Tomasz Stawiszyński o pandemii i prawie silniejszego. Może to czas, aby zmienić obowiązującą umowę społeczną?

Czy przed kilkunastoma tygodniami bylibyśmy w stanie uwierzyć, że znaczna część z nas będzie siedzieć w domach, że kina, restauracje, teatry i galerie handlowe przestaną działać? Czy bylibyśmy w stanie uwierzyć, że świat się zatrzyma? Że ulice opustoszeją, samoloty przestaną latać, a Hollywood zrezygnuje z produkcji kolejnych filmowych hitów? - zastanawia się Tomasz Stawiszyński, wskazując, że epidemia koronawirusa może być dobrym momentem do zmiany naszej społecznej umowy.
Zobacz wideo

Wydaje się, że istnieją zasadniczo dwie możliwe strategie podejścia do pandemii. Albo maksymalne spowolnienie czy też raczej zatrzymanie życia społecznego i gospodarczego, albo coś, co jeszcze do niedawna określano mianem „podejścia brytyjskiego”.

W pierwszym przypadku robimy to, co od mniej więcej dziesięciu dni dzieje się w Polsce (choć na skalę wciąż jeszcze niewystarczającą). Zamykamy się - każdy, kto ma taką możliwość - w domach. Rezygnujemy - każdy, kto ma taką możliwość - z wszelkich bezpośrednich kontaktów. Przechodzimy - każdy, kto ma taką możliwość - na pracę zdalną. Na jak długo? Na tak długo, jak to się okaże potrzebne.

Jest to, według wielu ekspertów, jedyna realnie skuteczna strategia, o ile połączy się ją z masowym stosowaniem testów i natychmiastowym identyfikowaniem, a następnie poddawaniem ścisłej kwarantannie osób, które przechodzą infekcję bezobjawowo.

W drugim przypadku - porzucamy tego rodzaju starania, a środki ostrożności zalecamy stosować co najwyżej osobom z głównych grup ryzyka: powyżej 65 roku życia oraz cierpiącym na współistniejące choroby.

Tyle że - no właśnie, to prawie wyłącznie na nich spoczywać ma odpowiedzialność za ich własne bezpieczeństwo. Mają się zatem izolować w świecie, w którym swobodnie rozprzestrzeniać się będzie choroba - i liczyć, że im się uda jakimś cudem nie zakazić.

Założenie jest tutaj takie, że swobodne rozprzestrzenianie się wirusa - z prognozą, że ostatecznie zachorować może nawet 70% populacji - doprowadzi do wystąpienia tak zwanej odporności stadnej.

A co z tymi, którzy umrą? No cóż - powiada się w ramach tego rodzaju strategii - trudno. Najwidoczniej nie ma innego wyjścia, najwidoczniej jest to cena, jaką trzeba zapłacić za epidemię, bo przecież nie można sobie pozwolić na gigantyczny kryzys gospodarczy, jaki być może wywoła takie totalne „zamknięcie”. Tego rodzaju perspektywie - stosowanej oficjalnie wciąż jeszcze bodaj tylko w Szwecji, choć i tutaj już zaczyna się to zmieniać, ale promowanej intensywnie przez rozmaitych publicystów i komentatorów - towarzyszy często retoryka wobec możliwych skutków pandemii lekceważąca. To znaczy - lekceważąca jej skutki, nazwijmy to, zdrowotne, akcentująca natomiast możliwe skutki ekonomiczne. Powszechne spowolnienie, a nawet zamknięcie - słyszymy - może doprowadzić do gigantycznego kryzysu ekonomicznego, do wielkiego gospodarczego krachu. I dlatego właśnie nie można sobie na to pozwolić.

Epidemiolodzy powtarzają, że jedyną szansą jest realne zatrzymanie aktywności społecznej i pozostawanie, o ile to możliwe, w domu. Zwolennicy drugiej opcji - na przykład Donald Trump, który właśnie ogłosił, że zamierza „ponownie otworzyć” Stany Zjednoczone - uważają natomiast, że nie dzieje się nic na tyle niezwykłego, żebyśmy na nowo, gruntownie przemyśleli reguły rządzące w świecie, w którym żyjemy.

"Fundamentalizm rynkowy"

Świecie, w którym - jak już od dawna wiemy, ale dziś konsekwencje tego stają się klarowne i widoczne - podstawową wartością są pieniądze. Ich brak równa się nieistnieniu. Nie mając pieniędzy, nie generując dochodu, nie produkując niczego, nie sprzedając, nie zarabiając w żaden inny sposób, traci się w tym świecie wszelkie możliwości. Bo - co, znowu, niczym serum prawdy epidemia wydobywa na powierzchnię - cała społeczno-kulturowa rzeczywistość, w której żyjemy, podporządkowana jest wyłącznie jednej logice, logice rynku. To założenie - że ekonomia jest absolutnym fundamentem, a także wynikające z tego założenia konsekwencje, obecne nie tylko w strukturze rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, ale także w strukturze naszego myślenia - polska socjolożka prof. Małgorzata Jacyno określa mianem „fundamentalizmu rynkowego”.

Fundamentalizm rynkowy odzywa się właśnie w analizach kładących nacisk przede wszystkim na sferę ekonomiczną. Oczywiście, ryzyko kryzysu na niespotykaną skalę, kryzysu, który zrujnuje światową gospodarkę, jest gigantyczne. Oczywiście, istnieją alternatywne wobec całkowitego zamknięcia strategie walki z koronawirusem. Na przykład ta zastosowana w Singapurze, gdzie od samego początku stosowano testy na szeroką skalę, co pozwoliło skutecznie odizolować osoby zakażone, ale niemające żadnych specyficznych objawów. Oczywiście, na dłuższą metę najsensowniejsza metoda działania to przeprowadzanie jak największej liczby testów. Niemniej - większość ekspertów jest zgodna, że tylko totalne znieruchomienie na jakiś czas, zatrzymanie społecznej aktywności czy raczej zredukowanie jej do minimum, może zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa.

Skoro tak, oczywistą strategią powinno być raczej poszukiwanie rozwiązań, które umożliwią zatrzymanie, nie zaś nawoływanie do porzucenia na nie wszelkich nadziei. Owszem, wymagałoby to zapewne bezprecedensowego, globalnego porozumienia, czegoś na kształt wszechobejmującego paktu o nieagresji, umowy, w myśl której reguły dotąd nienaruszalne, funkcjonujące bez mała na prawach religijnych dogmatów, ulegną - w związku z wyjątkową sytuacją - co najmniej czasowemu zawieszeniu.

Nierealistyczne oczekiwanie?

Czy to jest utopijna fantazja? Czy to jest oczekiwanie kompletnie nierealistyczne, coś w stylu pięknego, ale obezwładniająco-niemożliwego "Imagine" Johna Lennona?

Na tego rodzaju wątpliwość można odpowiedzieć pytaniem: a czy jeszcze przed kilkunastoma tygodniami bylibyśmy w stanie uwierzyć, że znaczna część z nas będzie siedzieć w domach, że kina, restauracje, teatry i galerie handlowe przestaną działać, że ogromną część pracy będziemy wykonywać z domu? Czy bylibyśmy w stanie uwierzyć, że świat się zatrzyma? Że ulice opustoszeją, samoloty przestaną latać, a Hollywood zrezygnuje z produkcji kolejnych filmowych hitów?

Parafrazując znane powiedzenie, że największym sukcesem diabła jest okoliczność, że przestaliśmy w niego wierzyć, można by powiedzieć, że największym sukcesem kapitalizmu jest okoliczność, że uważamy go za całkowicie bezalternatywny.

A każdą inną formę myślenia o takich pojęciach jak wspólnota czy własność za - w najlepszym razie - naiwność. 

Czy życie milionów starszych mamy potraktować jak oczywistą cenę?

Można zapytać jeszcze: czym w istocie jest to alternatywne wobec totalnego zamknięcia rozwiązanie? Czym w istocie jest nawoływanie do natychmiastowego zakończenia dobrowolnej kwarantanny i uruchomienia produkcji na dawnych warunkach? Czym w istocie są opowieści o odporności populacyjnej, czym są te wszystkie z pozoru racjonalne, a w gruncie rzeczy przerażająco bezduszne wyliczenia: że musi się zarazić tyle to a tyle procent, co oznacza, że tyle to a tyle procent umrze? Czym są te krążące po portalach społecznościowych, rzekomo uspokajające, a tak naprawdę upiorne, wpisy, których autorzy - w czym przoduje zwłaszcza pewien medialny warszawski prawnik - „uspokajają”, że o co ta cała histeria, przecież we Włoszech umierają głównie ludzie starzy i chorzy. I wzywają do "powrotu do normalności", porzucenia panicznych reakcji.

Słyszycie, jak to brzmi, prawda? Umierają głównie starzy i chorzy, nie ma sprawy, nie ma problemu.

Cóż, nawet jeśli faktycznie, jak twierdzi David Katz z Yale-Griffin Prevention Research Center, realna śmiertelność w przypadku koronawirusa wynosi około 1 proc., a przypadki włoski czy hiszpański są wyłącznie funkcją niedostatecznej liczby testów - bo realnie zakażonych jest wielokrotnie więcej osób niż zdiagnozowanych, co daje złudne wrażenie potężnej siły rażenia - to w skali globalnej przekłada się to i tak na miliony zmarłych.

Czy faktycznie mamy przejść do porządku dziennego nad tą kalkulacją? Czy życie milionów starszych i schorowanych osób - ale nie tylko, bo wśród zmarłych będzie też przecież mnóstwo ludzi w sile wieku i młodszych, tak pokazuje nieubłagana statystyka - mamy potraktować jak naturalną, oczywistą cenę za dalsze trwanie systemu opartego na maksymalizacji zysku, maksymalizacji wyzysku, eksploatacji i maniakalnym parciu do przodu?

Prymat ekonomii nad zdrowiem osób starszych i chorych

Ostatecznie bowiem opowieść o populacyjnej odporności, prymacie ekonomii nad zdrowiem i życiem osób starszych i chorych - czyli takich, które już wcześniej były w tym systemie na kompletnym marginesie - oznacza jedno. Brutalną walkę o przetrwanie, w której wygrywa silniejszy, sprawniejszy, lepiej odżywiony, a także, w ostatecznym rachunku: bogatszy, dysponujący lepszym dostępem do medycznych świadczeń.

Owszem, jest to opowieść o wyjątkowej uwodzicielskiej sile. Zwłaszcza jeśli należy się do tych silnych i lepiej odżywionych. Rzecz w tym, że za anonimowymi liczbami stoją całkiem realne ludzkie historie. Czy naprawdę można dziś na serio przekonywać, że starzy i chorzy, no cóż, muszą umrzeć za cenę „odporności stadnej”?

To są kategorie rodem z najbardziej mrocznej eseistyki spod znaku darwinizmu społecznego. To są eugeniczne analizy mające na widoku społeczeństwo złożone z krzepkich jednostek, społeczeństwo, w którym słabsi wypadają z gry. To są złowieszcze próby zaadaptowania teorii ewolucji do realiów życia społecznego, którego zasadniczą cechą jest wszak właśnie wyjście poza reguły obowiązujące w świecie czystej biologii. Poza ślepą logikę silniejszego, poza logikę, w której mniejszość ma być złożona w ofierze w imię dobrostanu większości.

Może czas na zmianę umowy?

W świecie spraw ludzkich niemal wszystko jest kwestią umowy. Świat ma się tak, a nie inaczej, bo się w ten sposób umówiliśmy. To znaczy, mówiąc wprost: przynajmniej niektórzy z nas się w ten sposób umówili, a cała reszta nie ma czy raczej nie miała na kształt tej umowy żadnego wpływu.

Taki moment jak dziś jest jednak szansą, żeby tę z pozoru naturalną i niezmienną architekturę chociaż trochę naruszyć. Zakwestionować jej rzekomo oczywisty kształt. Złamać z pozoru święte zasady, w oparciu o które działa.

I nawet jeśli to się na dłuższą metę nie uda, warto przynajmniej pomyśleć o jakiejś alternatywie. O jakimś innym scenariuszu niż ten, w którym starzy i chorzy mają umrzeć, żeby młodzi i silni mogli dalej napędzać tę machinę, której upiorna natura odsłania się przed nami przez ostatnie tygodnie.

Audycji "Kwadrans filozofa" możesz też odsłuchać w formie podcastu w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM