Rok zapominania. Jak rozpływała się żałoba po Pawle Adamowiczu?

Żałoba po Pawle Adamowiczu, nawet jak na polskie standardy polityczne, trwała wyjątkowo krótko, chyba mniej niż miesiąc. To pierwsze od lat motywowane politycznie morderstwo, wielokrotnie porównywane do zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza w 1922 roku, nie pozostawiło w klasie politycznej żadnej refleksji.
Zobacz wideo

Gdańska fara, której dominację nad miastem widać już na rycinach z XVI wieku, w trakcie swoich ponad 700 lat istnienia była świadkiem uroczystych pochówków, politycznych zmian, religijnych przewrotów i narodowościowych przemian. 

6 kwietnia 1411 roku, wielki mistrz zakonu krzyżackiego zaprasza do siebie dwóch burmistrzów miasta. Tych, którzy kilka miesięcy wcześniej, świeżo po grunwaldzkim zwycięstwie, wypowiedzieli posłuszeństwo zakonnikom i uznali zwierzchność Jagiełły nad Gdańskiem. Obaj zostają pojmani i po torturach zamordowani. Do dziś spoczywają w podziemiach katedry. Ich nagrobna płyta jest już ledwo widoczna. Mury bazyliki po przeszło sześciuset latach musiały przyjąć jednego z ich następców.

To właśnie ten kościół, zwany Koroną Gdańska, jest świadkiem pierwszego sporu, który rozegrał się niespełna tydzień po śmierci Pawła Adamowicza. Rodzina i przyjaciele prezydenta Gdańska nie chcą, by rządzący, politycy Prawa i Sprawiedliwości usiedli w pierwszych rzędach. Powodem są, rzecz jasna, bezpardonowe ataki, jakie na Adamowicza i jego najbliższych miesiącami prowadzili politycy obozu rządowego i media publiczne. 

Dla prezydenta Andrzeja Dudy, który w warszawskiej archikatedrze ma do dyspozycji własny klęcznik, dla premiera, dla prezesa Kaczyńskiego, przyzwyczajonych do bliskiego sojuszu partii i Kościoła, to duże zaskoczenie, czemu zresztą wielokrotnie dają wyraz w publicznych wypowiedziach. Tym bardziej, że pierwsze rzędy zajęli oponenci, na czele z Donaldem Tuskiem.

Okazało się, że homilii w czasie mszy pogrzebowej nie może wygłosić o. Ludwik Wiśniewski, przyjaciel rodziny, od kilkudziesięciu lat blisko związany z Pawłem Adamowiczem. Zgody nie dali kościelni hierarchowie. Dla 83-letniego zakonnika miejsce znaleziono w części nabożeństwa, które przeznaczono na wystąpienia i pożegnania ze strony rodziny i przyjaciół. Może to i lepiej? Bo raptem niespełna 5-minutowe wystąpienie było najważniejszym, które zostało wygłoszone tego dnia w bazylice. - Trzeba skończyć z nienawiścią, z nienawistnym językiem, z pogardą, z bezpodstawnym oskarżaniem innych - apelował dominikanin. - Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju i będziemy odtąd tego przestrzegać - mówił o. Wiśniewski. Te słowa, zakończone wezwaniem do Matki Boskiej o "umiejętność budowania wspólnego, polskiego życia" nagrodzone zostają brawami. Prorządowi komentatorzy powtarzać będą, że kościół nie jest miejscem do oklasków, a tym bardziej wygłaszania tego rodzaju wystąpień. A PiS będzie tłumaczyć, że słowa o budowaniu kariery na kłamstwie nie odnosiły się do polityków tej partii.

Zrzutka na ECS

Aby przypomnieć sobie ostatnich 12 miesięcy, przeglądam tworzone na temat Gdańska materiały. Tych nie brakuje. I choć dobrze pamiętam, że dyskusje o Europejskim Centrum Solidarności, Muzeum Westerplatte czy obchodach 30. rocznicy wyborów z 4 czerwca toczyły się długo, to jedno w moim prywatnym archiwum jednak mnie zaskakuje. Czas. Czas, który minął od śmierci Pawła Adamowicza do pierwszego sporu, w którym nie pozostał nawet ślad po żałobie.

Pod datą 25 stycznia 2019 roku (11 dni od śmierci) odnajduję kilka notatek na temat tworzonego planu finansów publicznych i próśb senatorów Platformy o zwiększenie dotacji dla ECS-u. Rząd PiS jeszcze przed zabójstwem Pawła Adamowicza zdecydował, że ta instytucja dostanie mniej środków niż do tej pory. Subwencja została zmniejszona z siedmiu do czterech milionów. Prawdą jest, że różnica trzech milionów była dobrowolnym dodatkiem od resortu kultury, który w każdej chwili można było przestać wypłacać. Prawdą jest też to, że partia Jarosława Kaczyńskiego chciała po prostu w ten sposób utrudnić funkcjonowanie instytucji, której pomysłodawcą był przecież sam Adamowicz.

Wydawać by się mogło, że po zamordowaniu prezydenta Gdańska sytuacja ulegnie zmianie. Ale mimo próśb i apeli opozycji, ministerstwo zdania nie zmieniło. Więc to, czego nie chciał dać rząd, uzbierali obywatele. Widać żałoba wśród społeczeństwa nie zniknęła tak szybko, jak wśród polityków. Zainaugurowana przez Patrycję Krzymińską zbiórka na Facebooku przyniosła Centrum sześć milionów złotych.

- To może niech ECS organizuje sobie zrzutkę co roku? - drwili politycy PiS-u. A pieniądze, których rząd nie chciał dać Europejskiemu Centrum Solidarności, trafiły do współtworzonej przez utrzymującej bliskie relacje z PiS - NSZZ "Solidarność" - bliźniaczej placówki.

Gdańsk polski czy niepolski?

Sprawa pieniędzy dla ECS-u stała się powodem wybuchu otwartego konfliktu między wicepremierem Piotrem Glińskim a Aleksandrą Dulkiewicz. Długoletnia współpracowniczka Pawła Adamowicza, którą mieszkańcy wybiorą później na stanowisko prezydenta Gdańska, będzie częstym gościem resortu kultury i dziedzictwa narodowego. Spór tylko częściowo będzie polityczny. W swojej istocie sięga jednak znacznie głębiej - do historycznych korzeni i kompleksu niepolskości Gdańska.

Kulminacja nadchodzi w lipcu. Tygodnik "Sieci" publikuje okładkę z wizerunkiem prezydentów miasta i Donalda Tuska. Wszyscy umieszczeni na tle flag ze swastykami i tramwajem z niemieckimi napisami. Dla tych, którzy mogliby mieć problem z interpretacją, pracownicy periodyku oferują doprecyzowanie: "Dlaczego opozycja kultywuje tradycję Wolnego Miasta Gdańska, w którym Polacy byli prześladowani, szalał antysemityzm i rósł nazizm? Dlaczego mało tam troski o polskość?".

Wicepremiera Glińskiego okładka nie oburzyła. W rozmowie ze mną przyznał, że redakcja "ma trochę racji". - To było miasto faszystowskie, co najmniej od 1933 roku. Polacy, którzy tam mieszkali, nie mieli pełnych praw obywatelskich - mówił. Dodał też, że jako zastępca polskiego premiera nie życzy sobie, żeby w polskim mieście istniało rondo, które upamiętnia Wolne Miasto. Nie zauważa przy tym, że pełna nazwa to "Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk" i nie odnosi się do administracyjnego tworu, a do przebiegającej granicy. Niezależnie jednak od tego, jak często prezydent Dulkiewicz powtarza i odmienia przez wszystkie przypadki rzeczownik "Polska" i przymiotnik "polski", wicepremier ciągle ma wrażenie, że po rozdarciu flagi Gdańska wyłania się co najmniej flaga Republiki Federalnej, jeśli nie Trzeciej Rzeszy.

Pobierz Aplikację TOK FM i słuchaj sprytnie:

Bitwa o Westerplatte

Spór o polskość miasta odbywa się w tym samym czasie, co konflikt o półwysep Westerplatte, w którym politycy PiS-u szafują licznymi nieścisłościami i półprawdami. 

8 maja posłowie partii rządzącej wnoszą do Sejmu projekt specustawy. Wyspa Zachodnia, której teren jest właścicielsko podzielony między samorząd i państwo, ma zostać ponownie scalona i przekazana we władanie rządu. Ten z kolei stworzy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 roku. Podczas prac w komisji dochodzi do awantury. Politycy PiS-u i zaprzyjaźnieni z ugrupowaniem naukowcy kilkukrotnie pokazują zdjęcia, na których widać śmieci, brud, ruiny. Oskarżają prezydent Dulkiewicz, że doprowadziła do degradacji miejsca, w którym pierwsi Polacy ginęli w wyniku niemieckiego ataku. Gdański magistrat apeluje, by przepisów nie uchwalać. W trybie pilnym teren Westerplatte zostaje uprzątnięty. To jednak nie przeszkadza mediom rządowym tygodniami zapętlać stare zdjęcia i mówić o bezczeszczeniu pamięci poległych. W tym sporze swoje ciosy zadaje też prezydent Gdańska.

- 1 stycznia 1950 roku, kiedy szalały ciemne czasy stalinizmu, zostały znacjonalizowane zbiory muzealne publiczne i prywatne. Czy naprawdę te czasy stalinowskie są wzorem dla kilku posłów? - pyta posłów PiS-u podczas posiedzenia komisji. Przyrównanie do polityki Józefa Stalina będzie się za Dulkiewicz ciągnęło tygodniami, głównie po prawej stronie sceny politycznej. Konflikt o Westerplatte jest jednak pierwszym, w którym występująca w nowej roli prezydent przystępuje do otwartej konfrontacji z rządem.

Prezydent Dulkiewicz

Kiedy Aleksandra Dulkiewicz przejmowała władzę po Pawle Adamowiczu, budziła olbrzymie pokłady empatii. Wraz z ówczesną rzeczniczką Magdaleną Skorupką-Kaczmarek wspólnie przeprowadziła miasto przez traumę zabójstwa i żałobę.

15 stycznia, dzień po śmierci Adamowicza, wśród śniegu i mrozu wypełnia się ulica Nowe Ogrody. Przed socrealistycznym budynkiem ratusza gromadzą się setki mieszkańców. Na schodach zdjęcie prezydenta, znicze i flagi. Morze flag. Najpierw głos zabiera Dulkiewicz, po niej kolejni pracownicy magistratu. Wspominają, opowiadają anegdoty, przypominają sobie zwykłe rozmowy, gesty, wymianę spojrzeń. Po mikrofon sięga Skorupka-Kaczmarek. Praktycznie nie jest w stanie mówić, z trudem łapie oddech. Przez łzy przyznaje, że jako rzeczniczka nie powinna zabierać głosu, ale nie może pozostawić Szefa bez słowa pożegnania.

To właśnie wystąpienia Dulkiewicz i Skorupki-Kaczmarek sprawiają, że po mikrofon sięgają zwykli mieszkańcy. W mrozie opowiadają o rozdawanych przez Adamowicza pączkach przy Dworcu Głównym, o spotkaniach na ulicy, o wspólnych szkolnych latach, o tym, jak mijali prezydenta na korytarzach urzędu. Dokładnie wtedy staje się jasne, że kampanii wyborczej w Gdańsku nie będzie, że wybór już się dokonał. Głosowanie, które odbywa się 3 marca, ma spełnić inne zadanie. Ma nadać oficjalny, demokratyczny mandat wyborowi, którego mieszkańcy dokonali przy Nowych Ogrodach.

Prawo i Sprawiedliwość doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego nie wystawia swojego kandydata. Dulkiewicz zdobywa 82 proc. głosów. Wygrywa w pierwszej turze.

Z Warszawy do Gdańska

Dla Aleksandry Dulkiewicz żałoba musi skończyć się szybko, a jej miejsce zajmie twarda polityczna postawa. W sporze o dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności apeluje, prosi, ma nadzieję na kompromis. Ale już przy pracach nad specustawą o Westerplatte porównuje działania PiS-u do tego, co działo się w czasach stalinizmu. Niedługo potem - w czerwcu - wszyscy mogli zobaczyć, jak mocny z niej polityczny gracz. Również taki, który musi się zmagać z atakami na jej rodzinę, w tym na dziecko. 

ECS i miasto firmowali obchody 30. rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. To było jak wypełnienie testamentu, bo jak często słyszeliśmy, to Paweł Adamowicz chciał, by Gdańsk był gospodarzem rocznicowych obchodów. Trzy miliony złotych, o które ECS i Dulkiewicz walczyli z resortem kultury, potrzebne były właśnie na organizację rocznicy. 

4 czerwca miał być dniem otwarcia dla nowej inicjatywy - porozumienia samorządowców, które w przyszłości miało się stać fundamentem dla koalicji przed wyborami do Senatu. Na jego czele stanęła prezydent Gdańska. Zaprosiła do miasta związanych z Platformą włodarzy i szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska.

200-metrowy odcinek Długiego Targu był wypełniony po brzegi. Mieszkańcy wdrapywali się na schodki prowadzące do kamienic, na pomniki, które dawały szansę na to, by zobaczyć, co dzieje się na scenie, na której stali: Lech Wałęsa, Donald Tusk i samorządowcy: Hanna Zdanowska, Rafał Trzaskowski, Jacek Jaśkowiak, Jacek Sutryk i Aleksandra Dulkiewicz. Ani ścisk, ani lejący się z nieba żar nie powstrzymują gdańszczan przed udziałem w jednym z największych wieców, jakie widziało miasto.

Kontrast między tą determinacją mieszkańców a fiaskiem projektu po kilku miesiącach widać aż nazbyt wyraźnie. Z porozumienia samorządowców na długo przed wyborami parlamentarnymi, które odbyły się niewiele ponad pół roku później, nie pozostaje nawet ślad.

4 czerwca staje się zatem jednocześnie apogeum kariery Aleksandry Dulkiewicz, jak i początkiem wycofywania się z polityki centralnej. Jej nazwisko pojawi się jeszcze raz przy poszukiwaniu kandydata Platformy na prezydenta. Bardziej nawet zostanie wspomniane, niż zaistnieje jako realna propozycja. Po niepowodzeniu projektu samorządowego siła oddziaływania prezydent Gdańska słabnie. Choć aktywnie włączy się ona w kampanię przed głosowaniem do Sejmu i Senatu, to drugą część roku poświęci pracy dla Gdańska, z dala od warszawskich partyjnych gabinetów.

"Prawdy jeszcze nie znamy"

- Czy generalnie coś się po roku zmieniło? Nie sądzę. Po kilku dniach życie polityczne wróciło do normy - mówi mi brat zmarłego prezydenta Gdańska Piotr Adamowicz. Chwilę przed naszym spotkaniem przez trzy godziny wraz z Aleksandrą Dulkiewicz kwestował na rzecz WOŚP na Długim Targu. Obojgu przez chwilę towarzyszyłem. Nie było osoby, która wrzucając do puszki pieniądze, nie wspominałaby zamordowanego prezydenta.

Warto więc przypomnieć, jak Sejm próbował upamiętnić Pawła Adamowicza. 16 stycznia 2019. Wspomnienie zmarłego prezydenta jest pierwszym punktem obrad. Na mównicę wychodzi Grzegorz Schetyna. - Chcę ci, Pawle, obiecać, że ta nienawiść, która odebrała ci życie, nie zniszczy tego wszystkiego, co zbudowałeś. Nie zniszczy miłości do wolnej Polski, nie zniszczy Twojego Gdańska, nie zniszczy WOŚP - mówi szef PO.

Tych słów nie słyszy prezes Jarosław Kaczyński. Nie dotarł na salę plenarną. Wkroczył na nią dopiero po minucie ciszy. Przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni lider partii rządzącej o zamordowanym prezydencie Gdańska nie wspomniał nawet słowem.

- Pojawia się kwestia wybaczenia. Moja deklaracja jest jasna - mówi Piotr Adamowicz. - O wybaczaniu można rozmawiać, ale po spełnieniu elementarnych warunków. Poznania prawdy, przyznania prawdy, żalu i zadośćuczynienia. Moim zdaniem prawdy jeszcze nie znamy - powiedział brat zamordowanego prezydenta Gdańska i poseł na Sejm RP.

DOSTĘP PREMIUM