"Wartość kredytu hipotecznego to ja w swoim życiu przegrałam". Uzależnienie od hazardu w dwóch słowach to "mało" i "izolacja"

Jednej rzeczy nie udało się ukryć. Jako osoba upoważniona miała dostęp do lokaty, którą założyli jej rodzice. Skorzystała. I przegrała. - Nie była to kwota rzędu tysiąca złotych, tylko stu tysięcy. Było jasne, że to ja je wypłaciłam. Nie dało się zamieść tego pod dywan - opowiada Ula, która jeszcze trzy lata temu była czynnie uzależniona od internetowych zakładów sportowych.
Zobacz wideo

Skutki epidemii koronawirusa odczuliśmy wszyscy, ale dla niektórych grup są one szczególnie dotkliwe. Jedną z nich są osoby, które dopiero co postanowiły rozpocząć nowe życie i pokonać uzależnienie, jednak zostały odcięte od pomocy.

Sam na sam z myślami

- Jeżeli ktoś jest na początku drogi, było mu w czasie epidemii kolosalnie trudno. Bo uzależnienie od hazardu to - w dużym uproszczeniu - dwa słowa: "mało" i "izolacja" - mówi nam niespełna trzydziestoletnia Ula, która jeszcze trzy lata temu nie widziała świata poza internetowymi zakładami sportowymi. 

Jest spokojna, opanowana. Właściwie trudno rozpoznać, że ma, a raczej miała jakiś problem z nałogiem. - "Mało", bo jest zawsze mało pieniędzy, mało gry, zawsze mało wszystkiego. "Izolacja", bo uzależniony nie potrzebuje świata, on potrzebuje tylko gry. A w tej pandemii nagle okazywało się, że ja jestem w kompletnej izolacji i nie mogę wyjść, by z kimkolwiek porozmawiać. Mam takie same warunki, jakie były w grze. A chcę sobie stworzyć takie, które są jej zaprzeczeniem - tłumaczy. 

Kiedy zaczynała "trzeźwieć", uczyła się planować weekendy. Wymyślać aktywności, które uwolnią ją od siedzenia od piątku do niedzieli z włączonym laptopem, na którym obstawiała zakłady bukmacherskie. Pójść na miting dla osób uzależnionych, spotkać się ze znajomymi, wyjść do kina, poczytać książkę, odwiedzić rodziców. - Podczas pandemii wszystko to było niemożliwe. A osoby, które są na początku drogi, nawet nie wiedzą, co poza graniem lubią robić. Ja nie wiedziałam. Skąd miałam wiedzieć, skoro przez ostatnie pięć lat swojego życia cały wolny czas spędzałam na graniu? - zastanawia się. 

Z powodu pandemii część zakładów prowadzących terapię dla osób uzależnionych zawiesiła działalność. Przestały się też odbywać mitingi, które organizowali sami "trzeźwiejący". Niektórzy więc zostali ze swoim problemem sami. - Najczęściej mają ogromne długi. Niektórzy nie mieli jak zarabiać, inni bali się, że stracą pracę. Przychodził więc lęk: co ja zrobię, nie ma terapii, nie mogę się z nikim spotkać, nie mam z kim pogadać - opowiada Ula.

W takiej sytuacji w głowie rodzą się różne myśli. Oczywiście z tych najgorszych. - Że z tych długów to już się nigdy nie wyjdzie, że partner czy partnerka nigdy nam nie wybaczy, że kolega z pracy, od którego pożyczyłam pieniądze, na pewno wszystkim o tym powie. Zaczynają się piętrzyć problemy - opisuje.

Samotność sprzyja autorefleksji. Ale rozpamiętywanie dawnych błędów może się źle skończyć. - Hazardzista miał jechać z żoną na wakacje, a przegrał pieniądze. Więc sam się pobił i powiedział, że go okradli. Ma na koncie niezliczoną liczbę kradzieży, manipulacji i kłamstw. On nagle zaczyna o tym myśleć. I nie może przestać. To jest tragedia - podkreśla Ula. A odezwać się nie ma w zasadzie do kogo. Dawni znajomi, jeśli dzwonią, to po to, żeby dowiedzieć się, kiedy w końcu odzyskają pieniądze.  

Kim jest Władysław z Koszalina?

Na początku drogi osoba uzależniona nie ma narzędzi, żeby radzić sobie z wszechogarniającym poczuciem winy. - Dla tych, którzy są dopiero na początku, to był okropny stan, ta pandemia. Nie mieli wyjścia, nie mieli ucieczki. Musieli tkwić w tym, co zrobili, a to było dla nich przerażające. Ja sobie w ogóle nie wyobrażałam, że ktoś mi może wybaczyć, że to się w ogóle da wybaczyć. Myślałam, że popełniłam najgorsze przestępstwo świata, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie. A siedzenie w domu z taką myślą jest bardzo obciążające - wyjaśnia Ula. Docierają do niej złe informacje o znajomych. Niektórzy w czasie epidemii wrócili do grania.

Choć były też wydarzenia zaskakujące. - To jest niesamowite, bo już na samym początku, około 12 marca, zaczęły się mitingi internetowe. Na jednej z platform ktoś zorganizował spotkania, można było codziennie wejść i pogadać - opowiada Ula. Jak dodaje, zaledwie tydzień później na stronie anonimowych hazardzistów pojawiła się lista spotkań telefonicznych. Odbywały się codziennie. Inicjatywa wspaniała, ale niestety jedynie połowicznie skuteczna. Ludzie wchodzili sobie w słowo, trzeba było też skrócić czas wypowiedzi z 5 do 3 minut, bo rozmówców było 30, a nawet 50.

Najgorsze dla Uli było to, że nie mogła zobaczyć znajomych twarzy. - No bo jak idziesz na miting, to spotykasz Kasię, Grzesia, Arka, Monikę. Przytulą cię na powitanie, powiedzą: "dobrze, że jesteś". I za tydzień znowu są. Znacie się, zaczynacie do siebie dzwonić. A podczas mitingu online zastanawiasz się, kim jest Władysław z Koszalina, który właśnie mówi - tłumaczy. To kolejny problem dla osób nowych, które na początku są wystraszone, wstydliwe. Potrzebują przyzwyczaić się do nowej sytuacji i mieć pewne stałe w życiu.

Spotkania na żywo zaczęły wracać wraz z trzecią fazą znoszenia obostrzeń. Teraz po ogłoszeniu przez premiera kolejnego etapu odmrażania gospodarki, będzie zapewne jeszcze lepiej. Początkowo bowiem na mitingi zgadzali się tylko niektórzy proboszczowie, którzy dysponowali odpowiednio dużymi salkami przykościelnymi. Nie działały typowe kluby abstynenta, w których zazwyczaj odbywają się tego typu spotkania.

Jak częstych spotkań potrzebuje ktoś wychodzący z uzależnienia? Jak mówi Ula, osobie, która nie gra już 10 lat, mogą wystarczyć spotkania raz na tydzień, czy nawet raz na miesiąc. Ona po trzech latach od rzucenia nałogu bierze w nich udział 3-5 razy w tygodniu. - Z niektórymi uczestnikami spotkań znamy się już na tyle, że po prostu chcę ich spotykać, wiedzieć, co u nich słychać, zobaczyć ich - dorzuca.

I choć mitingi online nie były idealne, Ula i tak cieszyła się, że w ogóle powstały. Bo wrócić do grania - tak samo, jak zacząć - może być bardzo łatwo.

Jak kieszonkowe

Ula pierwszy raz zetknęła się z hazardem, gdy miała 13 lat. Ot, zwykła zabawa. - Kiedyś przyszedł do nas chłopak mojej starszej siostry i powiedział, że gra. Obstawiał tzw. taśmy, czyli za niskie kwoty - około 2 złotych. Stawiał na np. wyniki meczów piłkarskich. A że ja się sportem interesowałam i sporo oglądałam, to mi się to spodobało - wspomina. 

Na początku Ula obstawiała "pewniaki", np. wygraną Polski z Azerbejdżanem w piłce nożnej. Poza tym grała tylko przy większych okazjach, mistrzostwach świata czy olimpiadzie. Nikt nie widział w tym nic złego. - Przed 18. rokiem życia nie mogłam grać sama, więc to moja mama miała konto u bukmachera, na które wpłacała mi pieniądze. To były bardzo małe kwoty, kilkadziesiąt złotych raz na pół roku. Coś jak kieszonkowe, które dzieci wydają na słodycze czy inne rzeczy. Ja po prostu miałam inne hobby - opowiada. 

Nowe zainteresowanie rozwijało się powoli przez kilka lat, a o tym, że przybrało na sile, zadecydowały dwa wydarzenia. Ula jako nastolatka trenowała tenis stołowy i piłkę nożną, ale w wieku 17-18 lat doznała poważnej kontuzji kolana, która kosztowała ją nie tylko siedem operacji, ale także zdecydowane rozluźnienie dotychczasowych, związanych ze sportem znajomości. - Pojawił się żal po stracie, na pewno nie byłam na to wszystko emocjonalnie przygotowana - ocenia. Nie miała świadomości, jak bardzo to na niej zaważy.

- Dzisiaj już wiem, że uzależnienie pojawia się nie wtedy, kiedy człowiek zaczyna grać naprawdę dużo. Ono jest od samego początku. Ja już wtedy jako osoba uzależniona nie potrafiłam po prostu katalizować swoich emocji. To dlatego kontuzja nogi była dla mnie wielkim poczuciem krzywdy, niesprawiedliwością świata. To była dla mnie niepowetowana tragedia życiowa - mówi. 

Drugie wydarzenie to wyjazd na studia do dużego miasta. Ula była już pełnoletnia, więc mogła grać legalnie, a dzięki pracy miała na to więcej pieniędzy.  

Jak spacer podczas mżawki

Kiedy Ula wyjechała, gra zaczęła coraz bardziej w nią "wchodzić". - Lubię takie porównanie, że z tym hazardem jest tak, jak ze spacerem w mżawkę. Idziemy, trochę pada i nie czujemy tego, ale po godzinie jesteśmy cali przemoczeni. To nie jest jeden moment, w którym się uzależniamy, w którym jest jakieś "bęc" i zaczynamy np. kraść pieniądze, tylko to trwa. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, coraz bardziej wsiąkamy w grę - tłumaczy.

Kiedy pojechała na studia, założyła u bukmachera własne konto. Najpierw wpłacała na nie drobne kwoty, które traktowała jako wydatki na hobby. Ktoś chodzi do kina - ona gra. Któregoś miesiąca kwocie z przelewu przybyło jedno zero. Pół roku później pierwszy raz przegrała pieniądze, które miała przeznaczone na coś innego niż granie.  

Ale nadal sobie radziła. Zaoszczędziła na innych wydatkach, pożyczyła drobną kwotę od znajomego. Za miesiąc jednak sytuacja się powtórzyła. - Skoro ta jedna tama została zburzona, to drugi raz zrobiłam to samo. Głupio było znowu pożyczać, więc wzięłam pierwszą chwilówkę - mówi. 

Potem z miesiąca na miesiąc okazywało się, że Ula gra coraz dłużej. Zaczynało się od godziny w tygodniu, kończyło na kilkudziesięciu. Nie pożyczała już pieniędzy na samo granie, ale po prostu na życie. - Okazywało się nagle, że jest dzień wypłaty, dostaję na konto przelew, a wieczorem już tych pieniędzy nie mam. I znów muszę kombinować, skąd pożyczyć, żeby mieć za co przeżyć, bo cała pensja poszła na granie - wspomina. 

No i przede wszystkim - przecież za chwilę wygra, podwoi stan posiadania. Dlaczego więc znów nie zagrać? - To był bardzo częsty schemat myślenia. Dlatego po wypłacie nie spłacałam długów, tylko najczęściej grałam dalej - podsumowuje. 

Zrobili to, czego nie powinni

Ula zorientowała się, że gry jest za dużo w jej życiu trzy lata temu. Wcześniej dowiedział się jednak ktoś inny. - W tym całym amoku wiedziałam, że coś jest nie tak. Że to nie jest normalne, że siedzę cały weekend w domu, nie zmieniam ubrań, nie kąpię się i od piątku wieczorem do końca niedzieli mam odpalonego laptopa, oglądam jakieś sportowe rzeczy, a w nocy obstawiam koreańską ligę koszykówki, o której nie mam pojęcia. Nie byłam jednak świadoma, że to jest choroba. Zrzucałam to raczej na karb tego, że czuję się osamotniona, że coś mi się nie udało, że muszę się jeszcze tylko odegrać i to już będzie koniec - zaznacza.

Pech, a może raczej szczęście, chciało, że jednej rzeczy nie udało się Uli ukryć. Jako osoba upoważniona miała dostęp do lokaty, którą założyli jej rodzice. Skorzystała. I przegrała. - Niestety nie była to kwota rzędu tysiąca złotych, tylko stu tysięcy. Było jasne, że to ja je wypłaciłam. Nie dało się zamieść tego pod dywan, jak innych rzeczy - przyznaje. 

Na te "inne rzeczy" nikt wcześniej nie zwrócił uwagi: na przyjeżdżanie do domu rodzinnego "przypadkowo" bez portfela, na proszenie o pieniądze na paliwo, bo "akurat zapomniało się zatankować", na to, że Ula nie mogła pojechać na wyjazd rodzinny, bo "koniecznie musiała być w mieście". Zdarzały się też drobne pożyczki, wyciąganie pieniędzy z portfela lub zabieranie ich z szafek.

Gdy rodzice Uli odkryli kradzież, zachowali się tak, jak uważali, że będzie najlepiej. Ku zaskoczeniu córki, nie pragnęli jej zamordować, ale zapewnili o swoim wsparciu i miłości. Nie zażądali, by oddawała pieniądze. Chcieli pomóc w spłacaniu długów. Zaproponowali mieszkanie z siostrą i rozpoczęcie terapii.

- Stwierdziłam, że to fantastycznie: nie muszę spłacać długów, mam gdzie mieszkać, ktoś mi będzie gotował. Unikam konsekwencji. To oni załatwiali mi terapię, mama ze mną pojechała na rozmowę kwalifikacyjną. A ja jak pączek w maśle. I choć oczywiście płakałam i mówiłam, że chcę się zmienić, gdzieś wewnętrznie pomyślałam: jest dobrze - opowiada. 

Ula poszła na terapię, ale upierała się, że hazard był tylko chwilowym epizodem w jej życiu, że wynikał z ostatnich kłótni z rodzicami, że po prostu chciała zrobić im na złość. - Terapię odbyłam, ale nie z wewnętrznej potrzeby, więc siłą rzeczy nie byłam w nią mocno zaangażowana - wspomina.

Kiedy leczenie zostało formalnie zakończone, wróciła do dawnych nawyków: oglądania piłki nożnej i innych dyscyplin. Znów kłamała i manipulowała, przestała chodzić na mitingi, straciła kontakt z ludźmi zdrowiejącymi. 

Momentem kluczowym w powrocie do starego trybu życia było jednak odrzucenie jej z programu terapii zaburzeń osobowości, które występują u większości osób uzależnionych. Przyczyną była zbyt krótka i nietrwała abstynencja. Ula znów miała poczucie krzywdy, więc szybko wróciła do grania. - Wśród ludzi uzależnionych mówimy, że wraca się do tego samego miejsca, w którym się skończyło. W ciągu tygodnia znów kradłam pieniądze: czy to z portfela siostry, czy to pożyczając i wiedząc, że nie oddam - opowiada. 

Śmierć

Ula mówi, że aby przestać, każdy musi osiągnąć swoje dno. Ona znalazła się na nim, kiedy właściciel mieszkania chciał ją wyrzucić, bo przestała płacić czynsz, a pieniędzy nikt już nie chciał jej pożyczyć. Potrafiła grać przez 30 godzin i nic nie jeść, a rano z głodu i zmęczenia wymiotować przed pójściem do pracy. - To było tak błędne koło, że już mi się żyć nie chciało. To był moment nie do opisania. Byłam świadoma tego, co się dzieje, bo byłam przecież po terapii. To było niewiarygodne cierpienie. Wyrzuty sumienia codziennie, poczucie winny codziennie. Patrząc w lustro, rzucałam w swoją stronę najgorsze wyzwiska. W pewnym momencie, po totalnym zgraniu, znów braku pieniędzy, pojawiła się decyzja do podjęcia: zabijać się czy szukać pomocy - wspomina. 

Wygrało to drugie. Teraz było jednak zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. - Skoro to była moja inicjatywa, to odbyło się to jakoś natychmiastowo - mówi z pewną ulgą. 

Ula wiedziała, że potrzebuje terapii w ośrodku, w którym tymczasowo zamieszka, bo inaczej nie da rady. Zadzwoniła do Gniezna. - Terapeutka, która ze mną wtedy rozmawiała - czasem nadal to wspominamy - była w takim szoku, że powiedziała, abym w tej chwili wsiadała w pociąg i jechała do niej, bo ona sobie nie wyobraża, jak ja przetrwam noc.

Do ośrodka zawiozła ją jednak siostra, która nie chciała pożyczyć pieniędzy na bilet. Wiedziała, jak łatwo Ula na dworcu może skręcić nie w tę stronę, co trzeba. - Jak już pojechałam ze świadomością, że to ja chcę zmiany, to słuchałam wszystkiego, co do mnie mówiono. Byłam tak zdeterminowana, żeby zmienić swoje życie, że gdyby ktoś powiedział, że mam przez rok jeść tylko truskawki, to pewnie bym je jadła.

Lęki, których istnienia się nawet nie podejrzewa

Ula najwięcej grała, kiedy miała 25-26 lat. Skończyła z hazardem trzy lata temu. Jest po dwumiesięcznej terapii w ośrodku, kolejnych czterech miesiącach codziennej sześciogodzinnej terapii grupowej. Sama dla siebie poszła jeszcze na terapię wspierającą rozwój osobisty.

- Na początku jest bardzo ciężko. Pierwszy rok to jest wydrapywanie tej trzeźwości, bo wszystko kojarzy się z grą, wszystko jest też nowe. Pierwsze święta na trzeźwo, kiedy trzeba spojrzeć w oczy rodzinie, przeprosić za to, że się kogoś okradło. Ale kolejne święta są łatwiejsze, jest ok - przekonuje. 

Cały czas bardzo ważne są dla niej jednak mitingi dla osób "trzeźwiejących", które tak jak ona muszą się mierzyć z nowymi dla siebie sytuacjami. - Wyobrażam sobie, że dla kogoś nieuzależnionego roczna premia w pracy może być czymś normalnym. Zaoszczędzi się, zrobi remont, kupi coś. Ale hazardzista, który pierwszy raz nie ma długów, w takiej sytuacji wariuje, bo nie wie, co ma zrobić - podaje przykład. 

Ula sama jest teraz w takim momencie. W styczniu skończyła spłacać długi i zaczęła oszczędzać. Jak mówi, dla jej mózgu jest to zupełna nowość. - Bo on przez 10 lat mojego dorosłego życia przyzwyczaił się, że ja nigdy nie mam pieniędzy, więc teraz z automatu szukam możliwości ich wydania. A to zastanawiam się, czy nie kupić nowego łóżka, a to może coś innego - opisuje.

Na mitingu okazuje się, że inni mieli dokładnie taki sam problem. Dzielą się więc tym, co w ich sytuacji pomogło, a co nie zdało egzaminu. - Mitingi odgrywają dla mnie kluczową rolę, bo jest wiele sytuacji, o których normalnie byśmy nie pomyśleli, że mogą wzbudzić jakikolwiek lęk, a u hazardzistów właśnie takie są, podszyte lękiem - podkreśla Ula. 

Ważne jest też to, by od czasu do czasu przypomnieć sobie, do czego nie chce się wracać. - To jest bardzo popularny błąd - zapomina się o tym, jak było. A kiedy na mitingu widzę, jak dzieci przyprowadzają matkę prosto z kasyna, to wtedy mam świadomość, że to mogłam być ja. Od razu przypominam sobie wszystko i mam napęd do tego, żeby jednak tego nie robić - zaznacza. 

I jest coś jeszcze. Kiedy Ula czasem myśli o graniu, pojawia się strach. Nie tylko przed tym, że nałóg mógłby doprowadzić ją do śmierci, ale też strach przed świadomością, że coś bezpowrotnie straciła. - Przez pierwsze półtora roku bałam się przyszłości, bo wydawało mi się, że przegrałam swoją młodość i ja sobie życia nie ułożę. To już nawet nie chodziło o lęk przed powrotem do grania, tylko o to, że moi rówieśnicy mają już żonę, męża, dzieci i kredyt hipoteczny. A ja wartość kredytu hipotecznego to w swoim życiu straciłam na graniu - mówi. 

Na szczęście coraz częściej w jej głowie wygrywa optymizm - bo jest jeszcze młoda, dużo bardziej świadoma siebie niż inni, wiele jeszcze przed nią. - I to mieszkanie też mogę mieć przecież, bo może awans dostanę i będę tyle zarabiać, że nie będzie z tym problemu. 

Trawa rośnie, a ptaki śpiewają

Czy Ula wygrała? - Nie sądzę, żebym mogła powiedzieć, że jestem wolna od uzależnienia. Choć nie jestem też zwolenniczką teorii, że do końca życia trzeba codziennie stawiać się na mitingu albo dzwonić do kogoś i tak dalej. Muszę po prostu robić parę rzeczy dla mojej higieny - zaznacza i wyjaśnia, że choć pokusa zagrania czasami przychodzi, ona daje sobie z nią radę. Już wie, jak to robić. - Mam wypracowane pewne odruchy abstynenckie. Kiedy mam ochotę zagrać, to albo o tym napiszę na blogu, albo pogadam z ludźmi, pójdę na miting, rozpiszę sobie listę wdzięczności, przygotuję plan na kolejne dni - wylicza bez wahania.  

Ula postanowiła też podzielić swoje życie na mniej więcej równe części. Jest w nim miejsce dla rodziny, przyjaciół i pracy, ale też na odkrywanie rzeczy, których wcześniej nie znała: spacery z przewodnikami po mieście, odwiedzanie ciekawych miejsc na własną rękę, chodzenie do kina, teatru czy na wystawy, wolontariat w jednym z teatrów improwizowanych, wycieczki ze znajomymi po Polsce. A nawet gry planszowe i puzzle, które teraz układa pierwszy raz w życiu. 

- Nabrałam świadomości sensu życia. Że ono jest na chwilę i warto je odkrywać, bo świat stoi otworem. Nabrałam też świadomości upływającego czasu i jego wartości. Często uzależnieni - nie tylko ci od hazardu - mówią, że nagle dostrzegają, że trawa rośnie, że ptaki śpiewają, że mają ochotę jechać w pole, zwiedzić jakiś zamek, pójść nad rzekę. Inaczej też nawiązuje się relacje z innymi ludźmi. Nie szybko i całą sobą, tylko powoli odkrywa się wartości w drugim człowieku. I ja teraz też tak mam. 

Posłuchaj w aplikacji TOK FM.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM