Pielęgniarka z "trudnej" placówki: Pracowałam po 17 godzin na dobę. W końcu nie dałam rady, zasłabłam

- Pierwszego dnia, kiedy byłam jeszcze w dobrej formie, spędziłam w kombinezonie 5 godzin. Ale ostatnie godziny to był ból, straszne duszności. Nie widziałam na oczy, pot mi spływał na twarz. Kolejnego dnia nie dałam rady nosić kombinezonu tak długo, a ostatni założyłam go tylko na godzinę. No i nie dałam rady, zasłabłam - opowiada pielęgniarka, która zajmowała się pacjentami z koronawirusem.
Zobacz wideo

W dzisiejszym “Światopoglądzie” Agnieszka Lichnerowicz rozmawiała z pragnącą zachować anonimowość pielęgniarką. Kobieta została skierowana do pracy w placówce, gdzie z powodu rozprzestrzeniającego się koronawirusa, panują wyjątkowo trudne warunki i brakuje personelu.

- Pracowałam po 16-17 godzin na dobę. Miałam przerwę nocną, ale wiedziałam, że jeśli coś się wydarzy, ktoś po mnie zadzwoni i będę musiała zejść na oddział - relacjonowała.

"Tylko ktoś, kto pracuje w tym kombinezonie, zrozumie, jak się czułam"

Pielęgniarka początkowo starała się jak najdłużej nosić kombinezon ochronny. Ale z dnia na dzień stawało się to dla niej coraz trudniejsze) - Pierwszego dnia, kiedy byłam jeszcze w dobrej formie, spędziłam w kombinezonie 5 godzin. Ale ostatnie godziny to był ból, straszne duszności. Nie widziałam na oczy, pot mi spływał na twarz. Kolejnego dnia nie dałam rady nosić kombinezonu tak długo, a ostatni założyłam go tylko na godzinę. No i nie dałam rady, zasłabłam - opowiadała.

- Tylko osoby, które pracują w tych kombinezonach, są w stanie zrozumieć, jak się człowiek czuje w takim pełnym umundurowaniu - dodała.

Dostajesz nakaz i nie możesz powiedzieć "nie"

Pielęgniarka powiedziała, że skierowanie do pracy w dostarczył jej policjant późnym wieczorem.Choć złożyła odwołanie, powołując się na swoją sytuację zdrowotną, to zanim zostało rozpatrzone, musiała udać się do placówki. Nie miała możliwości się z nikim skontaktować.

- Nie można tak naprawdę powiedzieć "nie". Jeżeli dostaję nakaz późnym wieczorem, to kiedy mam się skontaktować z placówką? Dzwoniłam tam, ale wiadomo, że o takiej porze ktoś może nie odebrać telefonu. Ponieważ rano też się nie udało dodzwonić, uznałam, że trzeba tam po prostu pojechać.

Rozmówczyni Lichnerowicz ma problemy z kręgosłupem i cierpi na dolegliwości kardiologiczne. Jednak, jak opowiada, nikt nie przeprowadził z nią wywiadu lekarskiego przed podjęciem pracy i nie sprawdził, czy jej stan zdrowia pozwala na pracę w tak trudnych warunkach.

Media donosiły wcześniej, że były przypadki, że skierowanie dostała kobieta w ciąży, czy ktoś, kto samotnie wychowuje dzieci i nie ma z kim ich zostawić. Pisaliśmy też o brakach sprzętu i środków bezpieczeństwa w ośrodkach. Z powodu braków personelu, ministerstwo apelowało nawet o pomoc wolontariuszy

"Strażakowi nikt nie każe pójść w ogień bez sprzętu"

- Specyfika naszej pracy jest taka, że często narażamy zdrowie, a nawet życie. Ale na przykład strażakowi się nie powie, żeby wszedł do płonącego domu bez odpowiedniego sprzętu. Z nami jest tak samo. A przecież cały czas słyszymy w telewizji, że w szpitalach czegoś brakuje. Słyszymy jaka jest sytuacja DPS-ów, że są tam dwie osoby na kilkadziesiąt pacjentów, z których większość jest zakażona i nikt się nimi tak naprawdę nie interesuje. To są też nasze obawy - że zostaniemy rzuceni w takie miejsce. I co mamy wtedy zrobić? - pytała.

- To nieprawda, że pielęgniarki nie chcą pracować. Przykładem jest moja koleżanka, która sama zgłosiła się do pracy - podkreślała kobieta. Dodała, że na oddziale spotkała wiele innych osób, które podjęły ogromny wysiłek, aby opiekować się pacjentami.  - Jestem pełna podziwu dla tych ludzi. Mimo przeszkód i niedogodności, potrafili się samodzielnie zorganizować.

W pracy pomogło jej także “zadaniowe” podejście do życia. - Zawsze boimy się nowych rzeczy i zmian. Ale ja jestem osobą, która po prostu się z tym mierzy. Ja żyję tu i teraz. Będąc tam, nie myślałam o tym, że boję się choroby, tylko, że muszę wykonać kolejne zadania.

Medycy nie zarażają przez lekkomyślność

Pielęgniarka po zasłabnięciu i konsultacji z lekarzem wyszła z ośrodka. Obecnie przebywa w kwarantannie i - na szczęście - nie ma objawów choroby wywoływanej przez koronawirusa. - Dochodzę do siebie, już się wyspałam. Jak adrenalina spływa, to zaczynają wychodzić stałe dolegliwości. U mnie to kręgosłup, ale ćwiczę, więc to minie - mówiła.

Niektórzy medycy, zwłaszcza pracujący na oddziałach zakaźnych, spotkali się z wrogością sąsiadów, którzy oskarżali ich o roznoszenie choroby.

- Można przeczytać, kto roznosi tego wirusa. W większości to personel medyczny, nie da się ukryć. Zadajmy sobie jednak pytanie, dlaczego. Nie dlatego, że nie przestrzegamy reżimu snaitarnego. Często nie mamy dostatecznej ilości sprzętu - tłumaczyła rozmówczyni Lichnerowicz.

Kobieta była jednak dobrej myśli: -  Wierzę, że w ludziach jest dobro i zrozumienie. Nawet strach i emocje, które przecież gdzieś muszą znaleźć ujście, to jednorazowe rzeczy i człowiek potem pomyśli, że źle zrobił - podsumowała.

DOSTĘP PREMIUM