Kto nie wierzy w koronawirusa? "Jeśli mówią nam, że to przez maszty 5G, to żądajmy dowodów"

- Negowanie samo w sobie nie jest złe. To część metodologii naukowej. Trzeba wątpić, bo żadna teoria nie stoi na złotym piedestale, którego nie wolno próbować przewrócić. Ale w nauce teorię naukową obalamy przy pomocy lepszej teorii naukowej. A nie przy pomocy opinii, wiary czy autorytetu - mówi w rozmowie z tokfm.pl dr Paweł Boguszewski.
Zobacz wideo

Jakub Baliński, tokfm.pl: Wierzy pan w epidemię koronawirusa?

Dr Paweł Boguszewski, neurobiolog z Centrum Neurobiologii w Instytucie Biologii Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk: Jestem przekonany, że mamy do czynienia z pandemią koronawirusa. To nie jest kwestia wiary, bo wiarę określamy jako przekonanie, które funkcjonuje bez istnienia dowodów. Na pandemię koronawirusa dowodów jest wiele.

To mi ulżyło. Jednak nie wszyscy tak myślą. Wielu celebrytów neguje epidemię koronawirusa. Nie tak dawno na jednym z kanałów Youtube'owych piosenkarka Edyta Górniak wyraziła wątpliwości w kwestii istnienia pandemii koronawirusa oraz stwierdziła, że jeśli powstanie szczepionka przeciw chorobie, to nie zamierza dać się zaszczepić. Raperzy ujawnili podobne poglądy w ramach, o dziwo, hot16challenge2, czyli akcji polegających na zbieraniu pieniędzy dla służby zdrowia walczącej z epidemią. 10 mln przypadków do nich nie przemawia. Skąd ten brak akceptacji dla dowodów?

To złożone zjawisko. Internetowi celebryci mogą robić to dla popularności, od której jest uzależnione ich istnienie. Kiedyś "bycie znanym tylko z tego, że jest się znanym", było odbierane raczej negatywnie, gdyż wiązało się z popularnością, której nie towarzyszyły cechy ogólnie uważane za wartościowe. Teraz jest inaczej. Influencerzy i celebryci mają ogromny wpływ na swoich odbiorców i czują, że muszą mieć zdanie na każdy temat, bo tego wymaga ich publiczność. Najczęściej nie mają żadnych podstaw merytorycznych do wygłaszania swoich tez, nie rozumieją nauki i sami łapią się na fake newsy. Powtarzają pseudonaukowe brednie, które stają się przez to modne. Ich odbiorcy wierzą w ich słowa, opierają się na fałszywie zbudowanym autorytecie, zamiast szukać innych źródeł wiedzy. Nie szukajmy źródeł wiedzy o szczepieniach u piosenkarzy czy informacji o leczeniu u sportowców czy podróżników.

To nie może być jedyny powód.

Niewiedza to jedna z przyczyn. Celebryci mogą też cynicznie wykorzystywać teorie spiskowe, żeby zwiększyć sobie zasięg, który w sieci przekłada się na realne pieniądze. Przecież to nic nie kosztuje, wystarczy tylko opowiadać niestworzone historie, a im bardziej kontrowersyjne, tym lepiej. Jeśli ktoś szuka w Internecie potwierdzenia informacji, że Bill Gates to zmiennokształtny jaszczur, którzy przy pomocy masztów 5G rozsiewa wirusy, to na pewno mu się uda. Znajdzie nawet przekonujące infografiki i memy potwierdzające, że tak jest. Wystarczy je wykorzystać. Więc dla zapewnienia sobie zasięgu mogą cynicznie rozprzestrzeniać antywiedzę, sami w nią nie wierząc. To zjawisko istnieje od dawna, ale epidemia to uwypukliła. Niestety media tradycyjne nie pozostają bez winy - często dają przestrzeń ludziom znanym, którzy nie mają pojęcia na temat zjawisk, o których się wypowiadają. Lub kładą ich zdanie na równi ze zdaniem ekspertów.

Celebryci to jedno, ale w koronawirusa powątpiewali, wydawałoby się, poważni ludzie. Myślę o Donaldzie Trumpie czy prezydencie Brazylii Jairze Bolsonaro.

Może to trochę złośliwe stwierdzenie, ale politycy są bliżej świata celebrytów niż naukowców. Partie polityczne to korporacje i aby wdrapać się w nich na szczyt, trzeba dobrze zarządzać ludźmi, przebić się i być popularnym. To nie są cechy, które wiążą się z wiedzą naukową. Czołowi politycy na świecie nie rozumieją nauki i wykorzystują ją tylko wtedy, kiedy jest im potrzebna do bieżącej polityki. Jeżeli są mądrzy, to potrafią z niej skorzystać, ale niestety często, gdy już dojdą na szczyt, uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. A kiedy następuje katastrofa, to z płaczem lecą do naukowców, choć wcześniej bezlitośnie obcinali im fundusze. Oczywiście nie jest tak, że naukowcy zawsze mają pełną rację, ale to prędzej od nich dowiemy się, jak walczyć z koronawirusem niż od polityków.

Tylko że te wątpliwości działają też na ludzi. Na Facebooku znalazłem grupę wsparcia o znamiennej nazwie "Nie wierzę w koronawirusa". Jest tam ponad 80 tysięcy osób. Nie trzeba wybitnie znać się na social mediach, żeby trafić na takie społeczności.

W internecie możemy znaleźć dowolną bzdurę oraz grupy ludzi, którzy je wspierają. Pamiętajmy jednak, że w takich grupach oprócz wyznawców znajdziemy też trolli internetowych, których pasją jest wkręcanie ludzi w głupoty, badaczy, którzy obserwują takie ruchy i zwykłych widzów. Niemniej jednak spora część ludzi trafiła tam, bo właśnie takie ma przekonania i potrzebuje się w nich utwierdzić. Sama nazwa tej grupy może oddawać charakter tego, czego ludzie szukają w sieci.

Chodzi panu o dopisek "grupa wsparcia"?

Tak. Te grupy bazują na opinii "nie znam nikogo zarażonego koronawirusem, nie wierzę telewizji i uważam, że to wszystko kłamstwo". Naturalną tendencją jest szukanie innych ludzi myślących podobnie. Takie grupy wsparcia dają nam potwierdzenie, że skoro aż tyle osób myśli podobnie, to znaczy, że coś w tym musi być. Tak buduje się bańka informacyjna - sytuacja, w której ludzie nawzajem poklepują się po plecach, upewniają w swoich fałszywych przekonaniach i jednocześnie całkowicie ignorują rzeczywistość.

Naukowcy chyba działają w odwrotny sposób.

Naukowców uczy się tego, że mogą się mylić. Jeżeli wymyślą teorię, to ich podstawowym zadaniem jest ją obalić. Dopiero jeśli nie uda się tego zrobić, to można uznać, że na chwilę obecną ta teoria jest słuszna. Nie możemy utwierdzać się w przekonaniu, tylko musimy wychodzić poza nie. Sprawdzać, czy nasza teoria przeżyje "atak" ze strony rzeczywistości. Podstawą metody naukowej jest, poza szukaniem dowodów na teorię, szukanie eksperymentów jej przeczących. W internetowych "grupach wsparcia" tworzy się zamknięty krąg ludzi, którzy nawzajem przekonują się o własnych racjach, ale negowanie ich jest bardzo niemile widziane. Tam nie chodzi o poszukiwanie wiedzy, ale właśnie o wspieranie się. Takich grup dla każdej teorii antynaukowej jest bardzo dużo. To ta ciemna strona internetu - sieć dała nam dostęp do wiedzy, ale także dostęp do antywiedzy. I do tej drugiej niestety dostęp jest łatwiejszy.

Czy to dążenie do wspólnotowości jest głównym paliwem społeczności negacyjnych?

Nie tylko sama wspólnotowość, która nie jest negatywna, lecz także poczucie wyjątkowości. Ruchy pseudonaukowe odwołują się często do hasła mówiącego o przebudzeniu. Ich członkowie mają poczucie, że się przebudzili, przejrzeli na oczy i teraz wyrwali się z owczego pędu całego świata. Dzięki temu czują się wyjątkowi, a zamknięta społeczność wzmacnia ich przekonanie o elitarności.

Jaką rolę w tych grupach odgrywają liderzy opinii?

Dynamika takich grup jest ciekawym zjawiskiem i pokazuje podobne trendy jak w innych grupach ludzkich. Internetowi celebryci poprzez głoszenie pseudonauki mogą "przejmować" takie grupy i zyskiwać ich poparcie zwiększające zasięg. Jak w polityce - zdobywamy głosy tych, do których trafimy z naszym przekazem, nawet jeśli sami w niego nie wierzymy. Z drugiej strony grupa taka zyskuje "wiarygodność", bo ktoś znany głosi podobne do nich poglądy. Czyli zyskują społeczne potwierdzenie.

Czy ktoś najbardziej radykalny w swoich poglądach zazwyczaj zostaje autorytetem?

To jak wyścig zbrojeń i polityka. By się przebić i zyskać popularność, trzeba czasem być radykalnym. Bardzo często na czele tych ruchów stają osoby głoszące najbardziej absurdalne teorie, ale poza tym wycinające potencjalnych konkurentów. Usuwają z grupy i "banują" osoby, które podważają poglądy, ale przede wszystkim takie, które ośmielają się podważać ich autorytet. W ruchach płaskoziemców i antyszczepionkowców cały czas trwa walka o przywództwo. Grupy te dzielą się, tworzą się odłamy, herezje itp. Dokładnie tak jak w partiach politycznych, organizacjach społecznych i ruchach religijnych.

Brzmi jak książkowe przykłady syndromu oblężonej twierdzy.

Zdecydowanie tak. Przede wszystkim przez to, że wszelkie próby negowania przedmiotu ich wiary traktują jak atak na ich tożsamość i grupę. Poszukiwanie prawdy i wiedzy poza grupą są odbierane jak podważanie fundamentu i atak na autorytet. Sama próba dyskusji niewygodnych tematów może zakończyć się ostracyzmem i usunięciem z takiej grupy - a takie społeczne wykluczenie z każdej grupy bardzo boli. Jesteśmy w końcu zwierzętami społecznymi. Tu często pojawia się wiara w spisek - że dowody są fałszowane i ukryta grupa ludzi prześladuje wyznawców danej teorii. Spisek potrafi wyjaśnić wiele niezgodności pseudonauk z rzeczywistością.

Społeczność negacjonistów może rosnąć i rozszerzać się na inne dziedziny życia?

Internet jest ciekawym miejscem. Jeżeli będziemy chcieli znaleźć najbardziej dziwną i zakręconą teorię, to ona zapewne już tam jest. Są grupy ludzi, którzy propagują robienie sobie dziur w głowie, żeby lepiej myśleć i odczuwać energię kosmosu. W sieci znajdziemy dowolne wariactwo. I co ciekawe, bardzo często obserwuje się, że zwolennicy teorii pseudonaukowych poszukują kolejnych - jak już uwierzą w złe szczepionki, to zaczynają wierzyć w szkodliwość 5G, chemitrails i inne cuda. Wygląda to czasem jak forma uzależnienia.

Kto na tym najbardziej korzysta?

Nie da się ukryć, że takie ruchy są świetnym miejscem do zarabiania pieniędzy. Bo przy całej tej negacji można też sprzedawać różne suplementy, ziółka czy przedmioty, które nas chronią. Ostatnio na brytyjskim Amazonie sprzedawano za 300 funtów pendrive z hologramem, który "ochroni" przed 5G i koronawirusem. Takie urządzenie nie może istnieć, jest niemożliwe w świetle współczesnej nauki. Ten pendrive to była zwykła wtyczka USB z naklejką. Ale miała śliczne obrazki tarczy chroniącej cały dom. I ludzie to kupowali. Na polskich serwisach aukcyjnych znajdziemy koce, które chronią przed 5G, urządzenia do rozpraszania chmur chemicznych czy inne przyrządy i substancje łagodzące skutki szczepionek. To się sprzedaje, bo ludzie dają się w to wkręcić - albo w to wierzą, albo są zagubieni z powodu braku wiedzy. Książkowy przykład to homeopatia. Przez 200 lat żadne wiarygodne badanie nie potwierdziło jej pozytywnego działania. Co więcej - teorie, na których opiera się homeopatia, są niezgodne z współczesną nauką. I dzięki działaniom naukowców i lekarzy jest ona wyrzucana z kolejnych krajów. Tymczasem ostatnio na spacerze mijałem całkiem ładnie wyglądającą "aptekę" homeopatyczną, co niestety nie jest rzadkością.

Nie wolno nam wątpić?

Negowanie samo w sobie nie jest złe. To część metodologii naukowej. Trzeba wątpić, bo żadna teoria nie stoi na złotym piedestale, którego nie wolno próbować przewrócić. Ale w nauce teorię naukową obalamy przy pomocy lepszej teorii naukowej. A nie przy pomocy opinii, wiary czy autorytetu. Dawno temu istniała teoria o przekazywaniu energii cieplnej między ciałami za pomocą cząstek zwanych cieplikami. Choć teoria była błędna, to w miarę dobrze opisywała rzeczywistość i pozwalała prowadzić obliczenia. Tylko potem pojawiła się teoria o energii wewnętrznej drgań atomowych, która okazała się bardziej adekwatna i wyparła stare twierdzenie. W nauce czasem obserwujemy takie przełomy. Niestety w przypadku pseudonaukowych przekonań nie ma czegoś takiego. Jeśli spytamy kogoś, dlaczego uważa, że samoloty rozpylają nad Polską chemtrails i czy coś mogłoby to jego przekonanie zburzyć, usłyszymy, że nic. Że nie ma takiego dowodu, który by zmienił jego zdanie. Płaskoziemcy też uważają, że zdjęcia satelitarne pokazujące krzywiznę planety są sfałszowane, a wszystkie żyroskopy są tak ustawione, żeby udawały kulistość Ziemi. To zamknięty schemat myślenia, który ciężko rozbić, bo ludzie, którzy w to wierzą, nie chcą, żeby został rozbity. Nie życzą sobie dyskusji o swoich przekonaniach, a takie próby odbierają jak atak personalny.

W którym momencie kończy się "tylko” ciemna strona internetu, a zaczyna poważne niebezpieczeństwo?

Dopóki płaskoziemcy spotykają się, robią odczyty, pogadanki czy chodzą na wyprawy mierzyć płaskość Ziemi, dopóty jest w miarę "spoko". Ot, takie dość dziwne hobby, trochę jak wierzenia religijne lub fankluby sportowe. Ale z tym jest jak z uzależnieniami behawioralnymi - stają się groźne, jeżeli przekładają się na dobrostan osób, które w nich uczestniczą. Jeśli odmowa leczenia wpływa na stan zdrowia, to już jest niedobrze. A najgorzej, kiedy takie przekonania powodują koszty wśród ludzi, którzy ich nie podzielają - wpływają na rodzinę, otoczenie lub regulacje prawne. Z jednej strony mamy wolność osobistą, ale z drugiej strony  w społeczności nie zawsze możemy robić to, co chcemy. Osobista decyzja kogoś, kto nie wierzy w szczepienia, jest szkodliwa dla niego, ale jednocześnie dla innych, bo osoby niezaszczepione automatycznie stają się roznosicielami patogenów. A w populacji są osoby, które nie mogą być szczepione i ich zdrowie bazuje na odporności zbiorowej. Zawsze powstaje pytanie, na ile państwo może ograniczać taką wolność nakazami i przymusem. Najgorzej jest, kiedy takie osoby mają wpływ na tworzenie polityki państwowej. A jeśli zwolennicy teorii spiskowych i pseudonauki stają się politykami wysokiego szczebla, to wtedy nieszczęście gwarantowane.

Ma pan jakieś konkretne przykłady na myśli?

Teraz mamy głównie problem z pandemią koronawirusa i wystarczy poszukać w sieci wypowiedzi polityków, że "to tylko grypa". Na początku pandemii można jeszcze uznać takie stwierdzenia za uzasadnione, ale po śmierci setek tysięcy ludzi już jest to zaprzeczanie rzeczywistości dla celów politycznych. Inny przykład to cały czas negowana katastrofa klimatyczna. Do pogorszenia sytuacji na Ziemi niestety przyczyniły się ruchy, które miały dobre intencje, ale brak wiedzy - na przykład te przeciwne genetycznie modyfikowanej żywności czy energii atomowej. GMO może nas uratować przed plagą suszy, produkując rośliny odporniejsze i wymagające mniejszej ilości szkodliwej chemii. Energia jądrowa, choć nie jest to idealne rozwiązanie, zmniejsza emisję CO2 od ręki i może dać nam czas konieczny do przejścia na odnawialne źródła energii. Gdyby nie został zablokowany rozwój energetyki jądrowej na poziomie polityków szukających głosów wyborców, to nie mielibyśmy teraz problemu z klimatem. Jak widać, przekonania niepodparte naukowo były zawsze i często przesiąkały do głównego mainstreamu politycznego.

Czy jest jakaś uniwersalna metoda, dzięki której możemy się bronić przed pseudonauką i teoriami spiskowymi?

To nie jest proste. Podstawa to autokrytycyzm. Musimy dopuścić do siebie możliwość, że się mylimy. Powinniśmy być gotowi na zmianę naszego zdania. Pamiętajmy, że zmiana zdania nie jest czymś uwłaczającym, choć świat polityki uznaje to za wielki problem i utratę twarzy. Po drugie powinniśmy szukać nie tego, co potwierdza nasze przekonania, ale tego, co je obala. Mikołaj Kopernik mówił co innego niż wszyscy i finalnie to on miał rację. Ale miał na poparcie swojej rewolucyjnej tezy doskonałe dowody, które potrafił naukowo zweryfikować. Swoją teorię zbudował, próbując ją obalić.  

To chyba jednak przykład jednostkowy.

Raczej wyjątek od reguły. Dobrze obserwować osoby, które idą pod prąd, ale pamiętajmy, że jeżeli ktoś proponuje jakąś teorię, to na nim ciąży obowiązek przedstawienia dowodów na jej słuszność. Samo sprzeciwianie się głównemu nurtowi nauki nie świadczy o słuszności. Jeżeli ktoś nam mówi, że epidemii COVID-19 nie ma, że jest to wirus generowany przez maszty 5G, to żądajmy przedstawienia przez niego dowodów i publikacji naukowych, a nie obrazków z internetu, wypowiedzi celebrytów czy liczącego na rozgłos naukowca, który przeszedł na "ciemną stronę mocy". Bo tacy też się zdążają. Po drugie sami szukajmy zaprzeczenia tej teorii - poszukajmy argumentów przeciw, a nie tylko za. To najprostsza droga. Trzeba mieć otwartą głowę, nie iść w zaparte i mieć odwagę przyznać: to, w co wierzyłem, było błędne.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM