W Warszawie sanepid nałożył już blisko 700 tys. zł kar. M.in. za stanie z banerem przed budynkiem Sejmu

Mnożą się przykłady karania obywateli przez urzędników sanepidu. Wśród tych, którzy muszą zapłacić, jest słuchaczka TOK FM. - Dostałam pismo, że mam zapłacić 10 tysięcy zł - mówi Ewa Chwedeńczuk, która 6 maja protestowała pod Sejmem. Co ważne, kary nakładane przez sanepid mają rygor natychmiastowego wykonania.
Zobacz wideo

Pani Ewa, jak wszyscy uczestnicy protestu, była w maseczce. Wszyscy stali w pewnej odległości od siebie, trzymając długą wstęgę z napisem "Zdradza Ojczyznę ten, kto łamie jej najwyższe prawo" oraz dużych rozmiarów baner z napisem "Konstytucja". Była to forma protestu, z zachowaniem reguł sanitarnych. Chodziło o wyrażenie sprzeciwu wobec planowanych jeszcze wtedy na 10 maja wyborów korespondencyjnych.

- Podeszli do nas wtedy policjanci i chcieli dać mandaty, ale nie przyjmowaliśmy - słyszymy. Nieprzyjęcie mandatu jest równoznaczne ze skierowaniem wniosku o ukaranie do sądu. Pani Ewa nie wiedziała natomiast, że będzie coś jeszcze. Dziesięć dni po akcji do jej domu zapukała policja, wręczając jej decyzję administracyjną z sanepidu. Kara finansowa 10 tysięcy złotych za "nieprzestrzeganie nakazu przemieszczania się w odległości nie mniejszej niż dwa metry od siebie".

"Nie mam poczucia, że kogoś naraziłam"

Uzasadnienie decyzji o ukaraniu przypomina trochę pisma z poprzedniej epoki (jego zdjęcia są dostępne w galerii dołączonej do artykułu). Sanepid powołuje się na przepisy, w tym rozporządzenia Rady Ministrów, ale nie tylko. Czytamy także, że "adresat nie podporządkował się powyższym regulacjom, co zostało utrwalone w postaci notatki sporządzonej przez służby porządkowe (naocznych świadków zdarzenia), z której wynika, że adresat decyzji nie przestrzegał określonego w rozporządzeniu sposobu przemieszczania się, poruszając się w odległości mniejszej niż dwa metry od siebie".

W piśmie, które dostała pani Ewa, inspektor sanitarny tłumaczy, że ustalając wysokość kary, "rozważył wagę i okoliczności naruszenia prawa, w szczególności istotną potrzebę ochrony zdrowia i życia osób postronnych, które działaniem adresata decyzji zostały w sposób realny i bezpośredni zagrożone oraz poważny uszczerbek w ważnym interesie publicznym, jakim jest bezpieczeństwo zdrowotne osób, które mogły mieć kontakt z adresatem decyzji, a przez to zostać zakażone wirusem SARS-CoV-2, (...) oraz wysoki stopień przyczynienia się strony do powstania naruszenia prawa". 

Inspektor dowodzi również, że w jego ocenie kara w wysokości 10 tysięcy zł jest "jedyną właściwą", bo postępowanie pani Ewy "stanowiło rażące lekceważenie wysiłków Państwa Polskiego". "W demokratycznym państwie prawa nie może być tolerancji dla lekkomyślnego niweczenia wysiłków całego społeczeństwa poprzez świadome lekceważenie ograniczeń (...)" - napisano w uzasadnieniu decyzji.

Pani Ewa, socjolożka z wykształcenia, razem z innymi osobami od lat walczy właśnie o demokratyczne państwo prawa. - Absolutnie nie mam poczucia, że kogoś naraziłam czy że zrobiłam cokolwiek wbrew prawu. Miałam maseczkę, stałam w odległości od innych. I dostałam karę - mówi. Nie zamierza jednak odpuszczać. W piątek wybiera się z banerem pod Sąd Najwyższy (sędziowie mają wtedy wybierać kandydatów na I Prezesa SN). - Trzeba walczyć. Czego i kogo mam się bać? - pyta retorycznie.

Mandatu płacić nie zamierza

"Decyzja podlega natychmiastowemu wykonaniu z dniem doręczenia" - czytamy w dokumencie. Pani Ewa mandatu płacić jednak nie zamierza, choć zdaje sobie sprawę, że przez to może mieć niebawem zajęte konto. - Może się któregoś dnia okazać, że ktoś wszedł na moje konto i nie mam z czego zapłacić za mleko dla dzieci. Trudno, jakoś dam radę. Pożyczę - mówi nasza rozmówczyni. Jak dodaje, najważniejsze jest dla niej przestrzeganie prawa, w tym konstytucji i prawa do wyrażania swoich poglądów.

Kary administracyjne nakładane przez sanepid mogą wynieść maksymalnie do 30 tysięcy złotych. Z informacji, które przekazała nam Iwona Gralewicz, kierowniczka Działu Nadzoru Bieżącego w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej miasta stołecznego Warszawy, od kwietnia do 20 maja inspektorat wydał 89 decyzji na łączną kwotę 690 tysięcy zł. W tym - za nieprzestrzeganie nakazu przemieszczania się w odległości nie mniejszej niż dwa m od siebie (czyli za to, co u pani Ewy) - wydano 39 decyzji.

Pytaliśmy także, czy są już decyzje wydane po sobotnim proteście przedsiębiorców w Warszawie. "Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w m.st. Warszawie nie prowadzi statystyk uwzględniających udział poszczególnych osób naruszających prawo w określonych zgromadzeniach w przestrzeni publicznej" - czytamy w odpowiedzi.

Słuchaczka TOK FM, pani Ewa i inne osoby, które dostały kary od sanepidu, nie są jedyne. Pisaliśmy już wcześniej o podobnym ukaraniu artystów, którzy też 6 maja byli przed sejmem. Grupa artystów protestowała przeciwko narażaniu zdrowia i życia obywateli. Ich działanie nawiązywało do akcji "List" Tadeusza Kantora z 1967 roku. Kilka osób też dostało z sanepidu decyzje o karach finansowych. Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar obiecał pomóc ukaranym artystom. 

Każdy osoba, która dostała karę od sanepidu, może się od niej odwołać (mimo rygoru natychmiastowej wykonalności). Prawnicy pro bono doradzają, jak to zrobić. W sieci można też znaleźć wzory przygotowanych specjalnych oświadczeń. Jeden z nich znajduje się m.in. na profilu "Parasolek" na Facebooku. 

Posłuchaj w aplikacji TOK FM.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM