Staszewski: Stary świat skończył się w lutym. Może wkrótce przed wejściem do autobusu będą kontrole jak na lotnisku

- Jeszcze w lutym się wydawało, że jesteśmy panami świata i kontrolujemy wszystko, co chodzi, biega, lata i jesteśmy bezpieczni. Okazało się, że to jest strasznie kruche, a my się boimy panicznie - mówił Kazik Staszewski w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w TOK FM.
Zobacz wideo

- Marcin Napiórkowski w "Tygodniku Powszechnym" napisał o tobie: "Są pisarze wirtuozi, poeci cyzelujący każdy rym, doskonali rzemieślnicy, prawdziwie apollińscy. A naprzeciw nich twórcy mediumiczni, przez których przemawia duch epoki, opętując ich i przemawiając ich ustami. Lider kultu jest wzorcem z Sevres artysty medium". Odnajdujesz się w tym opisie? - zapytał Staszewskiego Sroczyński.

- Nie bardzo go rozumiem. Tyle mądrych wyrazów w nim pada, że moja elokwencja jest zbyt uboga - odpowiedział piosenkarz. W końcu jednak przyznał: - Dziewięć lat spędziłem na socjologii, której nie ukończyłem. Ale jakieś tam elementy warsztatu obserwacji socjologicznej musiały mi zostać. Byłbym zupełnym kretynem, gdyby wszystko weszło jednym uchem, a wyszło drugim. Coś tam mimo wszystko zostało i pomogło mi w tym, że potrafię sformułować jakieś analizy na temat tego, co się dzieje.

Sroczyński dopytywał Kazika o to, czy umiałby zdiagnozować, jaka jest obecnie główna emocja w polskim społeczeństwie.

- Nie ma moim zdaniem takiej głównej emocji. Cały czas jesteśmy w sytuacji bardzo wyjątkowej i dziewiczej, więc ludzie generalnie stoją przed obszarem szeroko pojętej niepewności, która przyjmuje pozory normowania sytuacji, ale nadal nikt nic nie wie. To było wyraźniejsze na początku pandemii, ale nadal trwa, mimo że wszyscy zaczynają zachowywać się niefrasobliwie - co mnie niepokoi, bo pandemia nie wygasa, tylko trwa w najlepsze. Stary świat bez wątpienia skończył się z ostatnim dniem lutego i teraz żyjemy w świecie nowym, który nie wiadomo, jaki będzie - mówił Staszewski.

Artysta przyznał, że boi się, że sytuacja zostanie wykorzystana do wzmocnienia inwigilacji, zwłaszcza, że postęp technologiczny umożliwia coraz skuteczniejsze formy kontroli. - Powstała sytuacja, w której można sprawdzić, czy nie będziemy protestować, gdy będą nam zabierać coraz większe połacie wolności w imię bezpieczeństwa - wyjaśnił.

- Analogiczna sytuacja miała miejsce w USA po zburzeniu wież WTC. Napisany w ciągu jednej nocy, na kolanie Patriot Act Amerykanie przyjęli z całym dobrodziejstwem inwentarza, w celu zapewnienia im iluzorycznego bezpieczeństwa. Wtedy niebezpieczeństwem byli terroryści i dotyczyło to głównie USA. Teraz zagrożenie jest ogólnoświatowe. Obawiam się, że system nie wycofa się ze stosowania inwigilacji, bo rządy tego nie lubią. Jak już jest wprowadzone coś, co pozwala kontrolować obywateli, to niechętnie się z tego wycofują. Może dojść do sytuacji, że wejście do autobusu będzie się kojarzyło z tym, co mamy teraz przy wejściu do samolotu - snuł rozważania piosenkarz.

- Jeszcze w lutym się wydawało, że jesteśmy panami świata i kontrolujemy wszystko, co chodzi, biega, lata i jesteśmy bezpieczni. Okazało się, że to jest strasznie kruche, a my się boimy panicznie - dorzucił.

Kazik stwierdził, że choć skutki zakażenia COVID-19 wydają się mniej groźne niż w przypadku np. wirusa SARS, on stara się zachować wszelkie możliwe środki ostrożności.  

- To jest jak z trotylem. Dowiedziałem się niedawno, że gdy się podpali trotyl, to on nie wybucha, tylko się pali. Do wybuchu potrzebny jest zapalnik. Wyobraźmy sobie pożar w magazynie trotylu, gdzie nie ma zapalników. Niby wiemy, że nie wybuchnie, ale lepiej się nie kręcić wokół tego magazynu, tak dla świętego spokoju - tłumaczył Staszewski.

Dodał jednak, że boi się nie tyle zakażenia, co konsekwencji "sytuacji, że ludziom zabraknie kasy na potrzeby pierwszego rzędu".

- Los tak zrządził, że w listopadzie byłem w Chile. Przylatujemy tak, a tu stan wyjątkowy, rozpierducha w pełnej krasie. Z tym całym entourage, typu sklepy pozabijane deskami, bo już plądrowanie się zaczęło, popalone samochody, barykady, policja strzelająca do ludzi, gaz wszędzie. To nie wyglądało dobrze - wspominał. 

Sroczyński przypomniał, że w Chile "zapalnikiem trotylu" była podwyżka cen biletów komunikacji miejskiej o równowartość 15 groszy.

- Widzisz, pewne rzeczy narastają, narastają, aż w końcu wystarczy kropla, która przeleje czarę goryczy. Wielu artystów atakowało z lewa i z prawa władzę, a ta pozostawała niewzruszona, a moja skromna piosenka o wizycie na cmentarzu widocznie taką kroplą była. Nie mówię, że to początek obalania systemu, ale wzbudziła ferment, którego się kompletnie nie spodziewałem - odparł Staszewski.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM