"Dzieci w czasach epidemii jeżdżą po całej Polsce". Ośrodki socjoterapii "pozbywają się" trudnej młodzieży

Dyrektorzy domów dziecka w całym kraju walczą o bezpieczeństwo swoich wychowanków i pracowników. "Trudna młodzież" z ośrodków socjoterapeutycznych i wychowawczych jest im przywożona wbrew decyzjom premiera, ale za przyzwoleniem Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Nikt nie wie, czy dzieci są zdrowe, czy do domów dziecka nie przywiozą koronawirusa.
Zobacz wideo

Mieli siedzieć w domach i siedzą - tyle że w domach dziecka. Od 11 marca, bez przerwy. Wychodzą tylko w swoim towarzystwie, praktycznie nie spotykają się z nikim z zewnątrz. Wszystko po to, by nie ryzykować.

- Nawet z rodzicami uzgodniliśmy, że nie będziemy urlopować dzieci na święta. Zgodzili się dla dobra wszystkich - mówi Damian Szwagierczak, dyrektor domu dziecka w Skopaniu. W innych domach dziecka przyjęto podobne zasady: po prostu izolację. - Niech pan sobie wyobrazi, co się stanie, jak ktoś przywlecze koronawirusa do domu. Zakażą się wszystkie dzieci, kadra, ich rodziny - mówi Wojciech Woźny, dyrektor domów dziecka w Chełmnie.

Premier zapowiedział, ale nie wszyscy słuchali

Cała Polska widziała premiera na konferencji prasowej. Mateusz Morawiecki zapewniał, że szkoły i przedszkola zostaną zamknięte, ale młodzieżowe ośrodki socjoterapii oraz młodzieżowe ośrodki wychowawcze będą funkcjonować. Do MOS-ów trafia młodzież, która sprawia kłopoty wychowawcze, czyli tzw. "trudna młodzież". Placówki są całodobowe, w odróżnieniu od domów dziecka można je zamknąć i uniemożliwić dzieciom jakiekolwiek wymykanie się. Z kolei do młodzieżowych ośrodków wychowawczych trafia się za karę. - To są już dzieciaki, które na przykład łamały prawo - tłumaczy Marcin Lewandowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych.

Nagle jednak w domach dziecka rozdzwoniły się telefony, skrzynki mailowe zapełniły się prośbami "o zabranie dziecka" z MOS-ów. Są też pojedyncze sygnały z MOW-ów. - Spośród ponad 80 ośrodków socjoterapii, które miały działać, ponad 30 od razu się zamknęło - mówi Lewandowski. Przed świętami kolejne robią wszystko, by "wypchnąć" wychowanków do domów dziecka. Zapewnienia premiera niewiele tu dały. Część MOS-ów działa przy szkołach - uznały więc, że skoro szkoła nie działa, to oni też.

"Dzieci w czasach epidemii jeżdżą po całej Polsce"

- Właśnie czekam na jedno dziecko. Znowu uciekł, policja go szuka - mówi dyrektor siedmiu domów dziecka w okolicach Inowrocławia Roman Jaskulski o swoim 13-letnim podopiecznym. - Skąd ja wiem, z kim on się teraz widzi, z kim ma kontakt. Nawet jeśli przyjechał zdrowy, nie wiem, czy teraz czegoś nie złapie - podkreśla dyrektor. Dodaje, że 13-latek to jeden z tych, nad którymi trudno zapanować - dlatego trafił do MOS-u. A teraz przywieziono go do domu dziecka. "Przywieziono", bo zazwyczaj to pracownicy domów dziecka jeździli po dzieci. Teraz gdy tego odmawiają, MOS-y same przewożą dzieci nawet na drugi koniec Polski.

W "Gazecie Pomorskiej", która opisała problem, dyrektor Wojciech Woźny wspomina, że "czwórkę dzieci podrzucili mu pod dom, jak niechciane psy". W rozmowie z TOK FM tłumaczy, że używa mocnych słów, bo nie rozumie, jak można być tak nieodpowiedzialnym. Podkreśla, że codziennie walczy o izolację swoich podopiecznych. Teraz jednak zastanawia się po co. - Premier mówi: siedzieć w domach, a dzieci w czasach epidemii jeżdżą po całej Polsce - mówi rozgoryczony i dodaje, że nie ma zamiaru narażać też swoich pracowników, wysyłając ich do różnych województw.

Myśleli, że rząd im pomoże. Wtedy przyszły wytyczne

Skoro dzieci już przywieziono, to oczywiście nie można ich było nie przyjąć. Są teraz w domach dziecka. Obecnie nie są to już na szczęście wielkie molochy, ale ośrodki dla kilkunastu podopiecznych. Fizycznie nie różnią się od domów jednorodzinnych. Często znajdują się na osiedlach właśnie z takimi budynkami. - Chodzi o to, by stworzyć warunki w miarę możliwości przypominające domy rodzinne - mówi Roman Jaskulski.

Dyrektorzy liczyli, że uda się interweniować w rządzie. Premier przecież zapowiadał, że MOS-y będą działać. Odpowiedziało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Według resortu domy dziecka powinny przyjmować wszystkich podopiecznych z zawieszanych jednostek. Dodatkowo mają też przyjmować dzieci "z interwencji", czyli wtedy, gdy na przykład w domach dochodziło do przemocy, interweniowała policja, a dzieci teraz nie mają gdzie się podziać. Z pisma wynika, że w razie obaw placówki mają się radzić sanepidu.

- Dzieci z interwencji absolutnie potrzebują opieki, zdajemy sobie z tego sprawę. Z drugiej strony nie wiemy, czy są zdrowe i narażamy wszystkich innych - mówi prezes Marcin Lewandowski, podkreślając, że to dla nich trudne sytuacje. Jego zdaniem krytyczny moment nastąpi, kiedy dojdzie do jakiegoś zakażenia. Dom dziecka trzeba będzie wówczas zamknąć, tak jak robi się to w przypadku domów pomocy społecznej. Problem w tym, że kadra innych domów może nie chcieć ryzykować. - Wezmą zwolnienia na dzieci do lat 8, wezmą urlopy i nie będzie miał kto pracować z dziećmi - dodaje prezes Stowarzyszenia Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych.

Posłuchaj w aplikacji TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM