Psy przyjeżdżają, a pieniądze płyną. Właściciele schroniska w Radysach wciąż na nim zarabiają

"Łagodny, spokojny, ugodowy, lekko wylękniony. Około 8-9 lat". "Czarny podpalany, bojący się ludzi, niespokojny samiec". "Przestraszony, łagodny, spokojny". Te opisy wciąż jeszcze można znaleźć na stronie psydoadopcji.pl, gdzie dobiega końca akcja poszukiwania nowych domów dla zwierząt ze schroniska w Radysach. Tego, co przez lata zaniedbali właściciele tego miejsca, przez nieco ponad miesiąc dokonały organizacje zajmujące się pomocą zwierzętom.
Zobacz wideo

Okryte złą sławą schronisko znajduje się niecałe półtora kilometra za Białą Piską. Z daleka nie rzuca się w oczy - spomiędzy kolejno mijanych pól, wyłania się nieco oddalone od drogi gospodarstwo z kilkoma budynkami i terenem otoczonym szarym murem. O tym, że asfaltówka odbijająca w lewo prowadzi do miejsca, gdzie przez lata rozgrywał się dramat zwierząt, informuje niewielka biała tabliczka umieszczona na betonowym słupie z napisem "schronisko" i rysunkiem pieska.

Bardziej w oczy rzucają się inne, żółte tabliczki zawieszone po obu stronach drogi, ostrzegające, że to teren prywatny. Potem dochodzą do nich kolejne, z rysunkiem kamery i informacją, że zarówno obraz, jak i dźwięk są rejestrowane. Te tabliczki są przytwierdzone do bram broniących dostępu do podwórka właściciela schroniska Zygmunta D. A za podwórkiem zaczyna się już teren schroniska.

Dawniej zapełnione po brzegi, teraz świeci pustkami. Więcej w nim wolontariuszy i chętnych do adopcji, niż samych psów. Czasem z któregoś boksu dobiega jeszcze szczekanie, ale przez większość czasu jest cicho. Niektóre psy kryją się w budach - są tak zestresowane, że leżą wciśnięte w najdalszy kąt, a na widok człowieka załatwiają się pod siebie. Na boksach, które zajmują, wiszą żółte wstążki. O tym, że w danym boksie nie ma już żadnego zwierzaka, informują z kolei przywiązane do krat biało-czerwone taśmy.

To z opowieści osób, które miesiąc wcześniej wkroczyły na teren dotąd pilnie strzeżonego schroniska, dowiadujemy się, jak wyglądało życie trzymanych w nim psów. Stłoczone po kilka w kojcach wielkości ok. 2 na 3-4 metry, latem nie miały gdzie schować się przed słońcem, bo jedyny dach, który zakrywa część boksu, jest wykonany z szybko nagrzewającej się blachy. Zimą marzły w nieocieplonych, drewnianych budach w głębi boksu, do których przez szpary między dachem a ścianą wpadał deszcz i śnieg. O ile w ogóle do budy się dostały. Do schronienia często dostępu bronił pies alfa, z którym mniejsze, starsze i bardziej schorowane psy nie miały szans.

Niektóre boksy leżą na wzniesieniach, więc ich podłoże, wyłożone płytkami albo wysypane piachem, jest pod kątem. W takich boksach wystarczyło, żeby jeden stojący wyżej pies się załatwił, a cała reszta leżała już w moczu lub odchodach. Takich boksów jest średnio po 40 w każdym sektorze, a samych sektorów jest szesnaście. Można tu było wcisnąć dużo psów.

Zwierzęta były karmione odpadami z rzeźni. Niektóre od nich tyły, inne dostawały rozwolnienia. Jeszcze inne nie miały nawet jak dopchać się do resztek, odpędzane przez dominujące osobniki. Problemem było też picie. Woda trafiała do psów w wiadrach, do których mniejsze psy najzwyczajniej nie dosięgały. Miski przywiozły ze sobą dopiero organizacje prozwierzęce.

Brak dostępu do wody i ciągłe wystawienie na słońce (wybetonowany teren schroniska latem przypomina patelnię, sporadycznie rosnące w alejach wzdłuż boksów drzewa nie zapewniają cienia) były przyczyną odwodnienia i udaru u wielu zwierząt. Psy dodatkowo cierpiały na ciężkie choroby zakaźne, choroby skóry, miały nieleczone rany (jeden z psów miał tylko połowę pyska, kilka innych - odgryzione ogony) i pazury przerośnięte tak, że zawijały się i wbijały w łapy. Psy w takim stanie zastali 17 czerwca uczestnicy interwencji, o której od razu zrobiło się głośno. 

Tego dnia na teren największego schroniska dla zwierząt w Polsce, od lat nazywanego "mordownią", weszli policjanci, prokuratorzy, lekarze weterynarii, zoopsycholodzy i działacze organizacji prozwierzęcych. Zatrzymani zostali ojciec i syn D. - pierwszy jest współwłaścicielem schroniska, drugi nim zarządzał. Usłyszeli zarzuty m.in. znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad zwierzętami przebywającymi w schronisku w Radysach. Wydawało się, że ruszyła machina, która zakończy istnienie tego miejsca.

Akcja miłośników zwierząt i służb mundurowych w schronisku w Radysach k. Białej PiskiejAkcja miłośników zwierząt i służb mundurowych w schronisku w Radysach k. Białej Piskiej Pogotowie dla Zwierząt/kadr z Youtube

Witamy w mordowni. Nadal

"Co do postępowania: tak, jest ono wszczęte w zakresie możliwości cofnięcia decyzji na funkcjonowanie schroniska, ale dla dobra postępowania nie mogę udzielić innych informacji. Postępowanie ma wyjaśnić wszelkie wątpliwości oraz aspekty działania schroniska. Proszę zauważyć, że od strony technicznej nikt nie zgłaszał uwag" - napisał 13 lipca zastępca burmistrza Białej Piskiej Grzegorz Pałdyna, którego zapytaliśmy o procedurę mającą doprowadzić do zamknięcia schroniska. To właśnie cofnięcie zgody na działalność jest jednym ze sposobów na zamknięcie "mordowni". Dopóki schronisko będzie mogło działać, dopóty pieniądze dla rodziny D. będą płynąć.

Od tego czasu niewiele się zmieniło - postępowanie się toczy, zbierane są dowody i materiały. Ale w chwili, gdy schronisko właściwie już opustoszało, lokalne władze przyznają, że po ten najprostszy sposób zamknięcia tego miejsca nie mogą sięgnąć. - Otrzymaliśmy informację od weterynarza, że od strony technicznej schronisko spełnia wszystkie wymogi do legalnego prowadzenia, co utrudnia sprawę cofnięcia zgody, a wręcz ją uniemożliwia - przyznał w rozmowie z nami Grzegorz Pałdyna. Jeśli lekarz weterynarii nie widzi powodów do zamknięcia schroniska, to gmina - jak tłumaczy - nie może tego zrobić.

Wojewódzki Lekarz Weterynarii Jerzy Koronowski przekonywał w rozmowie z TOK FM, że brak jest podstaw do zamknięcia schroniska, a jego właścicieli jeszcze nikt nie skazał. Nikt też nie zabronił im posiadania zwierząt. A gdyby zabronił? Wtedy nie mieliby możliwości prowadzenia schroniska. Sytuacja byłaby jasna. Przynajmniej teoretycznie.

Już po naszej rozmowie z Wojewódzkim Lekarzem Weterynarii, 17 lipca Zygmunt i Daniel D. otrzymali postanowieniem prokuratora m.in. zakaz prowadzenia schroniska w Radysach i przyjmowania do niego zwierząt, a także zakaz prowadzenia działalności związanej z utrzymywaniem zwierząt oraz ich posiadaniem. Jakim więc cudem schronisko nadal działa? Bo właścicielem schroniska, prócz Zygmunta, jest jego żona (i matka Daniela) Grażyna D., a ta zarzutów do tej pory nie usłyszała.

Może dlatego gmina - jak twierdzi zastępca burmistrza Białej Piskiej - nadal zbiera dowody. -  Chcemy dokładnie zbadać sprawę, ponieważ być może są inne możliwości. Jestem tu w kontakcie z prokuratorem i pewnych informacji nie mogę udzielać - dodaje tajemniczo Pałdyna. Dowody (np. zwłoki zwierząt ze schroniskowymi identyfikatorami na blaszce i śladami po maltretowaniu zakopywane za murami schroniska i w pobliskich lasach) na miejscu zbierają aktywiści, dokumentują to, co zastali, robią zdjęcia, spisują notatki. Mają tego już ponad 50 kg.

A w międzyczasie do Radys wciąż przywożone są nowe psy z części gmin, które umów z państwem D. - mimo doniesień o dramacie zwierząt - nie rozwiązały. Czworonogi, które docierają na miejsce, trafiają na kwarantannę. To oznacza, że formalnie są poza zasięgiem wolontariuszy działających na terenie schroniska. - W mojej ocenie pracownicy się nimi nie zajmują. Kiedy przychodzimy do schroniska o 8-9 rano, kwarantanna jest zamknięta, gdy wychodzimy o 20 - kwarantanna wciąż jest zamknięta. Te psy są zostawione same sobie. Weszliśmy tam tylko raz, kiedy przyjechał prokurator. Powiedział, że jeśli znajdziemy psa w stanie zagrożenia życia, będziemy mogli go zabrać. No i jednego zabraliśmy - opowiada Grzegorz Bielawski z "Pogotowia dla Zwierząt", który jest w Radysach od początku interwencji.

Zwierzęta uratowane ze schroniska w RadysachZwierzęta uratowane ze schroniska w Radysach Pogotowie dla Zwierząt

Udało mu się porozumieć z lekarzem weterynarii, który formalnie jest pracownikiem schroniska. Efekt jest taki, że psy, które wciąż trafiają do Radys, są w znacznej części przejmowane przez stowarzyszenia i kierowane do adopcji. Z około 20 takich zwierząt w ich ręce trafiło kilkanaście. - Dla schroniska jest to wyjątkowo korzystny układ. Przyjeżdża pies, oni od gminy, która go przysyła, biorą 1,5 tys. zł za przyjęcie go i po kwarantannie, a nawet wcześniej przekazują nam do adopcji. Czysty pieniądz. Nawet karmienie zwierząt jest po naszej stronie - przyznaje Bielawski.

Rodzinny interes

Daniel i Zygmunt D. - syn i ojciec - którzy na wniosek prokuratury zostali aresztowani, wyszli w ubiegłym tygodniu (po wpłaceniu 150 tys. zł kaucji za każdego z nich) na wolność. Sąd Okręgowy w Olsztynie przychylił się do zażalenia na decyzję Sądu Rejonowego Olsztyn-Północ, wskazując m.in. na to, że Daniel D. ma na utrzymaniu ciężarną żonę i dziecko, a Zygmunt D. ma problemy ze zdrowiem. Jednak w prowadzeniu biznesu w Radysach udział biorą również inni członkowie rodziny D. Poza współwłaścicielką schroniska Grażyną D., jest też Laura D. - córka małżeństwa D. i jednocześnie ich pełnomocniczka. To ona pojawiała się na terenie schroniska w czasie trwającej ponad miesiąc interwencji organizacji zajmujących się pomocą zwierzętom.

Laura D., elegancka blondynka, na teren schroniska, gdy przebywają na nim wolontariusze, wchodzi sporadycznie. Towarzyszy jej wtedy wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Ma zazwyczaj jakąś sprawę: chce, żeby przestawić któryś samochód albo grozi, że wezwie policję, jeśli zobaczy, że z jej stodoły zniknęły koty (niewysterylizowane, w ciążach, półdzikie i wyglądające na chore zwierzęta przemykają po terenie, na którym pracują organizacje prozwierzęce).

W sobotę udaje się nam porozmawiać z Laurą D. Dzwonimy najpierw domofonem, ale po kilku próbach przestaje on działać. Mężczyźni w głębi podwórka ignorują prośbę o kontakt. W końcu jednak na spotkanie wychodzi nam córka właściciela schroniska, zaprasza do biura.

Rozmowa przebiega w miłej atmosferze. Laura D. częstuje nas kawą i opowiada, że w związku z aresztowaniem ojca i brata wróciła do Radys z zagranicy. Nie chce komentować całej sytuacji, tłumaczy jedynie, że "w schronisku psy nigdy nie będą mieć takich warunków jak w domu, mimo że każdy by chciał dla nich jak najlepiej". A same zwierzęta w placówce "wyglądają różnie, bo w różnym stanie do niej trafiają". Nie odpowiada na pytania o fakty i dane, ale przyznaje, że chce, by schronisko dalej działało i zamierza nim kierować.

To wszystko mówi jednak nieoficjalnie. Po oficjalne stanowisko odsyła do pana Jacka. Podaje do niego numer, ale nie chce zdradzić, kim jest ani podać jego nazwiska. Dopiero potem dowiadujemy się, że tajemniczy mężczyzna to Jacek Zarzecki. Wcześniej pracował m.in. jako rzecznik prasowy urzędu miejskiego w Piszu, był także radnym powiatu, a obecnie jest prezesem Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego. Zarzecki nie kryje swojej niechęci do organizacji prozwierzęcych i solidaryzuje się z właścicielami zwierząt oskarżanych o znęcanie się nad nimi. Prywatnie to sąsiad rodziny D. 

Na koniec spotkania razem z Laurą D. idziemy do psów, które przyjechały już po interwencji i trafiły na kwarantannę. Od reszty zwierząt oraz wolontariuszy są odgrodzone blaszaną bramą. Psów tego dnia jest 10, każdy przebywa w oddzielnym boksie i ma miskę z suchą karmą. Wśród nich są psy wyglądające jak owczarki niemieckie, jest amstaff oraz dwa małe kundelki, które na widok człowieka pchają się do krat. Z każdym psem Laura D. i towarzyszący jej mężczyzna przykładnie się witają, uśmiech nie schodzi im z ust. Kobieta zapewnia, że psy zostaną przekazane chętnym, jak tylko zakończą kwarantannę, a 7 spośród 10 jest już zarezerwowanych.

Kiedy 24 czerwca olsztyńska prokuratura wydała postanowienie o zabezpieczeniu ponad tysiąca przebywających w Radysach psów jako dowodów w postępowaniu, rodzina D. cierpliwie czekała na doręczenie go na piśmie. Stało się to na początku lipca. I właśnie za ten tydzień Laura D. wystawiła prokuraturze fakturę - za opiekę nad "dowodami" w postępowaniu. W sumie ponad 20 tys. zł.

Nawet głośna na całą Polskę interwencja organizacji i wolontariuszy wydawała się okazją do zarobku. - Próbowali wymusić na nas opłacanie dziennej stawki za użyczenie kojców dla psów. Zagrozili, że w przeciwnym razie rozbiorą infrastrukturę. Za 1000 litrów wody chcieli od nas 60 zł, a za "użyczenie prądu" - 150 zł dziennie - wylicza Bielawski. W efekcie aktywiści korzystają z agregatu, a wodę przywożą ze wsi.

Trzymają kciuki, ale mówią szeptem

W czasie kilku tygodni interwencji na miejscu było kilkudziesięciu aktywistów i wolontariuszy. Część z nich nocowało w lokalnych ośrodkach, niektórzy dojeżdżali z Ełku i okolic. Wszyscy mieli dość czasu, by poznać lokalną społeczność Radys. Sama wieś jest niewielka - mieszka w niej mniej niż 200 osób. Wszyscy wszystkich znają, a reakcja społeczności na interwencję przypomina wychylające się to w jedną, to w drugą stronę wahadło. Podobnie jest zresztą w okolicznych miejscowościach.

- Mieszkamy w ośrodku wędkarsko-wypoczynkowym pamiętającym czasy komuny. Właścicielem jest sympatyczny starszy pan, który zapewnia, że pan Zygmunt D. to dobry człowiek, który kocha zwierzęta. Codziennie sobie rozmawiamy i on codziennie powtarza: "To jest niemożliwe, co tam znaleźliście. On był myśliwym, hodował drób, szanowaliśmy go. Tu na was mówią, że jesteście oszołomami" - relacjonuje Bielawski.

Przyznaje jednak, że to dzięki informacjom od miejscowych udało się po pierwsze dotrzeć do byłych pracowników, a po drugie - znaleźć miejsca poza schroniskiem, gdzie grzebane były martwe psy. Ale wtedy wahadło wychyliło się w drugą stronę i żadna z firm z powiatu piskiego nie chciała przyjechać, by zbiorowe mogiły odkopać. Bo wszyscy znają rodzinę D. I wolą trzymać się z daleka.

Grzegorz Bielawski opowiada o codziennych spotkaniach z mieszkańcami - a to w aptece, gdzie kobieta, która zorientuje się, że podkłady chłonące wilgoć są kupowane dla psów ze schroniska, wyciąga z portfela 100 zł i wciska wolontariuszowi. A to w banku, gdzie bez proszenia zostają zwolnieni z prowizji od przelewu. A to w sklepie, gdzie wolontariuszki kupują bieliznę, bo nie mają gdzie prać, a sprzedawczynie zawsze podrzucają coś "dla piesków". Wszystkich łączy jedno - mówią, że trzymają za nich kciuki, że obserwują relacje na Facebooku, ale mówią to szeptem, rozglądając się, czy nikt nie widzi. A wahadło znów wychyla się w drugą stronę - jeden z ośrodków wypoczynkowych odmówił przyjęcia aktywistów, kiedy jego właściciel dowiedział się, że chodzi o schronisko.

Złodzieje kogutów

Specyficznie układa się również współpraca z lokalną policją. W ostatnią niedzielę czerwca do jednego z pracowników schroniska podszedł aktywista. Ręką wskazał na leżącego na podwórku koguta - należącego do Zygmunta D. ptaka trzy dni wcześniej pogryzł pies. Ptak był ranny, ale wciąż żywy. Nikt się nim nie zajął - nie ma właściciela, więc nie było odpowiedzialnych. Półtorej godziny później kogut wciąż leżał w tym samym miejscu. - Wzięliśmy tego koguta i postawiliśmy w biurze na stole. Podniosłem skrzydło, a pod nim była żywa rana pełna larw. Powiedziałem, żeby zawieźli ptaka do lekarza i skrócili mu cierpienia - opowiada Grzegorz Bielawski. Usłyszał obietnicę, że kogut trafi do weterynarza. Minęło kolejne półtorej godziny, a kogut nadal leżał w biurze na stole.

Wtedy Bielawski powiedział, że sam zabierze koguta do lekarza - na podstawie ustawy o ochronie praw zwierząt. - Usłyszałem, że jestem złodziejem, bo chcę ukraść koguta. Że nie mam na niego postanowienia od prokuratora - relacjonuje. Gdy zabrał się za wypisywanie protokołu przejęcia koguta, przyjechała policja. A kogut wylądował w wiadrze "Pogotowia dla zwierząt" przykryty ręcznikiem.

- Policjanci przyjechali i powiedzieli: "Panie Bielawski, pan chce ukraść koguta". Tłumaczę im, że zabieram go na podstawie przepisów. No to oni, że muszą iść do pani Laury i z nią porozmawiać. Wtedy wziąłem wiadro z kogutem, dałem je jednemu z chłopaków, żeby pojechał do lekarza do Augustowa i uśpił to biedne zwierzę. A w tym samym miejscu postawiłem identyczne wiadro i przykryłem tym samym ręcznikiem - opowiada. Kiedy policjanci wrócili, przekazali obietnicę Laury D., że zabierze koguta do lekarza. I dorzucili, że to samo zlecił ich przełożony. - Kiedy zobaczyli, że w wiadrze koguta nie ma, wściekli się. Pytali, gdzie go schowałem. Odpowiedziałem tylko, że pewnie odfrunął - wspomina Bielawski. 

Niedawno do schroniska przyjechał policjant spoza okolicy. Powiedział, że na częstotliwości policji słyszał, że "mają trzepać wszystkich wolontariuszy z Radys" - za brak pasów, brak świateł, za wyprzedzanie. - Uważajcie, bo będziecie non stop kontrolowani - ostrzegł. Sprawdziło się. Kilkoro działaczy ma już mandaty za brak pasów, sam Bielawski został zatrzymany za wyprzedzanie przed przejściem dla pieszych. - Tak się złożyło, że nagrywałem tę podróż komórką. Kiedy policja zobaczyła to wideo, zrezygnowali z karania. Przynajmniej tym razem - przyznaje Bielawski.

Czy Radysy są wieczne?

Schronisko jeszcze w tym tygodniu ma opustoszeć. Z placówki wraz z pracownikami i wolontariuszami organizacji prozwierzęcych wyjadą ostatnie psy. Aktywiści w miesiąc znaleźli nowe miejsca pobytu dla 1070 psów: w domach stałych i tymczasowych, w dobrych azylach i schroniskach, w których psy nie czeka krzywda, tylko szansa na znalezienie domu. 

Co jednak będzie z nowymi, które tu wciąż będą dostarczane? Czy schronisko, nawet jeśli jakimś cudem przestanie działać, nie odrodzi się pod świeżym szyldem i z Laurą D. na czele?

Osoby, z którymi rozmawialiśmy, boją się zarówno o życie kolejnych zwierząt, jak i o samego Grzegorza Bielawskiego, który dzień przed interwencją odebrał od Daniela D. telefon, w którym mężczyzna groził mu pozbawieniem życia. Prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut także w tej sprawie.

DOSTĘP PREMIUM