W izolacji przemoc jest jeszcze bardziej "domowa". "To nie awantury 'z nudów', chodzi o życie i zdrowie"

Skala przemocy w rodzinie dramatycznie wzrosła. Widzimy to w ilości połączeń do nas, czy liczbie maili. Nie tylko w statystyce liczbowej jest pies pogrzebany, zupełnie inna jest intensywność zjawiska - przekonywała w TOK FM Renata Durda, kierowniczka Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia".
Zobacz wideo

Izolacja i kwarantanna z powodu koronawirusa to także niestety czas wzrostu przemocy domowej. Alarmują o tym między innymi organizacje pozarządowe z różnych krajów dotkniętych epidemią. Agnieszka Lichnerewicz, prowadząca "Światopodgląd" przypomniała, że Komendant Główny Policji gen. insp. Jarosław Szymczyk, na antenie Polsat News mówił, iż według statystyk policji w marcu było 15 proc. mniej zgłoszeń o przemoc domową w porównaniu do zeszłego roku.

Z tymi wyliczeniami nie do końca zgodziła się Renata Durda, kierowniczka Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia". – Skala przemocy w rodzinie dramatycznie wzrosła. Widzimy to w ilości połączeń do nas, czy liczbie maili. Nie tylko w statystyce liczbowej jest pies pogrzebany, zupełnie inna jest intensywność zjawiska. Kiedyś przemoc, która wybuchała, mogła zostać rozładowana przez to, że ktoś trzasnął drzwiami i wyszedł z domu. Teraz tak się nie da. Przemoc eskaluje coraz bardziej. Kobiety dzwonią i mówią, że chcą uciec, ale nie mają dokąd – relacjonowała ekspertka.

Obecność ze sprawcą przemocy często w jednym pomieszczeniu to też poważny problem. – Widzimy to, bo jest bardzo wiele prób połączeń w różnych nietypowych godzinach, na przykład bardzo wcześnie rano czy w nocy, kiedy sprawca  pewnie śpi. Ofiary dzwonią do nas, siedząc w aucie, czy wychodząc na spacer z psem, ale to nie są warunki, żeby udzielić takiej osobie odpowiedniej pomocy – mówiła. Jej zdaniem powinny powstać w Polsce miejsca, gdzie osoba, która doznaje przemocy domowej, może przyjść pod pretekstem np. wyjścia na zakupy, zadzwonić i otrzymać pomoc.  

Szefowa "Niebieskiej Linii" krytykowała też władze. – Mam wrażenie, że są jak dziecko we mgle. Chociaż RPO i środowisko apelowały do ministerstwa rodziny, by poważniej zająć się tą sprawą – oceniła.  Ekspertka podkreślała, że nadal w Polsce przemoc domowa traktowana jest w sposób lekceważący. – Wciąż ludzie mówią, że są ważniejsze sprawy niż jakaś tam awantura. Klientki nam to raportują.  Dzwonią na policję, żeby zgłosić problem, ale słyszą, że policja ma teraz inne zadania. Albo wprost, że "ludzie chorują i umierają, a pani wzywa mnie do awantury, proszę nie zawracać głowy" – relacjonowała rozmówczyni Agnieszki Lichnerowicz.

Renata Durda radziła, aby w takiej sytuacji stanowczo domagać się reakcji policji. – Trzeba podkreślać, że życie i zdrowie domowników jest zagrożone, że to nie żadna awantura "z nudów". Policja ma obowiązek przyjąć zgłoszenie. W obecnych czasach ta przemoc stała się jeszcze bardziej "domowa" – podkreślała kierowniczka Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia". Jak dodawała, pomóc mogą też inni ludzie, bo Polacy nie są obojętni na przemoc. – Należy głośno wzywać pomocy. Mówić o tym sąsiadom czy rodzinie w rozmowach telefonicznych. A my, jeśli słyszmy awanturę za ścianą, to powinniśmy zareagować, podejść pod drzwi, zapukać i zaoferować pomoc. Nawet jeśli zostaniemy odesłani z kwitkiem, to sprawcy przemocy domowej często zmieniają swoje zachowanie, jeżeli wiedzą, że są słyszani i obserwowani – mówiła ekspertka.

Całej rozmowy wysłuchasz dzięki aplikacji TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM