Plantatorzy truskawek w tarapatach. "W tym roku nawet połowa owoców może zgnić na polach"

Szczyt sezonu truskawkowego zbliża się wielkimi krokami, tymczasem nie ma, kto ich zbierać. Wszystko z powodu pandemii koronawirusa, która zatrzymała dziesiątki tysięcy pracowników sezonowych za wschodnią granicą. - Bez zmian czeka nas fala bankructw - mówią reporterowi TOK FM rolnicy z truskawkowego zagłębia na Mazowszu.
Zobacz wideo

Według plantatorów truskawek tegoroczny sezon może okazać się najgorszy od dziesięcioleci. Do typowych "plag" rolników z ostatnich lat, jak susza i okresowe przymrozki, w tym roku dołączyła kolejna: brak rąk do pracy. Pandemia koronawirusa zatrzymała bowiem w ojczyźnie dziesiątki tysięcy Ukraińców, którzy co roku brali udział w zbiorach w Polsce. Do pracy stawiła się tylko część pracowników, którzy po przyjeździe musieli przejść obowiązkową kwarantannę na terenie gospodarstw. To duże utrudnienie, bo w świetle wcześniejszych przepisów cały ten czas musieli spędzić bezczynnie na utrzymaniu gospodarzy. Tego, czy kwarantanna jest przestrzegana, pilnowała policja, która niektóre gospodarstwa odwiedzała nawet dwa razy dziennie.

Nowe rozporządzenie rządu w sprawie pracowników sezonowych dopuszcza podjęcie pracy w czasie kwarantanny, ale pod warunkiem wykonania testu na COVID-19, za który musi zapłacić rolnik, u którego mają pracować obcokrajowcy. Koszt  badania to ponad 500 złotych. - Jeśli to ma tak wyglądać, to już niedługo nie będziemy mieli za co wypłacać wynagrodzenia. Koszt wykonania testów przy 10 pracownikach to aż pięć tysięcy złotych. Skąd mam wziąć na to pieniądze? - pyta jeden z plantatorów truskawek. Przeciwko takiemu rozwiązaniu zaprotestowała już rolnicza Solidarność i Krajowa Rada Izb Rolniczych. Plantatorzy przypominają jednak, że owoce nie będą czekać na zmiany w przepisach. - Jeszcze kilka ciepłych dni i będziemy mieli do czynienia z wysypem truskawki. Wtedy będziemy mieli poważny problem, bo owoce zaczną gnić na krzakach - stwierdza w rozmowie z reporterem TOK FM jeden z gospodarzy.

Morowe nastroje na giełdzie

Ponure nastroje wśród plantatorów widać na największej polskiej giełdzie truskawek, w Nowym Przyborowie na Mazowszu. Jak mówią sprzedawcy, targowisko świeci pustkami. To ciekawe, bo zapotrzebowanie na truskawki jest ogromne. Samochód plantatora już chwilę po przekroczeniu bramy jest oblegany przez potencjalnych kupców i pośredników, którzy są w stanie kupić każdą ilość towaru. Tego jest jednak jak na lekarstwo, bo truskawek nie ma kto zbierać. - W tym momencie radzimy sobie własnymi sposobami. Zdobycie pracowników graniczy z cudem. Myślę, że w tym roku nawet połowa owoców może zgnić na polach - przyznaje rolnik Wojciech Dąbrowa ze Starego Boguszyna. Podobnego zdania jest Robert Bodarski. - Potrzebujemy pracowników, ale praktycznie nikt do nas nie przyjeżdża. Problemem jest też sama kwarantanna, ale z tym potrafimy sobie jakoś poradzić. Mamy warunki, by zapewnić pracownikom oddzielną przestrzeń. Wiemy, że pracownicy zza wschodniej granicy chcą przyjeżdżać. Jesteśmy z nimi w kontakcie. W tym momencie wszystko jest jednak utrudnione. To samo dotyczy wiz i procedur. Po prostu klapa - kwituje.

Czy nowe rozporządzenie poprawi sytuację? Rolnicy patrzą na to sceptycznie. - Takie testy to dla rolnika bardzo duży koszt. Zwłaszcza w przypadku małych gospodarstw. Nie dość, że rąk do pracy jest za mało, to zaraz może się okazać, że nie będziemy mieli czym im zapłacić - wyjaśnia plantator Piotr Giziński.

Brak truskawek przekłada się na ceny. Te na giełdzie wahały się od 20 do nawet 34 zł za łubiankę. - To prawda. Ceny produktu rosną, ale co to zmieni, jeśli nikt nie jest w stanie go zebrać? - komentuje Wojciech Dąbrowa.

Pomocna gmina

O problemy plantatorów zapytaliśmy wójta gminy Załuski, która uznawana jest za jedno z największych truskawkowych zagłębi w Polsce. - Problem rolników to jednocześnie duży problem dla naszego samorządu. Jesteśmy gminą typowo rolniczą. Większość rolników jest nastawiona głównie na uprawę truskawki. Myślę, że na terenie gminy działa około kilkuset plantatorów. Jeśli chodzi o pracowników sezonowych, to w zeszłych latach mieliśmy ich mniej więcej tyle samo, co mieszkańców, czyli około 5-6 tys. - mówi wójt - Kamil Koprowski. I dodaje, że według szacunków rolników zapotrzebowanie na pracowników sezonowych realizowane jest teraz na poziomie 10 procent.

W związku z tym Urząd Gminy opracował pilotażowy projekt pośrednictwa pracy, który ma pomóc w uzupełnieniu braków pracownikami z Polski. Oferta skierowana jest do osób z województw z wyższym bezrobociem. - Zwróciliśmy się do wszystkich gmin z województwa warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, podkarpackiego i lubelskiego i w porozumieniu z nimi stworzyliśmy punkt pośrednictwa pracy. Myślę, że w ten sposób, choć w niewielkim stopniu oferujemy pomoc naszym rolnikom. To także pomoc dla ludzi, którzy stracili pracę z powodu epidemii koronawirusa. Myślę, że mogą oni liczyć nawet na kilkaset złotych dziennie od naszych rolników. Osoby, które są zainteresowane taką ofertą, mogą się do nas zgłosić, a my kontaktujemy ich z rolnikami - tłumaczy Koprowski. Szczegółowe informacje i dane kontaktowe można znaleźć m.in. na stronie internetowej gminy. Pomysł wójta spotkał się z pozytywnym odzewem, ale w przypadku skali problemu nadal jest to kropla w morzu potrzeb, bo do tej pory do bazy zgłosiło się zaledwie 70 osób.

Posłuchaj w aplikacji TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM