Pojedziesz do pracy, trafisz na kwarantannę. Mały koniec świata na polsko-niemieckim pograniczu

Regulacje, które każdego, kto przekracza granicę, automatycznie kierują na 14-dniową kwarantannę, praktycznie sparaliżowały mały ruch graniczny na Pomorzu Zachodnim. Cierpią wszyscy ci, którzy mieszkają w jednym kraju, a pracują w drugim. Nawet jeśli do pracy mają bardzo blisko.
Zobacz wideo

Sześć kilometrów - tyle ma z domu do pracy Mariusz Starościk, przedsiębiorca mieszkający w Neu Grambow, tuż za Odrą. Sześć kilometrów to dwa razy mniej niż z Ursynowa do centrum Warszawy. Pan Mariusz ma jednak tego pecha, że jego drogę do pracy przecina polsko-niemiecka granica. Zazwyczaj, jadąc do siedziby dwóch firm, które wraz ze wspólnikiem prowadzi w Dołujach pod Szczecinem, wyruszał drogą 113 do końca, by potem skręcić w prawo i krajową dziesiątką dojechać do celu. Dojeżdżał tak szybko, że granicy nawet nie zauważał. Od piątku jednak stała się ona nie do przebycia. 

W związku z epidemią koronawirusa rząd zdecydował o tym, że każdy przekraczający granicę będzie poddawany 14-dniowej kwarantannie. Każdy, bez wyjątku. Nawet jeśli właśnie dotarł z domu do pracy, przebywając swoją standardową trasę. A to oznacza, że pan Mariusz od piątku nie może zarządzać swoją firmą. - Przez to, że nie będziemy mogli dojeżdżać do pracy, będziemy musieli zwolnić pracowników. Firmy ogłoszą upadłość i to będą wielkie straty - przewiduje przedsiębiorca w rozmowie z reporterem TOK FM Sebastianem Wierciakiem. W firmach jego i jego wspólnika pracuje 70 osób. 

Pełnomocnik Mariusza Starościka wysłał do prezydenta, premiera, ministra zdrowia, wojewody i rzecznika praw obywatelskich wniosek o umożliwienie codziennego przekraczania granicy w celu wykonywania obowiązków służbowych. Jeśli tej zgody nie dostanie, sprawa skończy się pozwem o odszkodowanie od Państwa Polskiego z uwagi na ograniczenie praw i wolności człowieka i obywatela.

Czy w Niemczech jest inny koronawirus?

- Prowadzę sklep zoologiczny i niestety nie mam możliwości pracy z domu - pisze w liście do redakcji pani Bogna. Działalność gospodarczą prowadzi w Szczecinie, do pracy dojeżdża z Löcknitz położonego 14 km od granicy. I zastanawia się, dlaczego akurat ją spotkały utrudnienia. - Jaka jest różnica pomiędzy dojazdem do pracy do Szczecina np. ze Stargardu, Gryfina, Gorzowa, Gryfic i innych tego typu miejscowości, a dojazdem z Löcknitz i miejscowości pobliskich? Wirus jest zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. To, że mieszkamy te kilkanaście kilometrów od granicy, nie oznacza, że automatycznie jesteśmy chorzy - argumentuje. I przedstawia rozwiązanie - podobne do tego, czego domaga się Mariusz Starościk: czasowe przepustki dla tych, którzy jeżdżą do pracy w strefie przygranicznej, ale już w sąsiednim kraju. 

Pani Bogna ma jeszcze jeden ważny argument. - W szpitalu w Pasewalku pracują polscy lekarze oraz pielęgniarki. Jeśli nie będą mogli przyjechać do pracy, dla nas mieszkających tutaj to zagrożenie dostępności do leczenia - dodaje.

- Ciekawe, czy rząd zapewni jedzenie dla moich dzieci i opłaci mi rachunki za dom i przychodnię - zastanawia się, z kolei, pani Monika, która jest weterynarzem. Pracuje w Szczecinie, ale mieszka już po niemieckiej stronie granicy. - Mam rozpoczęte leczenia ciężkich przypadków. Ludzie specjalnie na wiosnę czekali na umawiane operacje, mnóstwo porodów się szykuje, bo hodowcy kryli suczki, często trzeba rozwiązać je cesarskim cięciem, bo inaczej matka odchodzi! Teraz mi zamykają granicę, nie nam jak pomagać, ale i nie nam jak utrzymać przychodni i rodziny. Nie będę mieć jak opłacić lokalu, otwarte leki będę musiała zutylizować, bo flakony mogą być otwarte 28 dni - wylicza. 

Niemcy do Polaków: zostańcie u nas!

Ale z decyzji, która w praktyce wstrzymuje mały ruch graniczny, cieszy się prezydent Świnoujścia Janusz Żmurkiewicz. Wskazuje, że wielu mieszkańców było do tej pory zmuszonych do podjęcia pracy po niemieckiej stronie w hotelach czy domach opieki. - Niemieccy pracodawcy gwarantują pensje. Słyszę, że 60-70 proc. pracownicy będą otrzymywali - mówi. 

Prezydent ma świadomość, jak ważni w tym regionie Niemiec są pracownicy z Polski. Nie bez przyczyny Katrin Lange, minister finansów i spraw europejskich Brandenburgii, zaapelowała do polskich pracowników: Bleiben Sie bei Uns, czyli Zostań u nas. Brandenburgia obawia się "poważnych skutków w newralgicznych obszarach infrastruktury krytycznej, takich jak opieka zdrowotna" - w niemieckich szpitalach pracują polscy lekarze i pielęgniarki. Niemcy już organizują mieszkania dla Polaków, jednocześnie rząd federalny zaczął rozmowy z polskim, by jednak poluzować przepisy.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM