"Mieliśmy wiewiórcze dzieci, były wielkości damskiego kciuka". Jak ratuje się dzikie zwierzęta w czasie epidemii

W maseczkach i rękawiczkach wysiadają z samochodu i stawiają pudełko na ziemi. Z odległości kilku metrów opowiadają, co się stało, gdzie je znaleźli. My - też w maseczkach i rękawiczkach, przejmujemy pacjenta i zabieramy do szpitala, czyli zaadaptowanego do tego celu garażu. Ludzie potrafią przejechać kilkaset kilometrów, żeby uratować ranne dzikie zwierzę - opowiada Oktawian Szwed z Jeżurkowa, podwarszawskiego Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt.
Zobacz wideo

Ratują wiewiórki, które wypadły z gniazda, jeże pogryzione przez psy, poranione przez drapieżniki zajączki. Z kilku uratowanych zwierząt rocznie doszli do kilkuset - dzikich, zagrożonych wyginięciem. Jeżurkowo to tylko dwie osoby, małżeństwo Małgorzata Jaworska-Szwed i Oktawian Szwed. - Myśleliśmy że ze względu na pandemię i mnogość zakazów, zwierząt będzie mniej. Tymczasem mamy po kilku nowych pacjentów na dobę - mówią. 

Ranne zwierzęta ludzie potrafią wieźć do Jeżurkowa nawet kilkaset kilometrów. - W maseczkach i rękawiczkach wysiadają z samochodu i stawiają pudełko na ziemi. Z odległości kilku metrów opowiadają, co się stało, gdzie znaleźli rannego. My, też w maseczkach i rękawiczkach, przejmujemy pacjenta i zabieramy do szpitala, czyli zaadaptowanego do tego celu garażu. Nikt się nie skarżył na kontrolę drogową, czy zarzuty o łamanie zakazów.To jest bardzo uzasadniona podróż. Jeże i wiewiórki są objęte ochroną - przekonują ratownicy zwierzaków. 

Robimy wszystko, żeby się nie oswajały

Zwierzęta wymagające pomocy są spokojne. Te, które są ciężko ranne czy chore pozwalają ze sobą zrobić niemal wszystko. - Może rozumieją, że ktoś udziela im pomocy. I na pewno są pragmatyczne. Jeżeli dostają jedzenie, nie muszą polować, wysilać się, to właściwie głównie śpią. Budzą się na jedzenie i czekają na leki. Jeże są stoikami z natury, większy kłopot jest z wiewiórkami, one mają wieczne ADHD – tłumaczą opiekunowie. Przekonują również, że robią wszystko, aby zwierzęta się nie oswajały. Bo muszą wrócić na wolność, gdyż tam jest ich miejsce. 

Ciepło dłoni przywróciło wiewiórkom życie

W tej chwili z ośrodku jest kilkadziesiąt zwierząt, w tym objęte specjalną troską trzy maleńkie wiewiórki spod Łodzi. - Wczesną wiosną do Jeżurkowa przyjeżdża więcej wiewiórek niż jeży – mówi Oktawian Szwed. Zwykle są to ofiary strąconych gniazd: przez wiatr, burzę lub przez młodą, niedoświadczoną wiewiórczą mamę, która tworzy pierwsze w życiu gniazdo lęgowe i sobie z tym nie radzi.

Niedawno pod Łodzią znaleziono takie właśnie strącone gniazdo, w którym były cztery wychłodzone ciałka. - Znalazcy sądzili, że wiewióreczki są martwe, chcieli je pochować, ale pod wpływem ciepła ich dłoni wiewiórki "ożyły". Ci ludzie zabrali je do domu i zaczęli szukać pomocy. Dowiedzieli się, że wiewiórki muszą mieć ciepło a nie mieli profesjonalnych mat grzewczych, jakimi my dysponujemy w szpitalu. Termoforu obawiali się używać, więc nagrzali dom do temperatury ponad trzydziestu stopni i przez kilka dni chodzili po nim w samej bieliźnie. Karmili maleństwa kozim mlekiem. I udało im się te kilkudniowe, mikroskopijne wiewiórki utrzymać przy życiu! Byliśmy pod wrażeniem jak fantastycznie znalazcy sobie poradzili, nie mając żadnego doświadczenia - podkreśla pan Oktawian. Jak dodaje, nikt pod Łodzią nie udzielił wiewiórkom pomocy, dlatego trafiły do Jeżurkowa. - Byliśmy w szoku jak je zobaczyliśmy, to chyba najmniejsze zwierzęta, jakie kiedykolwiek ratowaliśmy, wielkości damskiego kciuka. Ważyły po 10, 11 gramów. Niestety jedna nam zmarła, ale pozostałe otworzyły już oczy, mają piękne rude futerka i są w doskonałej formie - opowiada opiekun. 

Uwolnienia – w tym roku później

Są w Jeżurkowie pacjenci już wyleczeni, którzy czekają na uwolnienie. Ale susza mogłaby ich zabić. Małgorzata i Oktawian Szwed apelują o wystawianie miseczek z wodą – czy to w betonowych pustyniach miast czy na terenach podmiejskich – bo wszędzie brakuje wody. Taka miseczka dosłownie ratuje życie – tłumaczą. Nie tylko jeżom i wiewiórkom. W miastach żyje mnóstwo małych ssaków, wody potrzebują ptaki i owady.

Czy twórcy Jeżurkowa nie obawiają się zarzutów o źle adresowaną pomoc, zwłaszcza teraz, w dobie pandemii, gdy szpitalom brakuje podstawowego sprzętu? - Nikogo nie pozbawiamy pomocy, nie zabieramy publicznych pieniędzy. Nigdy nie korzystaliśmy i nie korzystamy z pomocy państwa.  Działamy wyłącznie z dobroci i ofiarności osób, które uważają że to, co robimy jest ważne - przekonują.

Fundacja Primum - Jeżurkowo to Organizacja Pożytku Publicznego. Chcesz przekazać 1% podatku, wpisz KRS 0000462339

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM