"Cały czas będę miała przed oczyma nieszczęśliwe psy stłoczone w kojcach". Aktywistka o akcji w schronisku Radysach

- Ja nadal jestem w szoku. Cały czas będę miała przed oczyma ten obóz koncentracyjny i te nieszczęśliwe psy, stłoczone w kojcach, gdzie nie ma cienia - mówiła w TOK FM Barbara Zarudzka z Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia Obrońców Praw Zwierząt im. św. Franciszka z Asyżu, która brała udział w interwencyjnym odbiorze zwierząt ze schroniska w Radysach.
Zobacz wideo

- To jest straszne miejsce. Organizacje prozwierzęce wiedziały o tym od lat, jednak wcześniej nikomu nie udało się tam wejść i zobaczyć, jak to wygląda - tak o schronisku w Radysach mówiła na antenie TOK FM Barbara Zarudzka z Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia Obrońców Praw Zwierząt im. św. Franciszka z Asyżu. Kilka dni temu połączone siły różnych organizacji, prokuratury, policji, weterynarzy i zoopsychologów weszły do zamkniętego schroniska.

Blisko 100 osób - po długich przygotowaniach dokonywanych w ścisłej tajemnicy - przeszukały teren. Zabrano zwierzęta w najgorszym stanie - wymagające natychmiastowej pomocy. Rozpoczęto też ewidencjonowanie pozostałych. "Znaleziono 10 nieżywych psów, natomiast 70 zostało odebranych i przekazanych do innych schronisk, klinik czy też organizacjom zajmującym się ochroną zwierząt, celem podjęcia leczenia, gdyż stan niektórych zwierząt zagrażał ich życiu” - informowała po akcji prokuratura w Olsztynie.

Akcja miłośników zwierząt i służb mundurowych w schronisku w Radysach k. Białej PiskiejAkcja miłośników zwierząt i służb mundurowych w schronisku w Radysach k. Białej Piskiej Pogotowie dla Zwierząt/kadr z Youtube

"Cały czas będę miała przed oczyma ten obóz koncentracyjny"

- Ja nadal jestem w szoku. Cały czas będę miała przed oczyma ten obóz koncentracyjny i te nieszczęśliwe psy, stłoczone w kojcach, gdzie nie ma cienia - przyznała w rozmowie z Piotrem Maślakiem Barbara Zarudzka.

W relacjach zamieszczanych w mediach społecznościowych aktywiści opowiadają o przepełnionych boksach, w których znajdowało się kilka zwierząt (bez bud i jakiegokolwiek schronienia), piszą o zwierzętach z nadgryzionym ogonem czy odgryzioną szczęką; chorych i zaniedbanych - leżących często we własnych odchodach. Zdjęcia i filmy są straszne, a aktywiści i tak podkreślają, że publikowali te nie za bardzo drastyczne.

Na miejscu znaleziono też nieżywe psy. - Tam w ciągu dwóch lat oddano 16 ton zwłok - zaznaczyła w TOK FM Zarudzka.

Schronisko w Radysach działało od 2002 roku. Rozmówczynie Piotra Maślaka przyznały, że na przestrzeni lat przewinęło się przez nie około 12 tysięcy zwierząt. Jak to możliwe, że przez tak długi czas nie udało się skutecznie zatrzymać całego procederu?

Krystyna Chilińska z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Suwałkach mówiła o "ogromnej pewności właściciela schroniska i lokalnych przedstawicieli inspekcji weterynaryjnej oraz policji". Przekonywała, że sama kilkukrotnie próbowała wejść do schroniska i choć miała pełnomocnictwo gmin, które oddawały tam zwierzęta - nie udawało się to. - Pan D. był zawsze bardzo agresywny, wzywał natychmiast policję. A ta tendencyjnie stała po [jego - red.] stronie. Zawsze dochodziło do tego, że trzeba było opuścić teren schroniska i nic nie można było zrobić - stwierdziła Chilińska.

Kolejna sprawa to brak jakiejkolwiek kontroli ze strony gmin, które "współpracowały" z Radysami. Zgodnie z prawem, każda gmina musi zapewnić opiekę bezdomnym zwierzętom. Schronisko w Radysach często wygrywało przetargi na tę "opiekę", ponieważ proponowało najniższe ceny. Gminy chętnie pozbywały się więc "kłopotu", a Radysy  przejmowały zwierzęta (a wraz z nimi także pieniądze). - I nikt, mówię o urzędnikach gminnych, nie sprawdzał psów, za które ponoszą odpowiedzialność. (…) W umowach było napisane, że psy mają być kastrowane, a żaden nie był, choć było to zapłacone. Żaden pies nie był ogłaszany do adopcji, choć to też było zapłacone. Gminy płacą lekką ręką pieniądze podatników i nie kontrolują tego wykonawstwa - mówiła Krystyna Chilińska.

Barbara Zarudzka zaznaczyła, że też prowadzi schronisko dla zwierząt i kilka razy w roku przechodzi szczegółowe kontrole z różnych instytucji. Inspektorzy sprawdzają zabezpieczenie psów przed zimnem czy upałem; kontrolują procesy sterylizacji, kastracji czy czipowania czworonogów. - Chcą dokumenty i sprawdzają wszystko. A w Radysach tego nie było - stwierdziła. Wspomniała też, że niedawno odebrała jedną suczkę z Radys, która - zgodnie z ewidencją - powinna mieć 10 lat. - W rzeczywistości to dużo młodszy pies - powiedziała.

Areszt dla właściciela

Co dalej? Rozmówczynie Piotra Maślaka przekonywały, że do odpowiedzialności powinien być pociągnięty nie tylko właściciel schroniska w Radysach, ale też służby odpowiedzialne za kontrolę tego miejsca. Właściciel - Zygmunt D. - został w niedzielę tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. Jak podawała prokuratura, jest podejrzany o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad zwierzętami, a także posiadanie amunicji bez zezwolenia. - Choć śledztwo jest na początkowym etapie, to jednak zebrany dotychczas materiał dowodowy w tej sprawie w ocenie sądu wskazuje na duże prawdopodobieństwo, że podejrzany dopuścił się popełnienia zarzucanych mu czynów - informował w niedzielę rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Olsztynie Olgierd Dąbrowski-Żegalski.

Co dalej ze zwierzętami? - Muszą znaleźć nowych właścicieli - powiedziała Zarudzka. - Jest dużo osób chętnych na adopcję. Ludzie też szukają swoich psów, które tam są, a których wcześniej nie mogli wziąć, bo właściciel nie wydawał - dodała.

- Jak ktoś zgubił psa i go szukał, i przychodził do schroniska, to go nie dostawał mimo, że ten pies tam był? - dziwił się redaktor Maślak. - Mamy takie przypadki - przyznała jego rozmówczyni.

DOSTĘP PREMIUM