"GW": Maseczki, które kupiło ministerstwo, nie były towarem medycznym. Dowód: stawka VAT

"Resort zdrowia musiał wiedzieć, że maseczki oferowane przez znajomego rodziny ministra Szumowskiego, nie są towarem medycznym. Mimo tego ich jakość skontrolowano dopiero, 36 dni po zakupie" - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Zobacz wideo

Jak przypomina "Gazeta Wyborcza" instruktor narciarstwa Łukasz G. i jego wspólnicy w marcu sprzedali Ministerstwu Zdrowia 130 tys. maseczek za ponad 5,5 mln zł. "U producenta w Chinach zapłacili za nie ułamek tej kwoty. "Szybką ścieżkę" transakcji góral zyskał dzięki bezpośredniemu kontaktowi z wiceministrem zdrowia Januszem Cieszyńskim. Ułatwił mu to Marcin Szumowski, biznesmen i brat ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Minister wiedział o całej sprawie i dlatego – jak podaje – "wyłączył się z niej" - czytamy w dzienniku. 

"GW" zaznacza, że resort nie tylko przepłacił za maseczki, ale nie spełniały też one żadnych norm. "Gdy opisaliśmy aferę w "Wyborczej", ministerstwo zawiadomiło prokuraturę. Twierdzi, że zostało oszukane" - piszą Wojciech Czuchnowski i Justyna Watoła. Zdaniem dziennikarzy maseczki oferowane przez Łukasza G. od początku powinny budzić wątpliwości resortu zdrowia; dowody na to można znaleźć w korespondencji, jaką prowadził z resortem instruktor. "O tym, że instruktor nie oferuje sprzętu medycznego, można się było przekonać bardzo łatwo – na podstawie stawki VAT przypisanej do towaru. Certyfikowane wyroby medyczne objęte są podatkiem VAT w wysokości 8 proc. Tymczasem w mailach, jakie Łukasz G. wysyłał m.in. do wiceministra Cieszyńskiego, jest mowa o stawce 23 proc. VAT" - pisze "GW", powołując się na korespondencję Łukasza G m.in. z wiceministrem Januszem Cieszyńskim. 

Dziennik zapytał ministerstwo, dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na zbyt wysoką stawkę VAT oraz czy resort nie był zainteresowany tym, aby zapłacić mniej. "Odpowiedź, która przyszła, jest zadziwiająca: "Kwestia właściwej stawki VAT leży po stronie dostawcy. Ministerstwo nie jest czynnym podatnikiem VAT" – odpowiedziało jej Biuro Komunikacji MZ, dodając, że ostatecznie maseczki FFP2 kupiono od Łukasza G. za 39 zł (druga partia – 10 tys. maseczek z Ukrainy – poszła już za 51 zł z VAT) - czytamy. 

Co jest w zawiadomieniu do prokuratury?

Dziennik przypomina, że po ujawnieniu przez "Wyborczą" "afery maseczkowej" Ministerstwo Zdrowia złożyło do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie przeciwko Łukaszowi G., jego żonie i trzem wspólnikom. Gazecie udało się zdobyć nieoficjalnie jego kopię. "Z jego treści wynika, że w chwili rozpoczęcia rozmów ministerstwo nie wymagało od Łukasza G. żadnych dowodów na to, że maseczki spełniają normy. Dopiero 24 marca instruktor wysłał skan certyfikatu ICR (International Certification Registrar). O oryginał nadal nikt go nie poprosił. Jak czytamy w zawiadomieniu, zakup maseczek został zrealizowany 31 marca "w oparciu o te dokumenty" [czyli skany] oraz "w zaufaniu do ich prawdziwości i tego, że sprzęt faktycznie spełnia normę [tu numer]" - pisze dziennik. 

"GW" zastanawia się także, dlaczego MZ zwlekało ze sprawdzeniem zakupionych od "górala" maseczek  i tak późno nabrało wątpliwości. Jak informuje, w zawiadomieniu można przeczytać, że według wiceministra Cieszyńskiego stało się to "w związku z coraz częściej pojawiającymi się na rynku polskim środkami ochrony z nieprawdziwymi certyfikatami". "Cieszyński nie podaje już, że o trefnych maseczkach (w tym o ogromnej ich partii sprowadzonej z wielką pompą przez rząd i KGHM) pisała "Wyborcza". Ani że zakupami sprzętu ochronnego na czas pandemii oraz biznesami rodziny Szumowskich zaczęło się interesować CBA" - czytamy. 

Posłuchaj w aplikacji TOK FM. 

DOSTĘP PREMIUM