Stawiszyński: Nędza postanowień noworocznych. To najgorszy możliwy sposób wprowadzania zmian

Powiedzmy sobie wprost - statystki są bezwzględne. Niezależnie od tego, jak bardzo wierzymy w sukces; niezależnie od tego, jak entuzjastycznie w punkcie wyjścia oceniamy siłę własnej motywacji; niezależnie od tego jak błahe albo ambitne decydujemy się poczynić plany; otóż, niezależnie od tego wszystkiego - prawie 90 procent osób podejmujących postanowienia noworoczne nie jest w stanie wcielić ich później w życie.

Zarazem jednak – pomimo tych opłakanych perspektyw – wciąż z zapamiętaniem sporządzamy pod koniec grudnia jakieś pękate listy zobowiązań. W mentalnych albo papierowych notesach zapisujemy kolejne mniej lub bardziej realistyczne zamierzenia. Uporczywie wyobrażamy sobie jak też będzie wyglądało nasze życie w tym kolejnym, nadchodzącym roku, który – to przecież oczywiste – będzie od poprzedniego fundamentalnie inny. I w którym – właśnie dlatego – uda się nam wreszcie zrealizować bodaj wszystko, czego jak dotąd zrealizować nie byliśmy w stanie. Skrupulatnie odliczamy więc dni, godziny, a potem sekundy dzielące nas od tej magicznej chwili, kiedy to przesuwające się wskazówki zegarka (czy raczej cyfry na wyświetlaczu naszego smartfona) nieodwołalnie odeślą stary rok w przeszłość i ogłoszą nadejście Nowej Ery. Każdy taki początek jest oczywiście niebywale ekscytujący. W formie wysoce skondensowanej mieści w sobie pełnię możliwości, które, bez wyjątku, wydają się przed nami rozpościerać. Oto właśnie – myślimy – świt wielkiej przemiany. Zaraz nasze życie ulegnie radykalnej transformacji.

Ten specyficzny stan czy raczej specyficzny proces wyobrażeniowo-myślowy doczekał się nawet specjalnego terminu we współczesnej psychologii: syndrom fałszywej nadziei. Człowieka dotkniętego tym syndromem cechuje – mówiąc w największym skrócie – zupełnie nierealistyczna ocena nie tylko jego własnych możliwości dokonania zmiany, ale także potencjalnych korzyści, jakie może to ze sobą przynieść.

Ktoś taki, podejmując noworoczne zobowiązania, żywi jednocześnie głębokie przekonanie, że zrealizuje je wszystkie w sposób płynny i bezproblemowy. Ewentualnie – z drobnymi trudnościami. Kiedy zaś już mu się to uda – i posiądzie nareszcie upragnioną sylwetkę, spotka upragnioną osobę, albo też w ogóle zdobędzie to, czego w danym momencie pragnie – jego życie nareszcie się odmieni. Trudności i komplikacje – charakterystyczne dla mozolnej codzienności – rozpłyną się w powietrzu. Na ich miejscu pojawią się ekscytacja i zadowolenie. Od tej pory wszystko już będzie szło gładko i płynnie. Zapanują spokój i szczęście. Wreszcie będzie można odetchnąć z ulgą. Wreszcie będzie tak, jak powinno być.

Brzmi znajomo? Cóż, w mniejszym lub większym stopniu wszyscy podlegamy tego rodzaju mechanizmom, wszyscy bowiem mamy psychikę i wyobraźnię. One zaś – jak to w XX wieku pokazało kilku przenikliwych myślicieli, na przykład James Hillman czy Nicholas Goodrick-Clarke – funkcjonują tyleż w oparciu o mechanizmy racjonalnego myślenia, ile na bazie sugestywnych obrazów stanowiących budulec mitologii i kultów religijnych. Zaś mit wiecznego początku czy też „wiecznego powrotu” – jak to w tytule pewnej swojej książki ujął Mircea Eliade, inny XX-wieczny specjalista od tego rodzaju spraw – jest jedną z najpotężniejszych narracji, jakich świadomie bądź nieświadomie używamy do rozumienia i porządkowania swojego doświadczenia.

Problem polega tylko na tym, że, po pierwsze, czasami zupełnie tracimy nad tymi wyobrażeniami kontrolę i zaczynają one w naszych głowach żyć w sposób autonomiczny. I po drugie – że współczesna kultura ochoczo podsyca w nas tego rodzaju imaginacje, bynajmniej nie po to, żebyśmy byli faktycznie szczęśliwsi, ale głównie po to, żebyśmy chętniej korzystali z rozmaitych ofert czy usług dostępnych na rozległym rynku psychopomocy.

Zwróćmy też uwagę, że podejmowanie noworocznych zobowiązań to – wedle specjalistów zajmujących się decyzyjnością i zmianą nawyków – jeden z najgorszych możliwych sposobów wprowadzania w życie jakichkolwiek modyfikacji. Jeśli mielibyśmy wyobrazić sobie kompozycję czynników najmniej sprzyjających sukcesowi w tej materii, postanowienia noworoczne z pewnością uplasowałyby się w ścisłej czołówce. Zniewalająca magia jaką generuje ów moment przejścia – północ, 31 grudnia – wygrywa jednak bezapelacyjnie zarówno z mądrością płynącą z doświadczenia (bo przecież doskonale pamiętamy, że w poprzednich latach nigdy nie udawało się nam tych postanowień zrealizować), jak i ze współczesną wiedzą o tym, w jaki sposób należy skutecznie rozmontowywać szkodliwe nawyki (stopniowo, mierząc siły na zamiary i chodząc ze sobą na nieustanne kompromisy).

Zarazem – no właśnie – w tym corocznym rytuale odzwierciedla się jakiś uniwersalny schemat, jakaś psychologiczna prawidłowość, której zasięg nie ogranicza się wyłącznie do fenomenu noworocznych postanowień.

Pełne kontinuum

Jak ją zdefiniować? Może tak: przemożne pragnienie nowego początku bierze się z jednej strony z jakiejś naszej głębokiej, najczęściej nieświadomej niezgody na bezradność, przemijalność i ograniczenie, a zatem, niestety, nieodłączne i nieprzekraczalne składniki ludzkiej kondycji. Z drugiej – ze specyficznego błędu poznawczego, a mianowicie z oczekiwania na wystąpienie jakościowego skoku tam, gdzie panuje doskonała ciągłość.

Wielkie przeobrażenia, radykalne metamorfozy, przełomowe punkty, po których nic już nigdy nie jest takie, jak wcześniej, zdarzają się – owszem – ale głównie w świecie naszych imaginacji, w mitach, powieściach, filmach czy anegdotach. W doświadczeniu natomiast – jakkolwiek istnieją od tej reguły wyjątki, niekiedy nawet spektakularne – mamy zazwyczaj do czynienia z płynnym kontinuum, w którym zmiany rozciągają się w czasie, a problemy piętrzą i narastają, w związku z czym nie da się ich nijak rozproszyć za jednym zamachem, z pomocą jakiegoś efektownego cięcia. Nie znaczy to oczywiście, że takich cięć nie dokonujemy, albo że ich nigdy nie powinniśmy dokonywać. Znaczy to tylko i wyłącznie, że sieć zależności, w której funkcjonujemy, i którą tylko w niewielkim stopniu aktywnie współtworzymy – bo znacznie więcej niż nasze świadome „ja” do powiedzenia mają tu geny, pochodzenie, klasa społeczna, ustrój polityczny i kultura – nader niechętnie poddaje się magicznym przeobrażeniom. Wszelkie zmiany następują zazwyczaj stopniowo, wymagają wysiłku i konsekwencji.

No i rzadko kiedy idzie z nimi w pakiecie poczucie szczęścia, spełniania i fundamentalnego spokoju. Starożytni Grecy słusznie powiadali „Nie nazywaj człowieka szczęśliwym póki żyje”. Ta głęboka myśl zawiera wszak istotne spostrzeżenie: tak zwane szczęście nie jest stanem permanentnym. Jeśli w ogóle się zdarza to tylko jako ulotna chwila, spektakularny błysk. Obecne we współczesnej kulturze obsesyjne poszukiwanie satysfakcji – rozumianej zazwyczaj jako brak jakiegokolwiek dyskomfortu – jest wyrazem zdecydowanie mniej rzetelnej antropologii niż ta, z której wyrasta to trzeźwe, greckie rozpoznanie.

Ale w warunkach współczesnego kapitalizmu – systemu wyspecjalizowanego tyleż w zaspokajaniu pragnień i potrzeb, ile w ich skrupulatnym wytwarzaniu, a następnie dostarczaniu środków uśmierzających te nowopowstałe deficyty – machina produkująca ofertę środków obiecujących rozmaite miraże działa w sposób perfekcyjny. Rozliczne reklamowane wszem i wobec warsztaty czy techniki – od coachingu po "odzyskiwanie duszy” – obiecują w gruncie rzeczy jedno. Jakiś rodzaj pewności w świecie, który dawno już wypadł z ram, i w którym pewność, pod postacią takiego czy innego fundamentalizmu, istnieje już wyłącznie jako neurotyczny mechanizm obronny albo ideowa racjonalizacja przemocy.

Przemocowe i totalitarne

Bo też faktycznie w tym nieustającym oczekiwaniu na wielką przemianę, na szczęście i satysfakcję, na spełnienie i zadowolenie, na pozbycie się blokad, hamulców, symptomów czy niedogodności, otóż w tym nieustającym oczekiwaniu na tego rodzaju stan jest coś z gruntu przemocowego, coś totalitarnego.

Czy bowiem nie w ten właśnie sposób działa w istocie totalitarna mentalność? Trwająca w niecierpliwym oczekiwaniu na ostateczne zbawienie, komunizm, zunifikowane rasowo społeczeństwo czy cokolwiek innego, co definiowane jest jako finalna stacja, produkt wielkiej przemiany, cel, po którego osiągnięciu żadnych już innych celów nie będzie. Zapatrzona nieustannie w przyszłość, ciągle poszukująca jakichś sposobów na zniwelowanie frustracji, wynajdująca coraz to nowe usprawiedliwienia dla faktu, że upragniona szczęśliwość pozostaje wciąż tylko na horyzoncie. A wreszcie – wskazująca winnych, tropiąca i karząca tych, którzy na drodze do szczęśliwości stoją, bo przecież gdyby nie jakieś wrogie, siejące defetyzm czynniki, wielka przemiana już dawno by nastąpiła, nieprawdaż?

Tak to właśnie działa – na różnych poziomach i w różnych wymiarach, od społecznego po indywidualny. Dlatego kiedy dajemy pochwycić się w siatkę tego permanentnego oczekiwania na wielką przemianę – stajemy się dla samych siebie kimś na kształt totalitarnego dyktatora. A pośrednio – także dla innych. Przestajemy dostrzegać złożoną mozaikę zależności, w której tkwimy, i w której tkwią także nasi bliscy. Zaczynamy widzieć świat w czerni i bieli, zerach i jedynkach. Zaczynamy widzieć jakościowe skoki tam, gdzie panuje doskonała ciągłość.

Oczywiście, postanowienia noworoczne to nader łagodna forma tego zjawiska. Mamy tu jednak – uwaga – właśnie kontinuum. Od form łagodnych niepostrzeżenie można przejść do mniej łagodnych. Od zwykłego niezadowolenia, że się nie udało schudnąć – na przykład – do ciężkich form autoagresji i autonegacji z powodu niemożności sprostania jakimś zupełnie nierealistycznym wymaganiom czy ideałom.

Co lepsze?

I dlatego właśnie wszelkich noworocznych postanowień – i w ogóle oczekiwania na jakąkolwiek wielką przemianę – należy się zdecydowanie wystrzegać. Zamiast zadręczać się jakimiś fantomatycznymi wymaganiami, lepiej przez chwilę uświadomić sobie, że bywamy bezradni – czasem trwale bezradni – bo jesteśmy ludźmi. Ludzie zaś nie z każdej sytuacji mogą wyjść, nie ze wszystkim potrafią sobie poradzić i nie każdemu wyzwaniu są w stanie sprostać. I nie da się tego zmienić przy pomocy żadnego postanowienia, choćby nawet powziętego 31 grudnia o 23:59.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Komentarze (3)
Stawiszyński: Nędza postanowień noworocznych. To najgorszymmożliwy sposób wprowadzania zmian
Zaloguj się
  • deco.derr

    Oceniono 2 razy 2

    Najwiekszy ubaw mam z debili, zapisujacyh sie na gym. Trwa to do polowy stycznia i wraca do normy, ale przez te dwa tygodnie w ogole nie chodze na sale, nie da sie. Ubaw, bo wiekszsc tych przyglupow podpisuje umowy na caly rok, wiec niejako skladaja dobrowolna danine za swoja glupote.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX