Skąd tyle zakażeń koronawirusem na Śląsku? Duża część chorych to górnicy i ich rodziny

Śląsk jest regionem, w którym przyrost zakażonych koronawirusem jest najwyższy w Polsce. Kopalnie stanowią obecnie większy problem niż Domy Pomocy Społecznej. Liczba chorych w województwie śląskim wynosi już ponad 3 tysiące, z czego jedną szóstą stanowią górnicy. Czy tak trudnej sytuacji można było uniknąć?
Zobacz wideo

- Odnotowujemy dużo zakażeń na Śląsku, szczególnie w kopalniach i rodzinach górniczych -  przyznał ostatnio rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz. W środę na Śląsk przyjechał Główny Inspektor Sanitarny i wziął udział w sztabie kryzysowym z wojewodą śląskim. Jarosław Pinkas ocenił, że sytuacja na Śląsku jest "skomplikowana". - To duża aglomeracja, znaczne zagęszczenie ludności - mówił i obiecał wsparcie.

Ruszyły badania przesiewowe w pięciu punktach przy kopalniach, w których jest najwięcej zakażeń. Przebadanych ma być kilka tysięcy górników. Na Śląsk mają przyjechać także specjaliści z zakresu epidemiologii z innych województw, ruszą też nowe laboratoria. Ale to, co właśnie wybuchło, było do przewidzenia i takie działania powinny zostać podjęte znacznie wcześniej.

- To wynika z technologii i charakteru pracy - mówił na antenie TOK FM w rozmowie z Jakubem Janiszewskim były wiceminister gospodarki i ekspert górniczy Jerzy Markowski. - Trzeba mieć świadomość, że w jednym czasie pod ziemią znajduje się od siedmiuset do tysiąca ludzi. Pod ziemią nie jest tak komfortowo jak na powierzchni. Zaczynając od ciasnego szybu w klatce, gdzie ludzi na jednym pietrze jest 22, w całej klatce 88 i nie ma tego komfortu odległości. Ludzie są obok siebie, w pociągach też siedzą obok siebie, w ścianach czy przodkach też obok siebie. Do tego w ciągłym hałasie, komunikacja jest trudna, muszą do siebie krzyczeć - tłumaczył Markowski.

Były już wiceminister Aktywów Państwowych Adam Gawęda w połowie marca spotkał się ze środowiskiem ekspertów górniczych. Naukowcy z Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach przedstawili analizę, z której wynikać miało, że w środowisku górniczym ryzyko związane z przeniesieniem infekcji koronawirusa jest podobne do tego w innych zakładach przemysłowych. Zwrócili uwagę, że podziemne wyrobiska są stale wentylowane świeżym powietrzem, najsłabszym punktem według nich jest transport, kiedy górnicy znajdują się blisko siebie. Wiceminister Gawęda nakazał spółkom węglowym opracowanie zaleceń związanych z profilaktyką przeciwwirusową.

Zgodnie z zaleceniem wiceministra - spółki powołały sztaby kryzysowe i wprowadziły nowe zasady organizacji pracy. Zmieniły się m.in. systemy prac zmianowych oraz systemy zjazdów. Rozpoczęto pomiar temperatury pracowników, zapewniono środki do dezynfekcji i ochrony osobistej, rozpoczęto też odkażanie newralgicznych miejsc. Gdy osób na kwarantannie zaczęło przybywać, pojawiły się też tzw. wymazobusy.

- Unikamy zatłoczenia łaźni, nadszybia i podszybia. Ludzie nie kumulują się o jednym czasie w tych samych miejscach. Podobnie jest przed zjazdem. Oddziały spotykają się w różnych miejscach - zapewniał zastępca kierownika ruchu kopalni Halemba Grzegorz Fijak.

Anonimowo górnicy jednak przyznają, że w praktyce wygląda to różnie. Internet obiegło zdjęcie sprzed kopalni Knurów-Szczygłowice, w której - gdy rozpoczęły się pomiary - zebrał się tłum górników czekających na wejście, stojących gęsto jeden przy drugim. Teraz takie sytuacje nie mają już miejsca, ale górnicy mówią, że z odpowiednim odstępem na dole jest trudno. - To taka praca - tłumaczą.

Zamknąć kopalnie? "Nie byłoby do czego wracać"

Pierwszy przypadek koronawirusa w kopalniach pojawił się 5 kwietnia w kopalni Marcel. Teraz koronawirus obecny jest już w kopalniach wszystkich spółek węglowych, a najwięcej przypadków jest w największej z nich - Polskiej Grupie Górniczej. Spółka podjęła decyzję, o wstrzymaniu wydobycia w trzech zakładach - kopalni Jankowice ROW, Murcki Staszic i w kopalni Sośnica. Zakłady muszą podtrzymywać ruch w niezbędnym zakresie, bo gdy nie ma dłużej wydobycia, na dole wzrastają naturalne zagrożenia, a ściany zaczynają się zaciskać.

- Pracuję w kopalni od 29 lat. Przeżyłem strajki i różne sytuacje. Nigdy bym nie przypuszczał, że kopalnia zatrzyma wydobycie z powodu epidemii - mówi przewodniczący "Solidarności" w kopalni Sośnica Bogusław Mączka. Podkreśla, że kopalnia jest specyficznym zakładem. - Tu nie można, jak w fabryce, wyłączyć maszyny, zgasić światło i zamknąć zakład. Gdybyśmy tak zrobili, to nie byłoby do czego wracać. Można ograniczyć wydobycie, ale ruch zakładu trzeba utrzymać - podkreśla przewodniczący. Jego zdaniem, górnikom nie brakowało i nie brakuje środków do dezynfekcji ani środków ochronnych, a dyrekcja zadbała o procedury.

Można przypuszczać, że przyrost zachorowań mógłby być mniejszy, gdyby badania przesiewowe zostały wprowadzone wcześniej, a Śląsk byłby od samego początku pod szczególnym nadzorem. Pozwoliłoby to na wykrycie bezobjawowych nosicieli wirusa i odizolowanie ich.

Teraz badania prowadzone są bardzo skrupulatnie. W pięciu punktach wyznaczonych wspólnie przez sanepid i dyrekcje kopalń służby medyczne pobierają wymazy w systemie drive-thru. - Wytypowani przez kopalnie górnicy podjeżdżają swoimi samochodami pod namiot. Nie muszą wychodzić, opuszczają jedynie szybę samochodu, a personel medyczny pobiera wymaz z gardła - wyjaśniała rzeczniczka wojewody śląskiego Alina Kucharzewska. Chorzy mają trafiać do izolatoriów, by nie narażać osób ze swojego otoczenia, bo chorują całe rodziny.

Wiceprezydent Rudy Śląskiej Krzysztof Mejer na swoim profilu na FB pisał o chorej sześcioosobowej rodzinie zakażonego górnika, jego żonie i czwórce dzieci. W tym mieście liczba zakażonych przekroczyła już 100 osób. Zaapelował o rozwagę "Jeszcze raz apeluję o rozsądek i przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że najsłabszym ogniwem w walce z wirusem nie są procedury, tylko ludzie". W ubiegłą sobotę opisał przypadek, kiedy 20 osób uczestniczyło we wspólnym grillu, u części z nich badanie potwierdziło zakażenie Covid-19.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM