Cieszymy się z wysokiej frekwencji w wyborach. A co, jeśli to zły znak? [FELIETON]

Dobrze, że Polacy poszli do urn tak licznie, źle, że zrobili to "czując" mniemaną podłość swych przeciwników. Gdy nadmiernie zaufa się "czuciu", zasypia rozum - komentuje Maciej Musielak.
Zobacz wideo

Wysoka, ponad 60-procentowa frekwencja wyborcza to zły znak. Pośród zachwytów nad wzmożeniem obywatelskim rodaków, którzy wreszcie gremialnie poszli do urn, niepopularne to stwierdzenie, śpieszę więc wyjaśnić swój niegrzeczny tok rozumowania.

Wolisz słuchać niż czytać? Zrób to wygodnie - w aplikacji TOK FM:

Polacy są podzieleni - to banał odmieniany przez wszystkie przypadki, sączony ze wszystkich informacyjnych szczelin naszej rozgadanej rzeczywistości. Ten podział jest głęboki - to także prawda oczywista. Rozcięto nas ostrą klingą ideowych, czasem ideologicznych podziałów. Sięgają one raczej "czucia" niż rozumu i nie zawsze dają się zbadać "szkiełkiem i okiem". Jedno nie ulega jednak wątpliwości - obie strony sporu przestały (albo po prostu nie zaczęły) słuchać się nawzajem.

Zwolennicy szeroko rozumianego obozu "prawicy" (cudzysłów jest tu niezbędny, o czym za chwilę), naprawdę są przekonani, że liberałowie, lewicowcy, czy postępowcy to horda barbarzyńców, która chce zniszczyć wszystko co im, "konserwatystom", jest drogie. Celem progresywistów, rozumują (albo raczej: ”czują”) "prawicowcy", jest po prostu niszczenie starego, sprawdzonego ładu, bez oglądania się na świętości, bez refleksji, bez próby choćby uszanowania tego co ważne dla narodu. Na gruzach starego chcą zbudować nowe, ot, po prostu, z chęci niszczenia, burzenia i kształtowania świata oraz człowieka na swój obraz i podobieństwo. Nie przychodzi "konserwatystom" do głowy ( a jeśli tak, to szybko się z tą myślą żegnają), że druga strona też ma dobre intencje, że szczerze wierzy w to, iż projekty określane jako progresywne mogą pomóc państwu, społeczeństwu, człowiekowi. Czy rzeczywiście tak jest, to inna sprawa, rzecz w tym że zakłada się złą wolę ideowego przeciwnika, czyli drugiego człowieka po prostu. I dlatego właśnie cudzysłowem trzeba opatrzyć rzekomą prawicowość, czy konserwatyzm tej strony sporu. Pod naszą szerokością geograficzną postawy te muszą łączyć się z co najmniej otwarciem na wartości chrześcijańskie. A naczelną zasadą tych ostatnich jest miłość bliźniego rozumiana jako akt woli – chcę czynić dobro innemu człowiekowi, choć nie popieram jego poglądów. Sprzeciwiam się temu co głosi, ale robię wszystko by go nie skrzywdzić. Takich postaw jest boleśnie mało po stronie określającej się jako konserwatywna, czego przykłady można mnożyć.

Po drugiej stronie klingi także brak zrozumienia dla tego, że postawy opisane powyżej nie są jedyne, ostateczne, a przede wszystkim nie wyczerpują bogactwa myśli rosnącej na konserwatywnym polu. Od Tomasza z Akwinu po profesora Swieżawskiego, od lorda Actona po Rogera Scrutona - konserwatyzm może być ożywczy i ponętny intelektualnie! Progresywiści zdają się tego nie zauważać, wpychając wszystkich swych ideowych przeciwników do kruchty, nie zauważając, że tuż za nią znajduje się wnętrze Kościoła. A w nim papież Franciszek, ojciec Oszajca, biskup Polak i wielu, wielu innych, którym prawdziwy europejski konserwatyzm jest drogi.

Po obu stronach klingi wrze. Nie ma litości dla przeciwników, czasem objawi się to upiornym światłem nienawistnego wpisu w Internecie, czasem wysączy jadowicie z radiowego, czy telewizyjnego programu publicystycznego. Coraz mniej jest sporów, które są esencją demokracji, coraz więcej walenia komunikacyjną maczugą. I to właśnie, moim zdaniem, jest jedną z głównych przyczyn wysokiej frekwencji w ostatnich wyborach. Dobrze, że Polacy poszli do urn tak licznie, źle, że zrobili to "czując" mniemaną podłość swych przeciwników. Gdy nadmiernie zaufa się "czuciu", zasypia rozum. A wiemy dobrze, co się budzi, gdy on smacznie śpi…

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM