Nowy rok szkolny. Dyrektor podstawówki wylicza: Za mało płynu do dezynfekcji, łazienek do mycia rąk, maseczek i przyłbic

Od 1 września uczniowie mają wrócić do szkół. W jaki sposób na naukę stacjonarną przygotowane są placówki? - My tak naprawdę nie wiemy, jak będzie wrzesień wyglądał. Nie wiemy, który wariant nauczania przyjmiemy i jakich środków będziemy potrzebować w szkole, żeby uchronić dzieci przed koronawirusem - mówił w TOK FM Tomasz Huk dyrektor jednej z katowickich podstawówek.
Zobacz wideo

Ministerstwo Edukacji Narodowej chce, by od początku września nauka odbywała się w szkołach, przygotowano specjalne wytyczne i projekty rozporządzeń, które dotyczą organizacji nowego roku szkolnego.

O tym, w jaki sposób wyglądają przygotowania, opowiadał w TOK FM Tomasz Huk, dyrektor szkoły podstawowej nr 11 z oddziałami integracyjnymi im. Tadeusza Kościuszki w Katowicach, w której uczy się 380 uczniów oraz pracuje 100 osób.

- My tak naprawdę nie wiemy, jak będzie wrzesień wyglądał. Nie wiemy, który wariant nauczania przyjmiemy i jakich środków będziemy potrzebować w szkole, żeby uchronić dzieci przed koronawirusem - ocenił oraz wymienił elementy, który na chwilę obecną brakuje w jego placówce. - Podstawowym problemem są środki dezynfekcyjne, które oczywiście otrzymaliśmy w tamtym półroczu szkolnym, natomiast jest ich mało. Ja np. aktualnie posiadam 50 litrów środka dezynfekcyjnego, który został do szkoły dostarczony. Natomiast przy pełnym obłożeniu, przy pełnym funkcjonowaniu szkoły, myślę, że starczy to góra na miesiąc - podkreślił. 

Blokada na podcaście? Odblokuj wszystkie podcasty za 5 zł

Dodał, że brakuje również maseczek, przyłbic oraz rękawiczek dla pracowników, które jako pracodawca powinien przecież zapewnić. - Niestety cały problem tkwi w tym, że te środki akurat dla szkół są bardzo drogie. Gdyby była jakaś centralizacja zakupów czy jakieś centralne przekazywanie tych środków, na pewno ułatwiłoby to nam dyrektorom sprawę i na pewno nie byłoby takie drogie - ocenił. 

Dyrektor krytycznie podszedł także do wypowiedzi szefa resortu edukacji Dariusza Piontkowskiego, który w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" mówił, że chętnym placówkom zapewniono kilkanaście tysięcy bezpłatnych dyspenserów płynów dezynfekujących. - One bardzo ładnie wyglądają i bardzo fajnie, że dostaliśmy je do szkół (...), natomiast środka do dyspenserów obecnie nie mamy tyle, żeby zapewnić cały rok funkcjonowania - wyjaśnił rozmówca Piotra Maślaka.

12 umywalek na 380 uczniów

Minister wskazywał także, że w szkołach powinno być więcej umywalek. A nauczyciele i uczniowie powinni zdezynfekować lub umyć ręce przy wchodzeniu do szkoły. Dyrektor Tomasz Huk podkreślił, że trudno w tym momencie stworzyć w szkołach dodatkowe toalety, żeby "naraz 380 osób, albo nawet w jakiś mniejszych grupach mogły dzieci, przychodząc do szkoły myć ręce". W jego placówce jest sześć umywalek dla dziewcząt oraz sześć dla chłopców. - Wczoraj z wicedyrekcją obmyślaliśmy jak to logistycznie rozwiązać, właśnie przy wejściu dziecka do szkoły: kto to dziecko odbiera, kto kieruje dalej. Z pozoru wydają się to bardzo proste rzeczy, ale one się wydają proste właśnie z poziomu ministerialnego. Jak już przychodzi do realizacji na poziomie konkretnej szkoły, dużej szkoły, to zaczynają się pewne problemy - podkreślił. 

Jak wyjaśniał, mycie rąk na każdej przerwie przez każde dziecko nie jest więc możliwe. Może się to udać przed lekcjami, "ale wiadomo, że dzieci trzeba dopilnować". - To nie jest tak, że każde dziecko same z siebie pójdzie. Zwłaszcza te małe dzieci muszą pójść do łazienki z nauczycielem i muszą myć ręce. Będziemy się starali to robić, a jak to wyjdzie w praniu, to się okaże we wrześniu - stwierdził. 

W resortowych wytycznych znalazł się też zapis dotyczący wietrzenia klas. - My będziemy się na pewno starali tak ułożyć plan lekcji, żeby jedna klasa miała w jednej sali lekcyjnej zajęcia, żeby nie przemieszczali się po szkole. Będziemy się starali bardzo często wietrzyć te klasy. Jeśli będzie taka możliwość, uczniowie będą wychodzili na boisko szkolne. Tak, żeby było jak najmniejsze zagęszczenie uczniów na terenie szkoły - opisywał dyrektor katowickiej szkoły.

Tomasz Huk ma też pomysł, jak zmniejszyć liczbę uczniów na korytarzach. Jak wyjaśnił, najbardziej prawdopodobnym wariantem nauki, który zostanie wprowadzony od września w szkole, której jest dyrektorem, jest przychodzenie do szkoły uczniów tylko z klas 1-4. To połowa wszystkich uczniów SP nr 11 w Katowicach. - Druga połowa, starsi uczniowie zostaną podzieleni: jedna połówka pozostaje w domu na nauczaniu zdalnym, a druga uczy się normalnie w szkole w sposób tradycyjny - tłumaczył, zaznaczając, że jest to opcja możliwa do zastosowania w jego placówce ze względu na mało liczne klasy. W większych placówkach nawet o wprowadzenie takich ograniczeń będzie trudno.

Kumulacja roczników

Jak mówił gość TOK FM, cały czas jest w kontakcie z dyrektorami liceów, którzy muszą mierzyć się w tym roku z kumulacją roczników. - Największym problemem dla nich są pierwsze miesiące, mówię o klasach pierwszych szkół średnich, bo to są też uczniowie, którzy wchodzą do nowej szkoły, muszą przyzwyczaić się do innego trybu niż ten, który był w szkole podstawowej. Nowe przedmioty, nauczyciele, uczniowie, powinni nawiązać relację rówieśnicze oraz z nauczycielami. I to jest ten największy problem - wymieniał. 

Dyr. Tomasz Huk podkreślił, że w szkołach ponadpodstawowych klasy mogą liczyć nawet 30 osób. - Więc niektóre samorządy przyjmują taką opcję, że mogą klasę podzielić na pół. Ale jak to zrobią, to kto tę drugą połowę będzie uczył? Tych nauczycieli nie ma znowu tyle, żeby mogli podwójnie uczyć - podkreślił, przypominając, że nauczyciel w jednej placówce może być zatrudniony na najwyżej 1,5 etatu.

DOSTĘP PREMIUM