tych, którzy są ich adresatami - dodaje językoznawczyni. - Zawsze trzeba sobie zdawać sprawę, że jeśli coś mówimy, to ta wypowiedź będzie miała jakieś konsekwencje w umyśle odbiorcy - przekonuje.

Pobierz Aplikację TOK FM, posłuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

Nasza rozmówczyni komunikacją językową zajmuje się zawodowo razem z mężem, prof. Pawłem Nowakiem z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Oboje obserwują to, co dzieje się z językiem. - Od dłuższego czasu widać brutalizację języka. Pojawia się coraz więcej wypowiedzi, które są na granicy. Herbert powiedziałby, że na granicy smaku - mówi prof. Nowak. - Słowa czynią świat. Są sprawcze, powodują, że coś się dzieje albo się nie dzieje - przekonuje nasz rozmówca. - To, co mówimy i jak mówimy, wymaga wyczucia, empatii, rozumienia drugiej osoby, smaku. I dostrzeżenia pewnej granicy, za którą robi się krzywdę drugiemu człowiekowi. Dlatego nie można sobie pozwolić na jej przesuwanie - dodaje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM