Jak wyglądają doświadczenia na zwierzętach w Polsce? "One cierpią, aplikuje się produkty na wrażliwe części ciała"

Jak wyglądają w Polsce testy na zwierzętach? Czy tak jak na głośnym filmie nagranym niedawno w niemieckim Laboratorium Farmakologii i Toksykologii w Hamburgu, na którym widać cierpiące psy i małpy? Zapytaliśmy Cezarego Wyszyńskiego z Fundacji Viva.
Zobacz wideo

Organizacje prozwierzęce wraz z dziennikarzami niemieckiego programu "FAKT" i dziennika "Süddeutsche Zeitung" ujawnili cierpienia małp, psów i kotów, na których testy przeprowadza LPT. Na filmie nakręconym ukrytą kamerą widać m. in. małpy z obręczami na szyjach, które przymocowane są do stalowych konstrukcji przypominających fotele. Niektóre z nich obracają się z dużą prędkością wokół własnej osi. Zwierzętom wstrzykiwano też za pomocą sondy leki do żołądka. Z Cezarym Wyszyńskim z Fundacji Viva rozmawiamy o doświadczeniach na zwierzętach w Polsce. 

Co testujemy w Polsce na zwierzętach?

Cezary Wyszyński: Środki chemiczne do czyszczenia, chemię domową, środki ochrony roślin, substancje wykorzystywane przy produkcji lekarstw. Zwierzęta są też wykorzystywane w procesie dydaktycznym.Robi się na nich sekcje, uczy zabiegów na uczelniach weterynaryjnych i medycznych.

Testy chemii wyglądają mniej więcej właśnie jak w tym niemieckim laboratorium. Aplikuje się półprodukty lub gotowe produkty na wrażliwe części ciała - oko, skórę lub do żołądka. Zwierzę cierpi, ponieważ te substancje są często toksyczne lub żrące. Po testach los zwierząt jest różny - czasami są uśmiercane, a czasami oddawane do adopcji - zależnie od nastawienia placówki. Istotny jest też stan zwierząt po eksperymencie.

A jakie są alternatywy dla tych praktyk?

- Jeśli chodzi o ten ostatni punkt, czyli procesy dydaktyczne, to położenie większego nacisku na pracę pod okiem lekarza weterynarii przy prawdziwych zabiegach ratujących życie. Jest też wiele bardzo dokładnych programów komputerowych. Uczyć się można na wirtualnym zwierzaku, któremu aplikuje się różne substancje i widzi, co się z nim dzieje, jak reaguje.

Są też sztuczne tkanki, sztucznie wyhodowane, które nie mają systemu nerwowego, mózgu. Na nich można testować różne rzeczy. Są też tzw. organs on chips - sztuczne organy w wersji miniaturowej, mają po kilka milimetrów. Są szeroko rozumiane metody modelowania komputerowego, metody symulacji, dzięki którym da się przewidzieć efekty danej procedury.

Dużą firmą, która nie testuje na zwierzętach, a produkuje chemię gospodarstwa domowego, jest niemiecka firma Frosch. 

Jaka jest skala testów na zwierzętach w Polsce?

- Wiadomo, że wykorzystywanych jest ponad 150 tys. zwierząt, są to głównie myszy i szczury, kilka lub kilkanaście kotów i psów, czasem zwierzęta gospodarskie. Każdy eksperyment musi być zawnioskowany do lokalnej komisji etycznej. W Polsce jest ich jedenaście. Badają, czy to doświadczenie ma sens, czy nie było już wcześniej robione, czy nie ma alternatywnej metody. Takim ośrodkiem wykorzystującym zwierzęta jest na pewno każda uczelnia medyczna czy weterynaryjna.

Czy są inicjatywy zmierzające do ograniczenia takich testów?

- Jest tendencja do tego, żeby ich robić coraz mniej. Nawet ostatnia dyrektywa unijna stawia takie ograniczenia. Od dwóch lat obowiązuje zakaz wprowadzania do obrotu kosmetyków testowanych na zwierzętach na terenie Unii Europejskiej. Kolejnym celem jest zakaz obrotu chemią domową tak testowaną. Na pewno publikacja takich filmów, jak ten z laboratorium w Niemczech pomaga w dążeniu do tych celów.

Tu można podpisać petycję przeciwko testom w laboratorium Hamburgu.

DOSTĘP PREMIUM