Stawiszyński: Nieodpowiedzialność ponad podziałami

Sen o koronawirusie, o którym pisałem tutaj przed tygodniem, trwa w najlepsze. W ferworze, a raczej amoku politycznego uniesienia, w gorączce kampanijnej walki, nikt już nie pamięta o żadnych środkach ostrożności.
Zobacz wideo

Przez ostatnie kilka tygodni przestano już nawet udawać, że się przestrzega epidemiologicznych zaleceń. Żadnych maseczek, żadnego dystansu. Tak jakby epidemia była koszmarnym snem, z którego niedawno się obudziliśmy.

Podobnie w niedzielny wieczór. Tłumy w sztabach wyborczych, odsłonięte twarze, ścisk, emocje.

Słowem, doskonałe warunki do rozprzestrzeniania się koronawirusa.

A wszystko z pełnym przyzwoleniem, ba, radosną afirmacją ze strony organizatorów, pretendentów i władzy.

***

Nie istnieją żadne racjonalne argumenty przemawiające za tego rodzaju zachowaniem. W Polsce wciąż mamy dobowy przyrost zachorowań na poziomie kilkuset dziennie. Korea Południowa, która, w pierwszej fazie pandemii, konsekwentnie stosując restrykcje, bardzo sprawnie opanowała sytuację, odnotowuje dziś reaktywację problemu. Z analogicznych powodów Portugalia przywraca lockdown w części gmin. Tymczasem w Polsce nikt już w koronawirusa nie wierzy. Jak widać, łącznie z politykami ubiegającymi się o najwyższy urząd w państwie. A przecież stan prawny jest jednoznaczny: mamy pandemię, w żadnym momencie jej nie odwołano.

Czy to jest rękojmia odpowiedzialności? Czy ktoś, kto totalnie ignoruje oficjalne rozporządzenia i za nic ma zalecenia dotyczące bezpieczeństwa formułowane w oparciu o wiedzę medyczną, spełnia wymagania, jakie stawia się głowie państwa?

Powiem szczerze, ta dezynwoltura wszystkich bez wyjątku kandydatów wydaje mi się wstrząsająca. Bez wątpienia ilustruje ona jak głęboko polityczny spektakl zawładnął naszymi umysłami, jak fundamentalnie skolonizował nasz sposób myślenia i przeżywania. Nie tylko w wymiarze relacji międzyludzkich – obrazu siebie i innych, tyleż emocjonalnego, co fałszywego podziału na dobrych i złych, strasznych i kryształowych, ludzkich i nieludzkich, porządnych i nieporządnych, otwartych i zamkniętych – ale także w wymiarze elementarnego poczucia rzeczywistości. Zupełnie niezależnie od tego, jak ktokolwiek z nas ocenia dzisiaj zagrożenie epidemiczne w Polsce i śmiercionośność samego wirusa – a jedyni eksperci, którzy mają w tym zakresie kompetencje, czyli epidemiolodzy, oceniają oba te ryzyka jako bardzo poważne – oficjalne rekomendacje i rozporządzenia są jednoznaczne. I przebieg najpierw kampanii wyborczej, a potem niedzielnego wieczoru kontestuje je w sposób oczywisty.

Najwidoczniej afekt wywołany walką o prezydenturę, w której z kolei kondensuje się trwająca w tym kraju co najmniej od dekady radykalna symboliczno-kulturowa wojna, jest tak ogromny, że przesłania sprawy elementarne. Na czele z życiem i zdrowiem obywatelek i obywateli. Właśnie dlatego z rozmysłem używam słowa „spektakl”. Choćby nie wiem jak wzniośle brzmiały przemowy kandydatów, choćby nie wiem jak szlachetne były ich deklaracje i wypowiadane na głos intencje – fakt, że w trakcie pandemii tak skrajnie zlekceważyli zalecenia epidemiologiczne, prowadzi do wniosku, że liczy się dla nich wyłącznie wąsko pojęty osobisty interes. Że dla wygranej gotowi są zrobić bez mała wszystko. I że obowiązuje wśród nich następująca logika: skoro inni nie przejmują się obostrzeniami to ja też się nie będę przejmował. Wszak nie mogę zmniejszyć swoich szans na zwycięstwo z powodu tak błahego, jak wirus, który na kilka miesięcy zatrzymał świat, i który zabił już setki tysiące ludzi.

Przy czym dotyczy to w większości polityków na co dzień deklarujących przywiązanie do racjonalności oraz eksperckich opinii. Niebędących ani zwolennikami egzotycznych teorii spiskowych, ani darwinizmu społecznego. A jednak zachowujących się tak, jakby koronawirus był dla nich zaniedbywalnym elementem świata; szczegółem, który – jeśli akurat nie pasuje do wyobrażeń i pragnień – da się w każdej chwili swobodnie wyłączyć albo wymienić.

I znowu – wygląda to tak, jakby rzeczywistość polskiego politycznego sporu była nadrzędna względem wszelkich innych rzeczywistości, z biologiczną na czele. Rzeczywistość polskiego politycznego sporu nie zna bowiem pojęcia faktów, nie interesuje się tym, jak jest naprawdę. Jej zasadniczym żywiołem jest dążenie do postawienia na swoim, do instalacji jedynego słusznego poglądu na świat, którego nośnikiem są ludzie bez wyjątku szlachetni i porządni – a jeśli na drodze do tego celu pojawiają się jakiekolwiek przeszkody, należy je zignorować albo przespacerować się po nich jakby nigdy nic.

***

Wstrząsające jest także coś jeszcze, a mianowicie – że praktycznie nikt nie zwraca na to uwagi. Że w ogóle na ten temat nie rozmawiamy. Że bezwiednie i bezwolnie uznaliśmy tę sytuację za normalną i dopuszczalną.

Czy to po części efekt życia w epoce wirtualnej, kiedy granice pomiędzy faktem a fikcją, rzeczywistością a nierzeczywistością, nauką a pseudonauką, ulegają rozmyciu? Czy to efekt funkcjonowania w świecie portali społecznościowych, gdzie największą popularnością nie cieszą się komunikaty czy informacje najlepiej uzasadnione, ale te, które najlepiej potwierdzają już powzięte przekonania, choćby były one stuprocentowo fałszywe?

Dodajmy do tego zmęczenie pandemią, a przede wszystkim towarzyszącą jej permanentną niepewnością oraz zintensyfikowane do granic możliwości emocje – ochoczo podsycane przez specjalistów od politycznego PR’u – i dostaniemy obraz kondycji psychologiczno-mentalnej w jakiej się obecnie znajdujemy. Jeśli w ogóle można o niej cokolwiek z całą pewnością powiedzieć – to, że nie sprzyja realistycznej ocenie sytuacji.

Owszem, ale od polityków, a zwłaszcza od tych, którzy sięgają po najwyższe polityczne stanowisko, należałoby jednak oczekiwać elementarnego realizmu, nieprawdaż? Ich praca polega bowiem między innymi właśnie na podejmowaniu decyzji w warunkach mniej lub bardziej poważnych kryzysów. Umiejętność adekwatnej oceny sytuacji, odpowiedzialność i nieuleganie pospolitym błędom poznawczym to jest absolutnie bazowy zestaw kwalifikacji, jakie należy posiadać uprawiając ten zawód.

Tymczasem kandydaci na urząd prezydenta – wszyscy, bez wyjątku – w trakcie kampanii i wieczoru wyborczego ostentacyjnie lekceważący epidemiologiczne obostrzenia, wykazują dokładnie taki sam stosunek do rzeczywistości, jaki cechuje Donalda Trumpa czy Władimira Putina. Nie liczą się z faktami, nie respektują ograniczeń, publicznie demonstrują lekceważenie dla wiedzy naukowej.

Powtórzę, to jest naprawdę wstrząsające.

Że nie skończyło się bojkotem spotkań wyborczych – to zapewne efekt podobnego stanu odrealnienia, którego mniej więcej od czasu zniesienia niektórych obostrzeń doświadcza znaczna część polskiego społeczeństwa. Poczucia fantasmagoryczności zarówno czasu lockdownu, jak i samej pandemii, która – dzięki zdecydowanym działaniom zapobiegawczym – dla większości z nas była doświadczeniem czysto wirtualnym, potokiem obrazów płynących z ekranów telewizora czy komputera.

W efekcie, niby dziś wiemy, że zagrożenie wciąż jest poważne – i że poważne było – ale, z drugiej strony, skoro wszyscy zachowują się, jak gdyby nigdy nic, my także zaczynamy się w ten sposób zachowywać. A na dodatek ta szczególna wyborcza euforia, egzaltacja symboliczna oraz wzniosła patriotyczno-polityczna retoryka, działa niczym opium albo jakiś inny środek odurzający: zasnuwa umysł mgłą i podpowiada, że wszystko jest możliwe.

A że ten umysł jest w stanie perfekcyjnie sam siebie wyprowadzić w pole, wmówić sobie dowolną nieprawdę i przeżywać ją jakby była sprawą najbardziej oczywistą – o tym wiadomo już przecież od bardzo, bardzo dawna.

I oto mamy tego kolejny dobitny przykład.

***

Oczywiście, jeśli jakimś cudem nie skończy się to eskalacją pandemii i masowymi zakażeniami, zapewne szybko o tym zapomnimy. Dokładnie tak samo, jak zapomnieliśmy o koronawirusie.

Niestety jednak w powszechnej pamięci trwale pozostanie zapewne coś innego – że mianowicie nie ma powodu wierzyć słowom, które płyną ze strony polityków i instytucji. Bo przecież nawet ścisła polityczna elita, ludzie pretendujący do najwyższego urzędu w państwie, nic sobie z tych przekazów nie robią.

Jeśli jednak zrealizuje się scenariusz mniej optymistyczny – i wyborcze wzmożenie doprowadzi najpierw do eskalacji epidemii, a później do całkowitej utraty kontroli nad jej przebiegiem – czy ktokolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności? Czy organizatorzy tych wyborczych spotkań poniosą konsekwencje?

I w jaki sposób mówić i myśleć będą o tym sami kandydaci?

Czy któryś z nich zadał sobie w ogóle tego rodzaju pytanie? Czy zastanawiał się nad odpowiedzią? Czy rozważał, choćby hipotetycznie, taki rozwój wypadków?

***

A przecież w najnowszej historii Polski mieliśmy co najmniej kilka przykładów tragicznych konsekwencji takich stanów mentalnych.

Lekceważenie procedur bezpieczeństwa, uznanie, że się im nie podlega, że można dowolnie je sobie wybierać niczym z katalogu w sklepie internetowym; że można stosować się do nich wtedy, kiedy jest to wygodne, a kiedy łączy się z jakimś ograniczeniem albo dyskomfortem to już nie trzeba; otóż tego rodzaju mentalność, tego rodzaju specyficzny stan umysłu, nie raz doprowadziły do katastrofy. W tym do tej, która przed dziesięcioma laty stała się momentem inicjalnym bezprecedensowego podziału społecznego.

Dzisiaj widać jednak bardzo wyraźnie, że tego rodzaju kondycja przekracza polityczne różnice i antagonizmy.

Unifikuje wszystkie, nawet najbardziej z pozoru ze sobą skłócone opcje.

Prawdziwie łączy ponad podziałami.

Jako bodaj jedyny taki czynnik w świecie polskiej polityki.  

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM