"Po co oni nam 'pomagają', jak ich nikt nie prosi?" Maja Heban o złych i dobrych sojusznikach LGBT

Olga Kołakowska
Nie chcę wyjść na osobę, która odrzuca pomocną dłoń. Ale kurczę, dostajemy jakieś porady od ludzi, którzy się teraz obudzili, bo aresztowano 50 osób. I treścią tych porad jest, żeby robić wszystko, co już naprawdę wypróbowaliśmy - mówi Maja Heban, aktywistka LGBT o "sojusznikach", którzy bardziej niż pomóc chcą się pomądrzyć. Ale wkazuje też, kto potrafi pomagać dobrze.
Zobacz wideo

Od autorki: W piątek popołudniu Margot ze "Stop Bzdurom" opuściła areszt śledczy. Niedługo później opublikowała na Facebooku swoje zdjęcie, na którym pokazuje środkowy palec i trzyma planszę do gry w Scrabble z ułożonym napisem "Polsko, ty hóju, przestań mi Margot prześladować". Okazało się, że fotografia oburzyła nie tylko homofobów, ale również osoby, które deklarowały, że wspierają walkę o równe prawa dla osób LGBT. Zarzucały one Margot, że jest wulgarna i "szkodzi sprawie", że powinna była okazać więcej wdzięczności tym, którzy apelowali o to, by sąd uchylił areszt.

Poniższa rozmowa odbyła się dzień wcześniej, jednak już wtedy nie brakowało przykładów "sojuszników" ruchów LGBT, którzy czuli, że mogą pouczać przedstawicieli mniejszości o tym, jak powinni się zachowywać. Jednym z nich był tekst filozofki i felietonistki "Gazety Wyborczej" Agaty Bielik-Robson. Według Mai Heban, która jest aktywistką LGBT i transpłciową kobietą, felieton był nie tylko arogancki, ale zwyczajnie obraźliwy, zwłaszcza dla osób transpłciowych. O tym, co niewłaściwego napisała Bielik-Robson i dlaczego ruch LGBT nie potrzebuje rad i pouczeń od "sojuszników" jest poniższy wywiad.

Olga Kołakowska: Zacznijmy od takiej psychodramy. Wyobraź sobie teraz, że jestem Agatą Bielik-Robson. Co byś mi powiedziała?

Maja Heban: Jest pani ignorantką.

 “Ho ho ho, mocne słowa! Czy ma pani świadomość, że jestem wychowanką Harolda Blooma, a w swych tekstach powołuję się na ideę sojuszu tymczasowego Ernesta Laclau? Na jakiej podstawie zarzuca mi pani ignorancję?”

Przepraszam bardzo, oczywiście nie kwestionuję Pani znajomości filozofii. Powinnam była powiedzieć: “w kwestii transpłciowości jest pani ignorantką”.

Dlaczego tak uważam? Wystarczył mi króciutki fragment Pani felietonu - ten o feministkach, które znalazły się “pod pręgierzem transfobii”, bo “odważyły się zakwestionować kobiecą identyfikację osób, które uważają się za kobiety, choć nie przeszły operacji zmiany płci”.

Nawet nie wiem, od czego tu zacząć. Nie ma żadnej “operacji zmiany płci”, to nie działa tak, że budzę się rano jako mężczyzna i postanawiam “hm, a może się zmienię w kobietę?”. Żadna operacja nie jest też potrzebna, żeby wiedzieć, że jest się kobietą - ja świadoma tego jestem od wczesnego dzieciństwa. I co, moja tożsamość będzie “prawdziwa” dopiero, gdy jakieś panie ją zatwierdzą? Albo kiedy dostanę wypis ze szpitala? W Polsce o korekcie danych decyduje sąd. Tylko czy naprawdę chce pani być taką sojuszniczką, która szanuje godność osób transpłciowych dopiero wtedy, kiedy nakaże to sędzia?

To nie jest żadna odwaga, ani walka o wolność słowa. To jakaś arogancja, pogarda i transfobia - które biją też z Pani wypowiedzi. A nazywanie tego po imieniu nie jest żadną agresją, pręgierzem czy innym narzędziem tortur. 

Ok, stop zabawa. Nie umiem się tak mocno wcielić w Bielik-Robson, żeby na to odpowiedzieć. A wcielałam się, bo rozmawiamy głównie z jej powodu. Ściślej: z powodu Twojego wkurzenia, że ktoś, mając znane nazwisko i potężną platformę medialną, wykorzystuje to do szerzenia szkodliwych bzdur. Tymczasem gdzieś obok jest taka Maja Heban, która mogłaby coś ludziom wyjaśnić, bo zdecydowanie więcej wie o transseksualności. Ale Maja nie ma felietonu w “Wyborczej”, nie zapraszają jej do TVN-u, nie może dyskutować z Agatą jak równa z równą.  

Od dłuższego czasu naprawdę męczy mnie to, że aktywiści LGBT mają bardzo mało głosu. Cały czas widzimy wypowiedzi jakichś okropnych polityków, którzy jadą po osobach LGBT. Redaktorzy nie reagują na to wcale albo w bardzo delikatny sposób. A potem kolejny raz zapraszają ich do studia, żeby znów głosili skrajnie antyludzkie poglądy.

… a czasami zapraszają chyba tylko po to, żeby demonstracyjnie wyprosić ze studia. Tak zrobiła Katarzyna Kolenda-Zaleska z Jackiem Żalkiem, gdy powiedział w jej programie, że “LGBT to nie są ludzie, to ideologia”. Ale przecież z góry było wiadomo, że coś takiego powie. Nie prościej go wcale nie zapraszać?

Czasem jest przeciwwaga dla tych Żalków - zwykle jakiś heteroseksualny i cispłciowy (taki, którego płeć jest zgodna z przypisaną przy urodzeniu - red) polityk lub dziennikarz. Generalnie mamy całkiem dużo osób nie-LGBT, które zabierają głos zabierają głos na temat osób LGBT. I całkiem często efekt jest taki, jak w przypadku Bielik-Robson stającej w obronie transfobek.

Tak się zastanawiam: może ktoś, kto niezbyt potrafi zrozumieć np. na czym polega transpłciowość, nie powinien się wypowiadać na ten temat? Może powinien na przykład zamiast kolejnego felietonu, zrobić krótki wywiad z jakimś aktywistą lub aktywistką? Zaprosić kogoś innego, żeby zabrał głos? Albo po prostu się doedukować?

Właśnie, zastanawiam się, skąd takie parcie, żeby się wypowiadać. Nikt nie domagał się od Bielik-Robson komentarzy albo rad. W jej felietonach naprawdę nie było nic, czego aktywiści LGBT wcześniej by nie słyszeli. To samo można powiedzieć o tekstach Tomasza Lisa czy Witolda Gadomskiego.

Nie wydaje mi się, żeby oni się zastanawiali, komu to może być potrzebne. Są przedstawicielami uprzywilejowanej większości. Mają swoje zdanie na temat tego, że mniejszość zaczyna się szarogęsić, a ich zdanie jest przecież ważne. Czują się upoważnieni do tego, żeby pouczać ludzi, jak powinni się zachowywać. 

Przyzwyczaili się, że pewne osoby siedzą cicho. Więc kiedy te osoby nagle zaczynają się o coś upominać, to pojawia się instynkt, żeby im pogrozić palcem i powiedzieć “no nie, to nie są moje zasady, może zachowujcie się trochę inaczej”.

Ale przecież nie mówimy teraz o prawicowcach, który mają wszyscy na spółkę tego jednego “przyjaciela geja, który się nie obnosi”. Mówimy o ludziach, którzy pewnie miewają kontakty z osobami LGBT i chyba zauważyli, że to nie jest jakaś banda szaleńców, co biega nago po ulicach, demoralizuje dzieci i wszczyna burdy zupełnie bez powodu. Dlaczego mieliby patrzeć z góry na kogoś, o kim wiedzą, że jest z grubsza taki, jak oni?

Jasne, ja nikogo z tych liberalnych dziennikarzy nie posądzam o taką głęboką homofobię. I nie doszukuję się tutaj złej woli. Problem leży gdzie indziej.

Teoretycznie to fajnie, że ktoś myśli o mniejszościach “ci ludzie są tacy sami jak ja”. Ale może prowadzić do kolejnych założeń, które nie są już takie fajne: “Skoro są tacy, jak ja, to mają takie same doświadczenia jak ja. Może i mają problemy, które dotykają ich bezpośrednio, dotyczą ich tożsamości, godności, poczucia bezpieczeństwa. Problemy, których ja nie mam. Ale skoro oni są tacy, jak ja, to muszą do nich podchodzić tak samo jak ja. Zatem mogę się w ich imieniu wypowiadać i upominać, gdy robią coś nie jak ja.”

Dziwi mnie, że tyle osób nie rozumie, że ludzie heteronormatywni pouczający queerowe mniejszości jak walczyć o swoje prawa to taki odpowiednik facetów uczących kobiety feminizmu. To mówienie do nas protekcjonalnym językiem, upupianie. To, czy coś wywalczymy czy nie, odczujemy na własnej skórze my. To, jaką przyjmiemy taktykę, odczujemy my. Nie oni.

Mam wrażenie, że ludzie w Polsce trochę nie są nauczeni tego, że jest zupełnie okej na pewne tematy się nie wypowiadać. Że można dać platformę komuś innemu lub przyznać, że się czegoś nie wie. U nas raczej jest tendencja, żeby wychodzić z pozycji osoby wszechwiedzącej, która ma recepty na wszystko. Brakuje pokory.

Szczególnie to uderza, gdy mówimy o osobach, które przeszły drogę od współtworzenia machin homofobii do “pomagania” ruchom LGBT. Mam teraz na myśli choćby Ludwika Dorna. Dorn przedstawił na Facebooku swój plan rozwiązania problemu homofobii w Polsce: otóż należy zebrać 100 tys. podpisów i złożyć w Sejmie obywatelski projekt zmiany Kodeksu Karnego, ściślej Art. 119.

Przytoczę, jak on brzmi teraz: "§ 1. Kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub z powodu jej bezwyznaniowości, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. § 2. Tej samej karze podlega, kto publicznie nawołuje do popełnienia przestępstwa określonego w § 1."

Dorn twierdzi, że trzeba walczyć o dopisanie tam “oraz jej orientacji seksualnej”. Czyli osoby takie, jak ja - transpłciowe i heteroseksualne chyba zostałyby bez ochrony. No ale trudno, przynajmniej część LGBT będzie miała lepiej. Zdaniem Dorna projekt bez problemu przejdzie przez Sejm, a gdy wejdzie w życie, policjanci zaczną w końcu ochoczo łapać homofobów. Bo teraz tylko brak odpowiedniej podstawy prawnej ich ogranicza. 

Oczywiście, jakakolwiek ochrona LGBT przed mową nienawiści już Dornowi nie w smak. A szkoda, bo to mowa nienawiści jest częstsza i w pewnym sensie bardziej toksyczna niż bezpośrednia przemoc, a obecnie nie mamy jak z nią walczyć. To też trochę pokazuje zakres tej cudownej przemiany: jak nas biją na ulicach, to w sumie niedobrze, nikogo bić nie można, ale jak nas nazwą tęczową zarazą albo innym neobolszewizmem, to tylko różnica poglądów.

Ale teraz najlepsze: w czasie, gdy Dorn był posłem, do Sejmu trafiły trzy projekty zawierające dokładnie to, co on teraz proponuje: dopisanie “orientacji seksualnej” do Art. 119! I za każdym razem Dorn głosował przeciw. Wyorali to wszystko Jacek Dehnel i Przemysław Szczepłocki, a Dorn chyba się nie odniósł.

A może on po prostu ma jakieś rozszczepienie osobowości? Bo na jego Facebooku rozegrała się też taka scena: Dobry Dorn, przyjaciel LGBT, rozdawał swoje mądre rady. Aż nagle przyszła jakaś bezczelna lesbijka Jolanta Sacewicz i mu wytknęła, że te rady to nie aż takie mądre, a na pewno nie odkrywcze. Obudził się wtedy Zły Dorn i odpisał: “Niech mi Pani łaskawa powie, dlaczego tęczowa sekta nigdy takiej inicjatywy nie podjęła? Rozumku zabrakło?”. Komentarz został już skasowany, ale pozostały screeny i niesmak.

No tak, wkurzył się na tę niewdzięczność. On tyle się stara, pomaga, a “tęczowa sekta” jeszcze się czepia. Bielik-Robson zresztą także ma wiele żalu, daje temu upust w ostatnim felietonie. Pisze, że chciała dobrze - w co, jak już mówiłam, wierzę - a teraz została “rozjechana walcem insynuacji” w polemicznym tekście. Padła ofiarą “politycznego terroru” i “symbolicznego zabójstwa”. To są dosłowne cytaty z niej. 

Dobrze, że jako “symbolicznie zabita” ma przynajmniej w zaświatach dostęp na łamów największego polskiego dziennika...

Teraz poważnie: ja naprawdę nie chcę wyjść na osobę, która odrzuca pomocną dłoń, bo coś jej się w tej dłoni nie podoba. Wiem, że tak mogą być odebrane różne rzeczy, które tu powiedziałam i Bielik-Robson będzie miała kolejny kamyczek do ogródka.

Ale kurczę, dostajemy jakieś porady od ludzi, którzy się teraz obudzili, bo aresztowano 50 osób, kogoś pobito, kogoś molestowano seksualnie na posterunku policji. I treścią tych porad jest, żeby robić wszystko, co przez kilkadziesiąt lat walki o prawa LGBT już naprawdę wypróbowaliśmy… 

Weźmy choćby kwestię zaufania do liberałów. Ile razy ludzie LGBT głosowali na liberalne partie wierząc im, że w końcu coś będzie zrobione? A potem się okazywało, że cóż, jakoś się nie udało w tej kadencji wprowadzić np. ustawy o związkach partnerskich. W końcu ludzie się wkurzają i wtedy przychodzą ci cishetero komentatorzy i pouczają “halo, halo, ale nie odrzucajcie liberałów! Bo to liberałowie trzymają klucz do waszego zbawienia”. Trudno się nie wkurzać.

A co myślisz o niedawnej akcji Krzysztofa Gonciarza? Kupił furgonetkę i jeździł za tą niesławną “homofobiczną furgonetką”, zagłuszając jej przekaz hasłami typu: “Nie słuchajcie ciężarówek, one gadają głupoty!”. Było to zabawne, wyraziste i zostało bardzo ciepło przyjęte.

Tak, sama go chwaliłam.

Mi też to się na początku podobało. A potem poszłam na kontrmanifestację przeciw zgromadzeniu narodowców, którzy przyszli pod UW ogłosić swój sprzeciw wobec “agresji LGBT”. Po naszej stronie był głośnik, z którego leciała muzyka. Stał jednak na tyle daleko, że nie zagłuszał tego, co ci narodowcy wygadywali. Ktoś zażartował, że “przydałby się teraz Gonciarz ze swoją ciężarówką”. I trochę coś mnie zaczęło uwierać. No właśnie, gdzie teraz jest Gonciarz? Co się stało z ciężarówką? Co komu dała ta akcja, poza tym, że Gonciarzowi urosły zasięgi? Wszyscy się zachwycają, że tak świetnie wymyślił, a przecież to pomysł świeży jak plan Dorna - “Stop Bzdurom” już dawno pisały, że zamierzają kupić swoją “antyfurgonetkę”.

Mogłabym zrobić teraz intelektualną analizę, że Gonciarz wszedł na nie swój teren, że zrobił performatywną akcję, z której się ludzie pośmiali, a tak naprawdę nie ma się z czego śmiać, bo rozgrywa się dramat i tak dalej. 

Ale tego nie zrobię. Bo zajebiście doceniam, że nagłośnił temat, wykorzystał swoją platformę, by pokazać, jakie ma zdanie, a pewnie jest dla wielu osób autorytetem. Poświęcił swój czas i środki, żeby to zorganizować. Może też trochę rozładował atmosferę dzięki temu, że to był taki śmieszny trolling, wygłup. Ale przede wszystkim: zrobił coś, a nie się mądrzył. Nie tłumaczył ludziom, jak mają walczyć o swoje prawa, tylko włączył się do tej walki. To jest ta różnica, która sprawia, że nie zamierzam tego rozbierać na czynniki pierwsze i się czepiać. Bo takiego właśnie sojusznictwa potrzebujemy.

DOSTĘP PREMIUM