"Współczuję teraz kolegom dyspozytorom z Warszawy". Ekspert o kulisach pracy w komunikacji miejskiej

Dobrze, że pojawiła się dyskusja o korzystaniu ze środków niedozwolonych przez kierowców i braku możliwości ich testowania, ale szkoda, że jest wykorzystywana w kampanii wyborczej - mówił w TOK FM Michał Wolański ze Szkoły Głównej Handlowej.
Zobacz wideo

W Warszawie doszło w ostatnim czasie do dwóch groźnych zdarzeń z udziałem autobusów komunikacji miejskiej. W obu przypadkach pojazdami kierowali kierowcy pracujący dla zewnętrznej firmy Arriva. Do tragicznego wypadku doszło pod koniec czerwca - gdy autobus linii 186 spadł z mostu Grota-Roweckiego. Jedna osoba nie przeżyła. Okazało się, że kierowca autobusu był pod wpływem amfetaminy, został aresztowany. Drugie zderzenie miało miejsce we wtorek na Bielanach - kierowca autobusu staranował cztery zaparkowane pojazdy. Jak podała policja - "tester narkotykowy wykazał obecność metamfetaminy".

Ostatnią informację zdążyło wykorzystać już TVP Info, strasząc na "paskach", że "po Warszawie jeżdżą kierowcy narkomanii" (co rzecz jasna miałoby być winą Rafała Trzaskowskiego).

Pojawiły się jednak pewne wątpliwości. Jak napisała w środę na Twitterze posłanka KO Agnieszka Pomaska - "według nieoficjalnych informacji badania moczu i krwi dały wynik negatywny". "Jeśli to prawda, że państwo PiS rękami policji, dla politycznych interesów, zniszczyło wczoraj życie młodego chłopaka, oskarżając go jazdę pod wpływem narkotyków, to jest to niebywały skandal!" - skomentowała. 

- Domagamy się od prokuratury natychmiastowego, oficjalnego ujawnienia wyniku testu i apelujemy, aby nie pozwoliła grać tą sprawą w kampanii wyborczej - mówiła z kolei na konferencji inna posłanka KO Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

- Opinia z zakresu badań toksykologicznych potwierdziła obecność substancji psychotropowej, pochodnej mefedronu - wpisanej do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, w stężeniu wskazującym, że kierowca prowadził autobus po użyciu narkotyków - podała kilka godzin później rzecznik Prokuratury Okręgowej Mirosława Chyr. 

- Ilość substancji nie jest taka, aby mówić o prowadzeniu "pod wpływem" substancji psychotropowej, czyli o przestępstwie. Ale tylko i wyłącznie o prowadzeniu w stanie "po użyciu" narkotyku – doprecyzowała potem w rozmowie z tvnwarszawa.pl.

Zaznaczyła też, że w toku przeprowadzonych czynności zabezpieczono substancję psychotropową w postaci amfetaminy. - Prokuratura oczekuje na pełne wyniki badań toksykologicznych zabezpieczonych dowodów - podkreśliła Chyr.

- Co do wczorajszego wypadku, ciągle nie mamy pewności, co tam się naprawdę stało. Czy ten kierowca był pod wpływem narkotyków, czy nie. W Warszawie zdarzały się już takie przypadki - tylko wtedy nie były to sprawy medialne - że szybkie testy śliny na początku wykazywały obecność substancji, a potem okazywało się, że kierowca czy motorniczy nie jest jednak pod wpływem żadnych narkotyków - komentował w TOK FM Michał Wolański ze Szkoły Głównej Handlowej. 

Ekspert zaznaczył jednak, że warto mieć świadomość, że niektórzy przedstawiciele "młodszego pokolenia" rzeczywiście korzystają z nielegalnych wspomagaczy, zwłaszcza, gdy praca wymaga wstawania o 2 czy 3 rano. Dotyczy to, jak mówił, nie tylko kierowców autobusów, ale szeroko pojętej branży transportowej i oczywiście nie należy tego pochwalać. 

- Sytuacja jest trudna, bo pracodawcy nie mają podstaw prawnych, by móc testować kierowców na obecność narkotyków. Nawet co do testów alkoholowych, które są robione w transporcie, jest duży problem z podstawami prawnymi - mówił Wolański. Jak dodał, o zmiany w tej sprawie od lat apeluje m.in. Izba Gospodarcza Komunikacji Miejskiej, ale bezskutecznie.

- Dobrze, że pojawiła się dyskusja o korzystaniu ze środków niedozwolonych przez kierowców i braku możliwości ich testowania, ale szkoda, że jest wykorzystywana w kampanii wyborczej stwierdził Wolański.  Przyznał, że sam raz w miesiącu prowadzi autobus (ma 1/20 etatu) i jest mu przykro, że obraża się całą grupę zawodową, określając kierowców jako "narkomanów".

"Pracowników jest za mało"

Wolański podkreślał też, że kierowców miejskich autobusów jest zbyt mało - zwłaszcza teraz, kiedy w wyniku pandemii Polska zamknęła granice i część obcokrajowców, którzy "łatali luki na rynku" wróciło do swoich krajów. - Kierowcy z autobusów turystycznych, żeby móc jeździć autobusami miejskimi, muszą dopełnić pewnych procedur, co trwa. Więc w tym momencie jesteśmy w sytuacji, w której ten deficyt kierowców się pogłębił - powiedział ekspert.

Przypomniał, że po ostatnich wypadkach w Warszawie stołeczny ratusz zawiesił współpracę z Arrivą. - Współczuję teraz kolegom dyspozytorom z Warszawy, bo kiedy podjęta została ta decyzja, inne firmy musiały wypuścić 150 dodatkowych autobusów i znaleźć kierowców. To na pewno było szalenie trudne - stwierdził gość Jakuba Janiszewskiego.

Prowadzący "Połączenie" zastanawiał się, dlaczego z udziałem kierowców Arrivy dochodzi do tak poważnych zdarzeń. - To zła firma czy zwykły pech? - pytał swojego rozmówcę. Wolański stwierdził, że "Arriva to z jednej strony bardzo duża, profesjonalna korporacja i pod pewnymi względami to najbardziej profesjonalna firma spośród tych, które jeżdżą w Warszawie".

- Z drugiej strony, oni rzeczywiście mają taką strategię, że oferują wynagrodzenia niższe niż inne firmy pozyskując kierowców z mniejszych miejscowości, z PKS-ów (…). Zatrudniają młodych ludzi, którym finansuje szkolenie, ale którzy potem są związani umową i muszą to szkolenie odrobić, a ono jest bardzo drogie, kosztuje około 8-10 tysięcy złotych - tłumaczył gość TOK FM.

Posłuchaj całej rozmowy!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM