Tomasz Stawiszyński: Sen o koronawirusie

Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości - wszyscy mamy już serdecznie dość koronawirusa. Ileż w ostatnich miesiącach było na ten temat tekstów, dyskusji, wystąpień, analiz, programów telewizyjnych. O memach, filmach na YouTubie, tweetach i postach już nawet nie wspominając. Na dźwięk słowa "pandemia" - wielu z nas odruchowo przełącza kanał albo szybko otwiera jakąś inną stronę w przeglądarce.
Zobacz wideo

Prawie nikt też już nie udaje, że traktuje zagrożenie epidemiczne poważnie. Łącznie z politykami, którzy powinni chyba – przynajmniej w teorii – dbać o bezpieczeństwo swoich wyborców i wyborczyń. A jednak na spotkaniach i wiecach przewijają się tłumy bez maseczek, kandydaci natomiast ochoczo się ze wszystkimi ściskają, podają ręce i pozują do wspólnych fotografii. Podobne beztroskie tłumy widać także w miejscach publicznych – na ulicach, w sklepach czy restauracjach. Niedawny długi weekend – w okolicach Bożego Ciała – to były typowe polskie wakacje jakby nigdy nic. Miejsca w pensjonatach wykupione do ostatniego oraz przyjezdni nie stosujący się do żadnych zaleceń. Nikomu to nie przeszkadzało, nikt tego nie egzekwował. Spotkaliście się z czymś takim? Ja się spotkałem – i spotykam nieustannie. Jednym słowem, zachowujemy się tak, jakby nic nam już nie groziło, jakby możliwość zakażenia i rozwinięcia się ciężkiej choroby była kompletną abstrakcją.

Tymczasem w Polsce codziennie notuje się kilkaset nowych zakażeń oraz kilkanaście-kilkadziesiąt śmierci spowodowanych Covid 19. Mój bliski znajomy, człowiek po czterdziestce, w świetnym zdrowiu, wylądował w szpitalu. U paru innych wykryto zakażenie i skierowano na kwarantannę. Osławiony argument, używany tu i ówdzie nawet przez ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego – że mianowicie prawie nikt nie zna kogoś, kto zachorował – w moim przypadku i w przypadku wielu osób, które znam, nie ma już zastosowania. A przestał je mieć dopiero po poluzowaniu restrykcji.

Cokolwiek niepokojąca i z całą pewnością osobliwa sytuacja, nieprawdaż?

***

Cóż, wygląda na to, że traktujemy dziś epidemię i lockdown – bolesne doświadczenia ostatnich trzech miesięcy – niczym koszmar, z którego niedawno się obudziliśmy. Przez moment byliśmy przerażeni, że to jednak była prawda, ale szybko zorientowaliśmy się, że leżymy w swoim łóżku i wszystko jest tak, jak dawniej. Więc teraz spokojnie popijamy poranną kawę i przygotowujemy się do rutynowych zajęć dnia codziennego, którym się oddawaliśmy zanim zmorzył nas sen. Owszem, odczuwamy nieokreślony niepokój, owszem, prześladują nas jakieś niewyraźne wspomnienia, kołaczą się po głowie oniryczne powidoki, ale strząsamy je z siebie energicznie, dopijamy kawę i zaczynamy przygotowywać się do wyjścia. Bo przecież wszystko jest jak dawniej, nic się nie zmieniło. Wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi, a świat porusza się utartym torem. Przypominamy sobie wprawdzie jak przez mgłę jakieś powszechne przerażenie, zamknięte szkoły i teatry, wyludnione ulice, nakaz noszenia maseczek i rękawiczek w sklepach, doniesienia o tysiącach ofiar śmiertelnych. Ale to chyba było gdzieś indziej, w jakiejś paralelnej rzeczywistości, w jakimś innym świecie…

Z tej dzisiejszej perspektywy, kiedy większość ograniczeń zniesiono, choć zachorowań jest wciąż mnóstwo – z pozoru radykalne i zdecydowane działania rządu wydają się zanurzone w podobnej onirycznej nierzeczywistości. Przypominają raczej apotropaiczny, czyli odpędzający zagrożenie, magiczny rytuał, nie zaś racjonalną politykę.

Racjonalną politykę cechuje bowiem skrupulatne rozpoznanie sytuacji i – na tej podstawie – zastosowanie takich środków, które zgodnie z najlepszą wiedzą wydają się optymalnym rozwiązaniem. Lockdown i restrykcje stosuje się zatem nie dlatego, że „wszyscy tak robią”, a także nie dlatego, że „tak się po prostu robi”, a nawet nie dlatego, że „jak się tak zrobi to niebezpieczeństwo minie”. Stosuje się je po prostu dlatego, że tak nakazuje epidemiologia. Wiedza epidemiologiczna natomiast nie powstaje sama z siebie, nie spływa do głów w sposób bezwiedny i spontaniczny, ale jest mozolnie wypracowywana z pomocą procedur, których rzetelność została uzyskana w toku długotrwałego ciągu prób i błędów.

Zasadniczym więc punktem odniesienia dla racjonalnej polityki jest rzeczywistość, zasadniczym założeniem: że ona istnieje, imperatywem zaś: poznanie reguł, które nią rządzą i takie planowanie własnych działań, żeby tym regułom uczynić zadość.

Prowadzący racjonalną politykę podejmują takie a nie inne działania z uwagi na ich praktyczny wymiar, zakorzeniony w metodycznym rozeznaniu w świecie.

Mówiąc jeszcze inaczej – prowadzący racjonalną politykę dokładnie wiedzą dlaczego, po co i w jaki sposób robią to, co robią.

***

Nic podobnego nie da się natomiast powiedzieć o działaniu rytualnym. Ma ono zupełnie odmienne cechy. Przede wszystkim charakteryzuje je brak łączności przyczynowo-skutkowej pomiędzy podejmowanymi działaniami a sytuacją, na którą mają one wpłynąć. Rytuał – czy to religijny, w którym prosi się bóstwo o interwencję, czy to magiczny, w którym nakazuje się siłom natury albo duchowym bytom, żeby jakoś oddziałały na świat – wiąże się z rzeczywistością na zasadzie znaczeniowego, a nie materialnego pokrewieństwa. Światopogląd stojący u podstaw takich działań zakłada, że w jakiś szczególny sposób gesty wykonywane przez kapłana czy maga odzwierciedlają procesy zachodzące w uniwersum fizycznym. I w związku z tym jego pozornie pozbawiona bezpośrednich związków z materialną rzeczywistością aktywność może zaowocować konkretnymi, jak najbardziej materialnymi zjawiskami, na przykład opadami deszczu albo ustaniem zarazy.

Siłą rzeczy jednak działania rytualne nie mają żadnego związku z fizyką chmur albo sposobem propagowania się wirusów czy bakterii. Wykonuje się je zatem pomimo – a raczej obok – rzeczywistości. Związek pomiędzy nimi a nią występuje wyłącznie w głowie kapłana albo maga oraz tych wszystkich, którzy dzielą z nimi pewien zasób przekonań. Nie jest to zatem związek faktycznie istniejący, ale wyłącznie wyobrażony, bezskutecznie postulowany.

***

Widząc co od dłuższego już czasu dzieje się w Polsce; widząc te radosne tłumy na spotkaniach wyborczych, w restauracjach, sklepach czy parkach; widząc urzędującego prezydenta RP, który nic nie robi sobie z zagrożenia, nie nawołuje ludzi, żeby zostali w domach, albo przynajmniej nosili maseczki i utrzymywali pomiędzy sobą stosowną odległość – otóż, widząc to, mam przemożne wrażenie, że wszystko, co się tutaj przez ostatnie trzy miesiące działo, było jednym wielkim magiczno-religijnym rytuałem.

A więc działaniem o charakterze czysto symbolicznym, pozbawionym odniesienia do jakichkolwiek realiów. Bez zrozumienia co się właściwie robi i dlaczego. Bez jakiegokolwiek rozeznania.

Po prostu – kierując się odruchem mimetycznym („bo wszyscy tak robią”) wprowadzono na wczesnym etapie potrzebne obostrzenia. Oraz kilka zupełnie niepotrzebnych, na przykład zakaz wchodzenia do lasu albo nakaz zasłaniania ust i nosa nawet wtedy, kiedy się idzie samemu wieczorem po pustej ulicy. Odczekano pewien czas i zorientowano się, że te działania odniosły pożądany skutek. W momencie, kiedy się okazało, że system ochrony zdrowia nadal działa, a Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław czy Białystok nie stały się drugim Bergamo – choć poziom zachorowań wciąż utrzymywał się na poziomie kilkuset przypadków dziennie – zaczęto znosić te najbardziej absurdalne restrykcje. Ich zniesienie wywołało w zamkniętych w domach i przerażonych płynącymi z ekranów telewizorów i komputerów informacjami ludziach mylne wrażenie, że problem został sprawnie rozwiązany i pandemia wygasła. No bo jeśli znosi się poszczególne obostrzenia – znaczy to niechybnie, że sprawy mają się lepiej, to proste.

Tymczasem sprawy wcale nie miały się lepiej, a znoszone w pierwszej kolejności obostrzenia były od początku po prostu absurdalne.

W dalszej kolejności jednak zaczęto bez żadnego epidemiologicznego uzasadnienia znosić także obostrzenia całkiem sensowne.

***

Co jeszcze tu zadziałało? Zapewne niemal wyłącznie wirtualny – przynajmniej dla znacznej części społeczeństwa – charakter epidemii. Słyszeliśmy o niej i czytaliśmy, ale większość z nas nie zetknęła się z chorymi ani bezpośrednio, ani pośrednio. Stykaliśmy się za to wielokrotnie – i stykamy się wciąż – z licznymi teoriami spiskowymi głoszącymi, że koronawirus to mit i wymysł. Paradoksalnie: wprowadzenie ścisłych obostrzeń w pierwszej fazie epidemii, zadziałało tak, jak powinno, to zaś stało się finalnie argumentem w rękach tych, którzy twierdzili, że żadnej pandemii nigdy nie było. Tak właśnie pracuje klasyczne teoriospiskowe zamknięte koło. Swoją rolę odegrała tu z pewnością także nakręcająca się spirala konfliktu politycznego. Koronawirus koronawirusem, ale kampania wyborcza musi się przecież toczyć swoim torem.

***

Ostatnie miesiące to czas lunatykowania. Osobliwy stan świadomości, w którym niby docierają do nas sygnały ze świata zewnętrznego, ale tak naprawdę pogrążamy się głęboko we własnej wyobraźni. Niby rozumiemy co się dookoła dzieje, ale z naszym rozumieniem – i z poczuciem, że świat stawia nam granice, ma swój własny autonomiczny byt, nie jest polem dla spontanicznego realizowania się naszych potrzeb – wygrywają infantylne pragnienia i fantazje.

Unosimy się więc w błogiej mgiełce imaginacji. Pamiętamy wprawdzie, że kiedyś była jakaś epidemia, ale to jest wspomnienie ulotne i coraz bardziej się rozmywające… Nie rozumiemy – albo nie chcemy rozumieć – realnych konsekwencji podejmowanych przez nas działań. Z jednej strony przyswajamy płynące z mediów informacje o kolejnych zachorowaniach, z drugiej jak gdyby nigdy nic wybieramy się na wielkie rodzinne spotkania, albo na wiec wyborczy ulubionego polityka. Wchodzimy do sklepu bez maski, nie zachowujemy dystansu. Politycy łamią zakazy, które sami wprowadzali. Wypowiadają skrajnie nieodpowiedzialne słowa, które nie tylko ranią innych – już i tak wystarczająco doświadczonych przez los – ale stwarzają atmosferę nagonki, która w postpandemicznym napięciu może bardzo łatwo przerodzić się w fizyczną przemoc. Kandydaci na urząd prezydenta prą do swego nie bacząc na jakiekolwiek przeszkody. Nie dopuszczają do wiadomości – i świadomości – że coś może potoczyć się inaczej niż to sobie wymyślili.

***

Tak naprawdę wcale się jeszcze nie obudziliśmy, ale wręcz przeciwnie, zapadliśmy w głębszy sen. Zasnęliśmy – z czego oczywiście nie zdajemy sobie zupełnie sprawy – i właśnie teraz śni się nam, że się obudziliśmy i wracamy do swoich zwyczajowych zajęć, bo przecież wszystko jest tak, jak dawniej, wszystko jest w najlepszym porządku.

Pytanie – jak będzie wyglądało prawdziwe przebudzenie?

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM