Zgonów na koronawirusa może być więcej niż podają oficjalne statystyki. "Rząd może unikać niepokojów społecznych"

Jak bardzo dane o zgonach spowodowanych koronawirusem mogą nie być zgodne z rzeczywistością? - Przypuszczalnie ta skala, jeśli chodzi o całkowitą liczbę zgonów na koronawirusa, w tym momencie nie jest porażająca, ale na pewno stworzyłby się niepokój społeczny, którego rząd chce unikać - mówił w TOK FM dr Krzysztof Hałabuz z Porozumienia Chirurgów.
Zobacz wideo

Porozumienie Chirurgów "Skalpel" w niedzielę wystąpiło w internecie z apelem do ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. - W imieniu środowiska lekarskiego prosimy o oficjalne stanowisko w sprawie zgonów Polaków spowodowanych przez Covid-19, które nie zostały ujęte w oficjalnych statystykach - napisali chirurdzy.

Na antenie TOK FM dr Krzysztof Hałabuz z Porozumienia Chirurgów tłumaczył, co dokładnie na myśli mieli lekarze. - Wypełniając kartę zgonu, lekarz ma trzy pola do wypełnienia. Musi wpisać chorobę bezpośrednią, która skutkuje zgonem, na przykład niewydolność oddechowa czy krążeniowa. Wypełnia też pole z chorobą pośrednią, na przykład zapalenie płuc, które doprowadziło do niewydolności. Musi też wpisać chorobę wyjściową, czyli na przykład koronawirusa - wyjaśniał lekarz.

Choroby mają swoje kody. - W wytycznych WHO napisano, że jeśli u pacjenta potwierdzono testami koronawirusa, to wtedy w miejsce choroby wyjściowej wpisujemy kod U07.1. Jest też w tych zaleceniach drugi kod U07.2, który też dotyczy koronawirusa, ale nie wymaga potwierdzenia go testami. Lekarz może go wpisać, jeśli orzeknie taką sytuację na podstawie badania fizykalnego, danych klinicznych i epidemiologicznych. Tylko że w polskich zaleceniach tego drugiego kodu nie ujęto - mówił dr Hałabuz i dodał, że w takiej sytuacji zaleca się wpisanie "chorób współistniejących". - A tych obciążających pacjenta może być cały szereg. To taka bezpieczniejsza furtka dla lekarza - tłumaczył.

Taki przypadek opisała w środę poznańska "Gazeta Wyborcza". Chodzi o 75-latka, który w poniedziałek 23 marca zmarł w szpitalu w Kaliszu. Kaszlał, miał problemy z oddychaniem. Badanie tomografem potwierdziło u niego masywne zapalenie płuc (koronawirus namnaża się w komórkach pęcherzyków płucnych). Rodzina nalegała, by zrobić test w kierunku koronawirusa, ale lekarze nie widzieli takiej potrzeby. Zmienili zdanie po śmierci pacjenta - pobrali mu wymaz do badań. Wynik potwierdził zakażenie koronawirusem, lecz lekarze nie zmienili rozpoznania - jako przyczynę zgonu podali niewydolność serca. 75-latek nie znalazł się w rządowej statystyce.

Gość TOK FM tłumaczył, że nie wie, dlaczego takie, a nie inne zalecenia się pojawiły. - Powinniśmy działać w standardach światowych, a nie jakiś "przerobionych" - przekonywał. Natomiast nie był w stanie określić, jak bardzo dane o zgonach spowodowanych koronawirusem nie są zgodne z rzeczywistością. - Zastanawiam się nad tym, przypuszczalnie ta skala, jeśli chodzi o liczbę całkowitą zgonów w tym momencie nie jest porażająca, ale na pewno stworzyłby się niepokój społeczny, którego rząd chce unikać - mówił gość TOK FM. Mimo wszystko jego zdaniem dane przedstawione w Polsce mogą być zastanawiające. - To jest oparte na niedoszacowaniu. Wykonujemy nadal mała liczbę testów - około 4 tys. dziennie, Wielka Brytania robi ich 10 tys. Zastanawiające mocno jest też to, że śmiertelność w skali świata wynosi od 3 do 6 procent, przodują Włosi bo mają 10 procent. U nas to jest 1,5 procent. Może to raportowanie nie jest bardzo złe, ale budzi zastanowienie - podkreślał dr Hałabuz.

Z drugiej strony lekarz chwalił Polaków za podejście do rządowych zaleceń. - Nasze społeczeństwo dość poważnie podeszło do izolacji. Działania rządu prawdopodobnie też dają dobry efekt. Jednak trzeba myśleć o tym, co zrobić więcej. Ostatni pomysł rządu z rękawiczkami w sklepach jest kompletnie nietrafiony. To nie zmniejsza ryzyka transmisji wirusa, prawidłowym zaleceniem jest noszenie masek - ocenił gość TOK FM.

Według oficjalnych danych resortu zdrowia z powodu koronawirusa zmarło do tej pory 36 osób 

DOSTĘP PREMIUM