Oszuści okradli 90-latkę. Teraz pani Janina płaci komornikowi, za swojego oprawcę

Pani Janina padła ofiarą przestępstwa metodą "na policjanta". Straciła 40 tysięcy złotych, które skazany zgodnie z wyrokiem ma jej oddać. Komornik nie może wyegzekwować ani złotówki od przestępcy, ale chce pieniędzy od pokrzywdzonej. Ma do tego pełne prawo.

- Widziałam go - młody człowiek. W sądzie cały czas płakał, że padł ofiarą, że go oszukali. Jego rodzice też płakali, że taki dobry chłopak, a tak go skrzywdzili - tak 94-letnia dziś pani Janina opisuje to, co działo się na sali sądu rejonowego dla warszawskiego Mokotowa. To właśnie ten młody "skrzywdzony" człowiek pomógł ograbić starszą panią na 40 tysięcy. 

Cofnijmy się pięć lat...

To była metoda "na policjanta". Przypadek, jakich opisano już tysiące. Zaczęło się od telefonu: dzwonił rzekomy policjant, a pani Janina (wtedy blisko 90- letnia) miała być "kluczem działań operacyjnych". Cel do wyeliminowania? Oszust z banku. Banku, w którym pani Janina miała konto. Ważny interes społeczny jest do załatwienia no i pytanie: czy obywatelka jest gotowa pomóc organom ścigania i zasłużyć się w walce z półświatkiem? "Policjant" zapewniał o pełnym wsparciu, uspokajał, uwiarygadniał się. Pani Janina nawet dzisiaj opisuje wszystko głosem pełnym przejęcia: "Ta osoba była taka przekonująca". Kobieta doskonale wiedziała, że trzeba uważać na oszustów. Ale zgodziła się na współpracę "z policją": słuchała poleceń i je wykonywała. Zadanie jest proste: trzeba pójść do swojego banku i zrobić przelew na 40 tysięcy złotych. Pani Janina zapisała numer konta, a "policjant" instruował, że ma zabrać ze sobą komórkę i być w stałym kontakcie. Nie ma 40 tysięcy na rachunku? Trzeba będzie zerwać lokaty. Bez obaw "policja" czuwa, więc pieniądze wrócą na swoje miejsce.

Po wszystkim pani Janina wróciła do domu i opowiedziała o wszystkim znajomej. Dzwonią na policję. A prawdziwi policjanci instruują: biegiem do banku blokować transakcję. Ale było już za późno.

Gdzie jest sprawca?

Policja złapała mieszkańca Łodzi - Piotra K. Okazało się, że wybrał już pieniądze od pani Janiny i oddał. Komu? Nie wie. Twierdzi, że to jakiś znajomy: spotkał go na ulicy, a mężczyzna poprosił go, by użyczył numeru konta. Piotr K. "tylko" pobrał pieniądze i oddał. Tłumaczy: jakoś się spotkali, jakoś tak z rozmowy wyszło, jakoś nie pamięta ani imienia, ani nazwiska znajomego. Podobno poznali się w dzieciństwie, a mężczyzna ma pseudonim "Bąbel".

Jakoś tak policja i prokuratura "kupiły" te tłumaczenia. Sąd też. Efekt? Piotr K. nie został oskarżony o oszustwo, ale o pomocnictwo w oszustwie. Wyrok: 5 miesięcy więzienia i grzywna. Z sądu Piotr K. wyszedł wolny, bo wcześniej siedział w areszcie i zaliczono ten czas na poczet zasądzonej kary. Ale zgodnie z wyrokiem mężczyzna miał oddać pani Janinie 40 tysięcy złotych.

No dobrze, tylko kto zabrał pieniądze? "Nieokreślona osoba" - czytamy w wyroku.

Jak to ja mam płacić?!

Pełnomocniczka pani Janiny z wyrokiem w dłoni pognała do komornika: może łkający w sądzie Piotr K. i  zapewniający, że sam jest ofiarą, ma coś, co pozwoli odzyskać stracone pieniądze. Owszem, komornik zacznie działać, ale to nie jest instytucja charytatywna. - Dostałam list od komornika, że mam zapłacić: kilkaset złotych - wspomina pani Janina. Do dziś nie jest w stanie pojąć, jak to się dzieje, że ona - ofiara -  ma jeszcze za coś płacić.

- Komornik pobiera zaliczkę na pokrycie kosztów postępowania egzekucyjnego - mówi rzecznik Krajowej Izby Komorniczej Krzysztof Pietrzyk. Tłumaczy, że komornicy nie mają dotacji i nie mogą finansować kosztów prowadzonego postępowania. Jeśli uda im się coś wyegzekwować od dłużnika, to zwrócą pani Janinie pieniądze. Póki co to ona musi "pożyczyć" człowiekowi, który ją okradł.

Podkreślmy jedno: takie są przepisy. Od dawna. Komornik także w sprawie pani Janiny postępuje tak, jak w setkach podobnych spraw. Pani Janina przed komornikiem nie jest pokrzywdzoną - stała się wierzycielem. A wierzyciel płaci. Okoliczności pozwalają pytać: czy to jest sprawiedliwe? – Dostałam pismo, że jak nie zapłacę tej sumy, to dojdą odsetki - jak mówi nam pani Janina, poczuła się wtedy, jakby to ona coś komuś ukradła. 

Czysty jak łza

Co zrobił komornik w sprawie pani Janiny? Dostał zaliczkę i zaczął sprawdzać: w ZUS-ie, w skarbówce. Nic nie znalazł. Sprawdził więc, czy Piotr K. pracuje. Nie pracuje, przynajmniej legalnie. Generalnie nic: żadnych nieruchomości, żadnych ruchomości. Komornik nic nie może zrobić, więc po jakimś czasie poinformował, że sprawa jest do zamknięcia.

I teraz ty obywatelko się martw, bo za kilka lat twoje 40 tysięcy złotych przepadnie bezpowrotnie.

Owszem można jeszcze raz poprosić komornika, by działał, by dochodził w imieniu pani Janiny. Ale nie za darmo. Komornik znowu przysyła pismo - obywatelko zapłać "pod rygorem niewykonania zawnioskowanej czynności". Więc pani Janina zapłaciła. Jej pełnomocniczka - radca prawny Irena Kleniewska - patrzy na sprawę realnie. Jest przekonana, że całe oszustwo metodą na policjanta było dobrze przemyślane. Jasne było, że Piotr K "wpadnie"; jasne było, że nie ma grosza i nic nie da się z niego ściągnąć. Pewnie zdawał sobie z tego sprawę sąd, wydając wyrok i komornik, prosząc o kolejne wpłaty. - Nadzieja w tym, że kiedyś coś się zmieni i pójdzie do pracy, może dostanie jakiś spadek – mówi nam prawniczka

A może Fundusz Sprawiedliwości?

Komornicy sami są zdania, że ustawodawca takich sytuacji, ja to, co spotkało panią Janinę, po prostu nie przewidział.

Istnieją regulacje, które przerzucają koszty postępowania komorniczego - tak jest choćby w przypadku alimentów. - Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło przecież Fundusz Sprawiedliwości – mówi komornik Krzysztof Pietrzyk. Jego zdaniem, skoro taki fundusz powstał, by pomagać pokrzywdzonym przestępstwem, to wydaje się być dobrą drogą dla osób, które znalazły się w takiej sytuacji jak pani Janina.

Aplikacja TOK FM. Słuchaj i testuj przez dwa tygodnie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM