"Zaczęliśmy szyć maseczki, po znajomości zdobyliśmy spirytus". Schroniska i pomoc dla bezdomnych na krawędzi

Wolontariusze i pracownicy socjalni, którzy na co dzień pomagają bezdomnym, załamują ręce. Sytuacja tych osób w czasie epidemii koronawirusa jest tragiczna. Problem większy niż zwykle mają nie tylko ci mieszkający na ulicy, ale także podopieczni schronisk i noclegowni. Pracownicy warszawskich placówek mówią o spartańskich warunkach i prawdziwym kryzysie, który co gorsza dopiero nadchodzi, bo nikt nie jest w stanie rozwiać niepewności.
Zobacz wideo

Siostra Małgorzata Chmielewska jest przełożoną wspólnoty "Chleb Życia", która w całej Polsce prowadzi 10 schronisk dla bezdomnych. Trzy z nich działają w Warszawie. Przebywa w nich ponad 250 osób - 90 proc. to ludzie starzy, chorzy i niepełnosprawni, którzy są szczególnie zagrożeni nowym koronawirusem. Siostra Chmielewska, podobnie jak inne osoby kierujące schroniskami dla bezdomnych w całym kraju, stoi przed dylematem, w jaki sposób skutecznie pomagać bezdomnym w czasie epidemii.

Pomóc miał apel do władz, który w zeszłym tygodniu wystosowała Adriana Porowska z Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej. Chodziło o udzielenie pomocy i wydanie specjalnych wytycznych dla schronisk, jadłodajni i noclegowni dla bezdomnych w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Apel co prawda zadziałał, bo już w weekend organy wojewodów i samorządy wydały zalecenia. Jednak według osób, które na co dzień zajmują się problemem bezdomności, nie przyniosły one oczekiwanego rezultatu.

- Bardzo się cieszę, że w końcu wydano nam wytyczne. Problem polega na tym, że jak się je przeczyta, to cała odpowiedzialność i tak spada na nas - ocenia Adrianna Porowska. Podobnego zdania jest Elżbieta Szadura-Urbańska, wiceprezeska zarządu warszawskiego koła Towarzystwa św. Brata Alberta. - Wydane zalecenia są zbyt ogólne. Liczymy na to, że niebawem dostaniemy bardziej szczegółowe wytyczne. Teraz musimy liczyć na siebie, w tym na dyscyplinę własnych pracowników i podopiecznych - mówi.

Siostra Małgorzata Chmielewska jest bardziej krytyczna. - Chichot całej historii polega na tym, że teraz codziennie dostajemy po kilka wiadomości od urzędu miasta i wojewody, które narzucają na nas niewykonalne obowiązki. Na przykład pisanie sprawozdań. Ciekawe kto ma to robić, skoro nasz personel jest zapracowany po uszy. Mówią nam, że mamy zabezpieczyć środki dezynfekujące... To jest śmieszne, bo zdobycie ich jest i tak niewiarygodnym wyczynem. Prawda jest taka, że nie dostajemy żadnej realnej pomocy, ani konkretnych pomysłów na bezpieczne przyjmowanie ludzi do schronisk bez narażania bezpieczeństwa podopiecznych - kwituje. W związku z tym schroniska nadal w dużej mierze działają na podstawie własnych wytycznych, a problemów zamiast ubywać, przybywa.

"Schroniska działają głównie na entuzjazmie"

Problemem staje się już samo przyjęcie bezdomnego do schroniska. W obawie przed zakażeniem swoich podopiecznych, placówki w całym kraju decydują się na zawieszenie nowych przyjęć. - Robimy to wbrew temu, co nam nakazują władze miasta i wojewoda. Nie dlatego, że panicznie boimy się tych ludzi, ale chodzi nam o bezpieczeństwo. Jeżeli wpuścimy do schroniska osobę zakażoną koronawirusem, dla pozostałych podopiecznych, będących w grupie ryzyka, oznacza to po prostu śmierć - mówi siostra Chmielewska.

Na to zwraca uwagę także Adriana Porowska, która przyznaje, że w swoim schronisku ma teraz jedno wolne miejsce. - Czy mogę przyjąć do siebie bezdomnego? Przecież on nie podlegał wcześniej żadnej kwarantannie, a istnieje ryzyko, że może być zakażony. Chyba żadne z przepełnionych schronisk nie jest w stanie zapewnić oddzielnego pomieszczenia na dwutygodniową kwarantannę dla takiej osoby. No chyba, że robilibyśmy im "szybkie testy", ale do nich nie ma dostępu - wskazuje. Siostra Chmielewska pyta też, kto miałby się zajmować taką osobą. - Do tego potrzebny jest oddzielny pracownik, który będzie przeszkolony i wyposażony w kombinezon i maseczkę ochronną. Nie mamy dostępu do takich produktów. Ani my, ani z tego, co wiem, żadna z warszawskich organizacji nie dostała żadnego wsparcia ze strony władz miasta, ani władz państwowych w postaci dostaw takich artykułów - kwituje.

Szyją maseczki, płyn do dezynfekcji robią sami

W związku z tym organizacje działają na własną rękę i - jak to bywa w takich sytuacjach - z różnym skutkiem. Pracownicy wspólnoty "Chleb Życia" płyn dezynfekujący zdobyli dopiero pod Wrocławiem. Podzielili się nim z Familiańską Misją Pomocy i warszawską przychodnią dla bezdomnych "Lekarze Nadziei". - Dzięki życzliwości producenta dostaliśmy 20 opakowań płynu na 10 schronisk. To kropla w morzu potrzeb, która załatwia tylko bieżące potrzeby - mówi siostra Chmielewska. Podobną sytuację opisuje Elżbieta Szadura-Urbańska z Towarzystwa św. Brata Alberta. - Mielibyśmy problem już teraz, gdyby nie jeden z członków naszej organizacji, który czatował pod różnymi marketami i w końcu udało mu się kupić ten płyn. Cena przekroczyła nasze możliwości, bo zapłaciliśmy 150 złotych za butelkę, ale dzięki temu mogliśmy go użyć do bieżących potrzeb - relacjonuje.

Braki w zaopatrzeniu pracownicy schronisk próbują nadrobić dosłownie "domowymi" metodami. - Zaczęliśmy szyć maseczki ochronne, które przekazujemy też innym organizacjom. Oczywiście nie mają wymaganych atestów, ale staramy się, by były możliwie jak najbezpieczniejsze. Dzięki temu, że po znajomości udało nam się zdobyć spirytus, własnym sumptem przygotowywaliśmy środki dezynfekujące. Co prawda, jest możliwość zakupienia takiego płynu na Orlenie, ale jest on bardzo trudno dostępny. Pracujemy w spartańskich warunkach - podkreśla siostra Chmielewska.

Na początku tygodnia organizacje pozarządowe dotowane przez warszawski ratusz, a także miejskie instytucje, zgłosiły listy potrzebnych artykułów do stołecznego Wydziału Pomocy Społecznej. Wyczekiwane wsparcie do tej pory nie nadeszło. 

Zapytaliśmy o to Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, który w odpowiedzi zaznacza, że sam w tej sprawie nie dostał wystarczającego wsparcia ze strony rządu. - Podjęliśmy więc decyzję o przeznaczeniu 12 mln zł z budżetu miasta na dodatkowe zakupy środków zabezpieczenia. Za środki te zostaną kupione maseczki, rękawice, kombinezony i środki dezynfekujące, czyli te produkty, które są zgłaszane do miasta jako najbardziej potrzebne. Zostaną one przekazane do szpitali, POZ-ów i organizacji pozarządowych prowadzących ośrodki dla osób bezdomnych oraz do OPS-ów. Wiemy o trudnościach na rynku z dostępem do tych produktów, ale staramy się zakupów dokonać jak najszybciej. Cały następny tydzień będą trwały zakupy i w kolejnym będziemy przekazywać je do placówek - mówi Magdalena Łań z biura prasowego ratusza.

"Na ulicach panuje wolnoamerykanka"

Jeszcze gorzej sytuacja osób bezdomnych zaczyna wyglądać na ulicach polskich miast. Najbardziej zagrożone są osoby korzystające z usług noclegowni. Pokazuje to przykład Wrocławia, gdzie z powodu wykrycia koronawirusa u jednego bezdomnego, aż 140 osób z noclegowni zostało skierowanych na kwarantannę. To wykluczyło funkcjonowanie obiektu, a takich przypadków może być więcej. - Pozostawienie tych osób bez dachu nad głową, i nie mówimy tylko o tych, którzy mogą mieć koronawirusa, ale np. chorować na inne dolegliwości, grozi ich śmiercią. A jeśli są zakażeni, mogą rozprzestrzeniać wirusa dalej. Przecież nie mogą zostać w domu, bo go nie mają - komentuje siostra Chmielewska.

Elżbieta Szadura-Urbańska zwraca uwagę, że osoby bezdomne są jedną z najbardziej zagrożonych grup w kontakcie z koronawirusem, przede wszystkim ze względu na wiek, silne osłabienie organizmu, przewlekłe choroby. Wyzwaniem jest też zapewnienie dostępu do urządzeń sanitarnych, dzięki którym osoby bezdomne mogłyby zachowywać higienę. W całej Warszawie są zaledwie dwa takie miejsca. - Musimy zwrócić uwagę, że sytuacja tych osób jest szczególnie trudna. Należy zrobić wszystko, żeby im pomóc. Zdajemy sobie sprawę także z niedożywienia tych osób. Widziałam nagrania, na których bezdomni, którzy dostali paczki żywnościowe, zjadali je błyskawicznie, już na ulicy - przyznaje.

Takie sceny potwierdza koordynatorka projektu stołecznego Mobilnego Punktu Poradnictwa Aleksandra Cacko. Pracownicy punktu urządzonego w autobusie użyczonym przez Miejskie Zakłady Autobusowe w ostatnich dniach, skupiają się na rozdawaniu paczek żywnościowych dla bezdomnych w kilku miejscach Warszawy. - Dziennie wydajemy ponad 250 paczek. Zauważamy bardzo duże zapotrzebowanie na nasze działanie. Te osoby są bardzo niedożywione. Naszą rolą jest też informowanie o obecnej sytuacji i zagrożeniach wynikających z zakażenia koronawirusem. Musimy zdawać sobie sprawę, że bezdomni nie mają dostępu do informacji na równi z innymi - zaznacza koordynatorka.

Pracownicy socjalni, a także wolontariusze zwracają uwagę, że w związku z zawieszeniem działalności restauracji, a także masowym wykupywaniem produktów w sklepach, organizacje mogą mieć problem z dostępnością żywności, którą potem przekazują potrzebującym. Duże sklepy nie przekazują do Banków Żywności takich ilości jedzenia, jak jeszcze kilka tygodni temu. - Stąd apel o żywność. Potrzebne są artykuły zarówno o długich terminach przydatności, jak konserwy, dżemy, pasztety, ale także te, które pomogą dostarczyć potrzebnych witamin i składników odżywczych jak owoce - apeluje Aleksandra Cacko z MPP.

Na pożywienie bezdomni mogą liczyć też w jadłodajniach. Te warszawskie, by zmniejszyć zagrożenie epidemiczne, ograniczyły się do wydawania paczek żywnościowych i suchego prowiantu. Wyjątkiem jest tylko jadłodajnia Caritasu przy Grochowskiej, gdzie nadal można dostać ciepły posiłek. Potrzebujący ze względów bezpieczeństwa wpuszczani są tam jednak małymi grupami, a na ulicy muszą stać w bezpiecznej odległości od pozostałych osób w kolejce.

Według Aleksandry Cacko ostatnie wydarzenia pokazują, jak dużym problemem nadal jest w Polsce bezdomność. - W każdym mieście, nawet w tych mniejszych ośrodkach, są osoby w kryzysie bezdomności. Ta epidemia pokazuje tylko, jak jest ich dużo i że teraz potrzebują naszego wsparcia - kwituje Elżbieta Szadura-Urbańska.

DOSTĘP PREMIUM