W Warszawie ponad 4 tys. osób ubiega się o mieszkanie komunalne. Aktywiści apelują do miasta o udostępnienie pustostanów

Niektóre z osób oczekujących na przydział mieszkania od miasta, decydują się zająć pustostan. Jeden z takich lokali - stojący od 10 lat pusty - zajęła rodzina pani Edyty. Miasto jednak nie widzi możliwości zalegalizowania ich pobytu.
Zobacz wideo

Mieszkanie przy ul. Grochowskiej, niszczejąca kamienica, klatka schodowa odstrasza. Mimo tego wchodzę do mieszkania na drugim piętrze, to pokoik z kuchnią. W środku wyjątkowo czysto: ściany pomalowane na jasny kolor, na podłodze panele, na meblach zdjęcia, kwiatki, ozdoby, książki. Bardzo domowo i schludnie. Łóżeczko dla niemowlaka, a nad nim napis "Aniołek". Po mieszkaniu biega pies. Wszystko wygląda tak, jakby rodzina mieszkała tu od dawna.

Pani Edyta jest mamą dwóch córeczek, 5-letniej i 5-miesięcznej. Wychowuje je razem z partnerem. Początkowo wszyscy mieszkali razem z jej rodzicami i bratem, ale w domu był alkohol i przemoc. - Nie chciałam, by w takich warunkach wychowywały się moje dzieci - mówi.

Dlatego na jakiś czas wyjechali do Anglii szukać lepszego życia. Liczyli, że trochę zarobią - nie udało się. Po powrocie kobieta starała się o nowe mieszkanie komunalne w Urzędzie Dzielnicy Praga Południe. Chciała, by jej rodzinę "rozkwaterowano" - by razem z partnerem i dziećmi mogła zamieszkać oddzielnie, a nie - jak do tej pory - z jej rodziną. Chciała nawet spłacić część długu za mieszkanie rodziców. - Chodziłam, prosiłam, ale się zawiodłam. Byłam gotowa wziąć mieszkanie do remontu, ale i to nie wyszło. Czułam, że w urzędzie mnie zwodzą - wspomina.

Ale urzędnicy zwracają uwagę, że to pani Edyta wycofała wniosek o mieszkanie. Dodają, że gdyby jeszcze trochę poczekała, sytuację mieszkaniową jakoś dałoby się rozwiązać. Problem w tym, że rodzina miała dość - nie chcieli dłużej czekać. Jak mówią, nie mieli wyjścia ze względu na dzieci.

Po zajęciu pustostanu dzielnica odcięła wodę

Kilka tygodni temu rodzina zdecydowała się na zajęcie pustostanu. Od znajomych wiedzieli, że na Grochowskiej od ponad 10 lat stoi pusty lokal: pokój z kuchnią. Wiedzieli, że nikt tam nie mieszka, spotykają się tam jedynie bezdomni, więc zdecydowali się wejść do lokalu. Zapewniają, że mieszkanie było otwarte i nie musieli się włamywać. To ważne, bo dzielnica twierdzi, że do włamania doszło i z tego powodu wezwano policję.

Zdaniem miejskich aktywistów, którzy pojawili się na miejscu, urzędnicy chcieli - rękami policjantów - pozbyć się niechcianych lokatorów. To się nie udało, bo policjant odmówił. Po pierwsze dlatego, że były dzieci; po drugie, trwa okres ochronny dla lokatorów (jesień - zima), a po trzecie - nie było sądowego nakazu eksmisji. - Po raz pierwszy widziałam policjanta, który wykazał się taką empatią i zrozumieniem - mówi Justyna Samolińska z Komitetu Obrony Lokatorów. I dodaje, że policjant stanął na wysokości zadania.

Po tym, jak rodzina z dwójką małych dzieci zajęła pustostan, dzielnica odcięła w mieszkaniu wodę. Nie zgodziła się także na podłączenie prądu (pani Edyta z rodziną początkowo korzystała z prądu sąsiadów i dzieliła się kosztami - obecnie udało się im na własną rękę podłączyć licznik). Urzędnicy nie mają sobie jednak nic do zarzucenia. - Nie możemy się zgodzić na zalegalizowanie ich pobytu. Jesteśmy zmuszeni złożyć wniosek do sądu i sąd zdecyduje, czy będzie eksmisja i na jakich zasadach - mówi Michał Szweycer Urząd Dzielnicy Praga Południe.

Mamy więc do czynienia z sytuacją tymczasową: zgodnie z prawem, po zajęciu pustostanu rodzina ma prawo mieszkać na Grochowskiej co najmniej do czasu prawomocnej decyzji sądu. - Szczerze mówiąc, baliśmy się tego, co będzie, czy miasto nam pomoże, ale nie mieliśmy wyboru. Nie chciałam, by dzieci wychowywały się w warunkach przemocy i alkoholu, nie wiadomo przez ile lat. Chcieliśmy stworzyć im normalny dom, dlatego zdecydowaliśmy się zaryzykować i walczyć. Po przyjściu tutaj odżyliśmy. To było najlepsze, co nas do tej pory spotkało. Uwolniliśmy się od wszystkiego, co najgorsze - podkreśla pani Edyta i marzy, by miasto zgodziło się, by lokal mógł pozostać w ich rękach - by mogli płacić czynsz i mieć tu własny, choć komunalny, kąt.

W Warszawie na mieszkanie komunalne czeka 4300 osób

W stolicy jest 4 tys. pustostanów. - Ponad 2 tysiące z nich to pustostany w rotacji, czyli takie, które są remontowane i przeznaczane dla kolejnych rodzin. Taki pustostan cały czas jest widoczny w statystykach, ale „pracuje” – mówi Magdalena Młochowska, dyrektorka Biura Polityki Lokalowej Urzędu Miasta stołecznego Warszawy.

Dodaje jednak, że problemem są pustostany w budynkach z roszczeniami, których w stolicy jest około 1500. – To problem warszawski, gdzie mamy "Dekret Bieruta" (Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy z 26 października 1945 r.) i cały czas nieuregulowane stany prawne. W momencie, gdy trzeba byłoby wyłożyć na remont kilkadziesiąt tysięcy złotych w budynku, co do którego istnieje ryzyko zwrotu właścicielom, to rzeczywiście dzielnice boją się te nakłady ponieść – mówi dyrektorka.

Na mieszkanie od miasta w Warszawie czeka obecnie 4300 osób. Jedni po kilka miesięcy, inni po kilka lat - w zależności od dzielnicy. Gdyby mogli zamieszkać w pustostanach, problem byłby mniejszy. Ale nie mogą. - Będziemy się zastanawiać i próbować wybrać, w których budynkach ryzyko inwestycyjne – ze względu na roszczenia - nie jest tak duże i można podjąć decyzję o remontach. Ale jest i będzie grupa pustostanów, które z tego powodu nie mogą być w użytkowaniu – podkreśla Magdalena Młochowska.

Kamienica przy Grochowskiej, w której zamieszkała rodzina pani Edyty, też jest budynkiem objętym z roszczeniami; m.in. dlatego od ponad 10 lat mieszkanie stało puste. Jak mówi Michał Szweycer, lokal zajęty przez rodzinę był wcześniej proponowany innym osobom z kolejki, ale nikt go nie chciał ze względu m.in. na brak centralnego ogrzewania i ciepłej wody. Urzędnicy zrezygnowali więc z proponowania zamieszkania w nim.

Aktywiści mają pomysł na zmniejszenie skali problemu

Aktywiści z grup broniących praw lokatorów nie mają wątpliwości, że miasto powinno dać osobom czekającym na przydział mieszkania komunalnego możliwość skorzystania z mieszkań w pustostanach.  - Takie osoby, jeśli mają jakieś pieniądze, mogłyby na swój koszt i na własne ryzyko taki lokal wyremontować i w nim zamieszkać. Dlaczego mieszkania mają stać puste, skoro jest taka kolejka chętnych? Puste mieszkanie niszczeje, pojawia się w nim grzyb - tłumaczy Agata Nosal-Ikonowicz z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej.

Władze Warszawy nie widzą obecnie takiej możliwości. Proponują chętnym, by zamiast mieszkania komunalnego decydowali się na lokal w Towarzystwie Budownictwa Społecznego. Miasto jest w stanie wnieść tzw. partycypację (konieczny wkład), a lokator z rodziną płaci jedynie czynsz. - Jest wyższy niż w mieszkaniach komunalnych, bo wynosi 20 zł, ale pamiętajmy, że średnia w Warszawie za wynajem to 50-70 zł za metr kwadratowy. Dlatego jest to cena konkurencyjna. Poza tym, w TBS jest duża stabilność najmu - podkreśla dyr. Magdalena Młochowska.

Miejskich aktywistów to nie przekonuje. - By zamieszkać w TBS trzeba mieć określone dochody. A po drugie, czynsz jest jednak znacząco wyższy niż w lokalach od miasta. Ludzi po prostu na to nie stać - mówią nasi rozmówcy. Ich zdaniem miasto z pustostanami po prostu sobie nie radzi i nie ma na nie pomysłu.

Aplikacja TOK FM. Słuchaj i testuj przez dwa tygodnie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM