Stawiszyński: Czy kryzys to szansa na rozwój?

Nie wiadomo, kiedy pojawi się skuteczna szczepionka na koronawirusa, nie wiadomo także, kiedy pojawi się jakieś naprawdę skuteczne lekarstwo. Jedno wszakże wiadomo już dzisiaj bez żadnych wątpliwości: to wszystko się prędko nie skończy.
Zobacz wideo

Najnowsza analiza – oczywiście, tego rodzaju modele zawsze obarczone są ryzykiem błędu, niemniej podobne wnioski podziela wielu badaczy – przewiduje, że ograniczenia w kontaktach społecznych mogą być konieczne aż do 2022 roku.

A nawet jeśli uda się ten problem rozwiązać odrobinę wcześniej – istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeszcze długo nie będzie powrotu do poprzedzającego pandemię, przyznajmy z dzisiejszej perspektywy: beztroskiego i spontanicznego, modelu funkcjonowania. Po tej epidemii przyjdą bowiem prędzej czy później kolejne. Gobalizacja ma swoją cenę. Zagrożenie epidemiczne jest w dzisiejszych czasach – o czym wielokrotnie już w ostatnich latach przekonywali eksperci, na przykład w tym dokumencie opublikowanym w styczniu 2019 roku przez Światowe Forum Ekonomiczne – powszechne.

I na koronawirusie z pewnością się nie skończy.

Co nie zmienia faktu, że kiedy ponad miesiąc temu zaczęła się powszechna kwarantanna, wielu z nas miało wrażenie, że sprawa jest najwyżej tymczasowa i już niedługo będzie można spokojnie wrócić do tak zwanej normalności. Nawet doniesienia z Włoch, które mierzyły się już wówczas z radykalnymi skutkami rozprzestrzeniania się koronawirusa, brzmiały jakoś nierealistycznie. I chyba do tej pory, przynajmniej dla części z nas, perspektywa przedłużającej się kwarantanny wydaje się trudna do przyjęcia. Wyjątkiem nie są tutaj także politycy, którzy – zamiast szukać sposobów na zamortyzowanie efektów zamknięcia, zamiast tworzyć grupy eksperckie złożone z ekonomistów i socjologów, mające za zadanie wypracować nowe reguły działania gospodarki i organizacji społecznej – instrumentalizują pandemię i starają się zbić na niej doraźny wyborczy kapitał. Jest to strategia zdecydowanie krótkowzroczna, świadczy jednak niezbicie, że także klasa polityczna ulega działaniu mechanizmu określanego w psychoanalizie mianem zaprzeczenia.

Niezależnie od oczywistych przyczyn tego stanu rzeczy – pandemia i zamknięcie to zjawiska w ciągu ostatnich stu lat bezprecedensowe – istnieją jednak być może także przyczyny mniej oczywiste. Na przykład głębinowe kulturowe procesy, zbiorowe narracje, powszechne mitologie – czyli opowieści o tym, jaki jest świat i czym jest życie, którymi bezwiednie nasiąkamy od urodzenia – które tak fundamentalnie ukształtowały nasz sposób myślenia i przeżywania sytuacji kryzysowych, że z tym, co się teraz dzieje, próbujemy sobie radzić w ich obrębie i za ich pośrednictwem. Że to – innymi słowy – one podpowiadają nam, co o danej sprawie myśleć i wyzwalają w nas określone wokół niej emocje. Choć oczywiście, gdyby nas ktoś zapytał, przysięglibyśmy na wszystkie świętości, że to są nasze osobiste przekonania i uczucia. Rzecz w tym, że przekonania i uczucia nie biorą się wyłącznie z wnętrza naszych głów i serc – biorą się także, a może przede wszystkim, ze znaczeń i relacji rozpowszechnionych w kulturze, w której żyjemy.

***

Współczesna kultura jest zaś – czy raczej, do niedawna jeszcze była – skoncentrowana wokół takich pojęć jak sprawność, sprawczość, rozwój, zarządzanie, rozwiązywanie, leczenie czy naprawianie. W języku, którym mówiliśmy – a dzięki Ludwikowi Wittgensteinowi wiemy przecież, że „granice języka wyznaczają granice świata” – pojęcie kryzysu występowało niemal wyłącznie w znaczeniu negatywnym. Kryzys – przywodzący na myśl takie jakości jak bezradność, niesprawność, paraliż, znieruchomienie, zastój, pat, niewydolność, załamanie, rozbicie czy rozpad – postrzegany był przede wszystkim jako widomy znak jakichś dysfunkcji i defektów. Jako swoista „kara” za nie dość efektywne strategie działania, wszystko jedno: w życiu zawodowym czy osobistym. Dominująca opowieść o jednostce niosącej na swoich barkach wyłączną odpowiedzialność za swój los uczyniła ją odpowiedzialną także za własne kryzysy. Usłużnie podsuwając jednocześnie rozliczne instrumenty pomagające z tego stanu wyjść: afirmacje, poradniki, terapie, sesje, ćwiczenia, suplementy, zioła, leki, zabiegi albo kosmetyki.

W tle pracowało tutaj przekonanie, że z każdego kryzysu zawsze się jakoś wychodzi czy też raczej: że zawsze trzeba z niego jakoś wyjść, trzeba go przezwyciężyć i przepracować. Składową tego zjawiska były i są oczywiście także doktryny głoszące, że każdy kryzys jest „szansą” na dostrzeżenie czegoś wcześniej niedostrzeganego, albo „bezcenną lekcją od losu”, albo innym jeszcze dobrodziejstwem, które – choć być może na pierwszy rzut oka wydaje się dotkliwe i straszne – to tak naprawdę jest fantastyczną okazją, żeby się jeszcze bardziej i jeszcze lepiej rozwinąć.

A zatem w języku, którym się dotąd posługiwaliśmy, kryzys traktowany był wyłącznie jako stan przejściowy – do jak najszybszego przezwyciężenia. Nie występował jako stan sam w sobie, jako nieodłączna, permanentna jakość charakteryzująca kondycję wszystkiego, co żyje. Kiedy nie sposób było odnaleźć w nim jakichkolwiek „kreatywnych” albo „rozwojowych” aspektów, odwoływano się ostatecznie do „nadziei”. „Trzeba mieć nadzieję, że kiedyś będzie lepiej” – oto ostateczna forma obowiązkowego makijażu nakładanego na szpetne oblicze kryzysu.

***

Tymczasem rzeczywistość naszego doświadczenia prezentuje się zgoła inaczej.

Niektóre kryzysy są nieprzezwyciężalne i nic sensownego czy dobrego z nich nie wynika. Nie są zapowiedzią żadnego progresu, nie są koniecznym etapem na drodze jakiegoś domniemanego rozwoju, tylko przeciwnie – oznaką definitywnej stagnacji. Potrafią ciągnąć się miesiącami albo latami, przynosząc wyłącznie frustrację, straty, rozpacz albo zobojętnienie. Nie są szansą na cokolwiek, nie następuje po nich radosne odrodzenie, nie służą odkrywaniu w sobie żadnych tajemnic, talentów, albo niezwykle cennych emocji. Są tylko rozciągającym się w czasie bezruchem, cierpieniem, doświadczeniem niemocy, bezradności, samotności, braku horyzontu, utraty wszelkiej nadziei.

Nie chodzi o to, żeby masochistycznie zatapiać się w takim stanie, ale żeby najzwyczajniej w świecie uznać jego realność.

Osobliwością współczesnej kultury jest właśnie brak akceptacji tego prostego faktu. Potężne siły inwestowane są w opowieści mające uchronić nas przed uświadomieniem sobie, że z niektórych sytuacji po prostu nie wychodzi się cało. Oczywiście, źródła takiej postawy tkwią częściowo w historii ludzkiej kultury w ogóle. Jest to wszak wznoszona wysiłkiem setek tysięcy pokoleń fortyfikacja mająca chronić nas przed immanentnie działającymi w rzeczywistości siłami rozpadu. Ta fortyfikacja ma jednak swoje naturalne granice. Pomimo nauki i technologii rozwiniętych w potężnym stopniu, nie jesteśmy – i długo jeszcze nie będziemy – w stanie zniwelować tych podstawowych wyznaczników ludzkiej egzystencji, przynależnych jej od samego początku: przemijalności i śmiertelności.

Zarazem w różnych momentach rozwoju ludzkiej kultury rozmaicie się z nimi obchodzono. Wytwarzano powszechne mitologie nadające im jakiś sens, praktykowano zbiorowe formy rytualne pozwalające w sposób mniej dotkliwy przechodzić proces oswajania się z ich nieuchronnością.

To dopiero współczesna zachodnia kultura wpadła na pomysł, żeby zacząć udawać, że one po prostu nie istnieją. Zasłaniać je szpitalnymi parawanami, eliminować z masowej wyobraźni, ukrywać z pomocą chirurgicznych interwencji i środków chemicznych. Zagadywać je, a może raczej zakrzykiwać hasłami o zarządzaniu, przezwyciężaniu i przepracowywaniu. Czerpaniu siły ze słabości, przekuwaniu każdego doświadczenia w sukces, dzielnym przemierzaniu nigdy niekończącej się ścieżki osobistego rozwoju, który prowadzić ma, hen, gdzieś wiecznie do przodu, ku nieskończonemu, świetlistemu horyzontowi.

***

Być może dlatego wobec aktualnego kryzysu jesteśmy tak bezradni, być może dlatego byliśmy nań tak nieprzygotowani, że naprawdę uwierzyliśmy w ten mit. Dzisiaj natomiast, w stanie przedłużającego się zamknięcia i braku sensownych scenariuszy dalszego postępowania, nie jesteśmy sobie w stanie nawet sensownie opowiedzieć tego, co się z nami dzieje.

W naszym języku brakuje pojęć pozwalających opisać powszechny kryzys, którego nie sposób szybko przekroczyć i przezwyciężyć. Którego nie sposób przykryć ani zwyczajową mantrą, że ci, którzy w kryzysie są pogrążeni, sami sobie na niego zapracowali, ani też zwyczajową obietnicą nie wiadomo jakich pozytywnych, rozwojowych konsekwencji, jakie z całą pewnością ów kryzys przyniesie.

Nie da się tego zrobić, bo pierwsza opowieść jest w jawny sposób nieprawdziwa, druga natomiast może być dzisiaj co najwyżej czynnikiem pogłębiającym dyskomfort i frustrację. Bo tak naprawdę działa jak nakaz: czerp z tego doświadczenia jak najwięcej, odbieraj lekcje od wirusa, wykorzystaj szansę, jaką przynosi powszechna kwarantanna, czytaj książki, ćwicz, oglądaj zaległe filmy, eksploruj swój świat wewnętrzny, rozmyślaj nad sprawami fundamentalnymi, niech cię to wzbogaca, uodparnia, rozwija!

Brzmi to być może z pozoru bardzo obiecująco, ale w gruncie rzeczy stanowi wyjątkowo perwersyjny system opresji. Świetnie bowiem jeśli ktoś z uwagi na swoje psychologiczne i społeczne dyspozycje jest w stanie coś podobnego realizować. Gorzej, jeśli słyszy zewsząd te nawoływania, ale jego doświadczenie wygląda dokładnie odwrotnie.

Wtedy słuchanie o rozwoju i korzyściach z kryzysu wyłącznie pogłębia rozpacz.  

***

Może więc dałoby się pomyśleć zupełnie inne podejście do tej sytuacji? Bez natrętnego imperatywu wynajdowania plusów tam, gdzie ich nie ma, bez dobrych rad, obietnic postępu, nauk i wartości czerpanych z doświadczenia pandemii, rzekomych dobroczynnych konsekwencji, które ona z pewnością przyniesie, jeśli tylko będziemy w stanie się na nią otworzyć? Bez nieustannego epatowania nadzieją na lepsze jutro albo wspaniałymi środkami, które pozwolą się nam nie wiadomo jak bardzo rozwinąć?

Może dałoby się pomyśleć taki sposób mówienia o miejscu, w którym teraz jesteśmy, który nie wychylałby się nieustannie i obsesyjnie w żadną świetlaną przyszłość. I który komunikowałby po prostu, że jesteśmy zmęczeni, przestraszeni, niepewni jutra. I że wcale nic dobrego z tego wszystkiego nie musi wyniknąć. I że powszechnie obowiązujące strategie „radzenia sobie” z kryzysem – a także teorie dotyczące tego, czym jest kryzys – w gruncie rzeczy działają odwrotnie do zadeklarowanych celów. Nie tylko bowiem nie przyjmują do wiadomości pierwotnej i nieusuwalnie wpisanej w dynamikę życia natury kryzysu, ale także – co wynika z tego pochopnego założenia – odbierają nam możliwość rzetelnego mówienia o bezradności, chaosie i lęku, którymi nasycona jest nasza dzisiejsza sytuacja.

 Może dałoby się pomyśleć taki sposób mówienia o miejscu, w którym teraz jesteśmy, który komunikowałby jeszcze, że doświadczenie kryzysu wcale nie musi czynić nas „mądrzejszymi” czy „silniejszymi”.

Może nas za to uczynić bardziej wrażliwymi.

Otworzyć nam oczy na ukrywaną przed nami skrzętnie w tej kulturze ciemną stronę życia. Wytrącić ze złudnego poczucia bezpieczeństwa, które i tak okazało się bańką mydlaną.

A tym samym uświadomić głęboką wspólnotę z innymi czującymi, cierpiącymi, żyjącymi i umierającymi istotami, nie tylko zresztą ludzkimi.

Wspólnotę w lęku, bólu, przemijaniu, kruchości i śmiertelności.

DOSTĘP PREMIUM