Leszek Miller o sierpniu '80 i Lechu Wałęsie: Byłem na swój sposób usatysfakcjonowany, że to jest właśnie robotnik

- Kiedy słuchałem Wałęsy na tej słynnej bramie albo kiedy potem występował w mediach, to pomyślałem sobie: "Proszę bardzo, reprezentant wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, a z jaką swadą się wypowiada, jak świetnie daje sobie radę" - mówił w TOK FM były premier Leszek Miller, wspominając sierpień 1980 roku.
Zobacz wideo

Mija właśnie 40 lat od podpisania porozumień kończących strajki 1980 roku na Pomorzu. 31 sierpnia w Gdańsku porozumienie podpisali: przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (MKS) Lech Wałęsa i wicepremier Mieczysław Jagielski. Doprowadziło to do powstania NSZZ "Solidarność" - pierwszej w krajach komunistycznych, niezależnej od władz, legalnej organizacji związkowej - i stało się początkiem przemian z 1989 roku. 

W rozmowie z Piotrem Najsztubem w TOK FM okres ten wspominał były premier Leszek Miller, który w tamtym czasie był etatowym pracownikiem partyjnym. Przyznał, że podpisanie porozumień sierpniowych było dla niego "jednym z najbardziej dojmujących wydarzeń, jakie mógł obserwować". - Kiedy przyszedł 31 sierpnia, to (...) miałem poczucie ulgi, że tym razem nastąpiło porozumienie i strony były w stanie podpisać się pod wspólnymi ustaleniami - stwierdził europoseł. 

Podcast jest zablokowany? Za 5 złotych odblokujesz wszystkie!

- Ale jednak był pan wtedy częścią aparatu. Nie uważał pan tych porozumień za "oddanie pola", za przegraną władzy? - zastanawiał się redaktor Najsztub. Miller odparł zdecydowanie, że nie - dlatego, że "był to typowy kompromis".

Podkreślił, że większość z postulatów strajkujących miała charakter socjalny (np. podwyżka wynagrodzeń). - Mądrość strajkujących polegała na tym, że wśród postulatów nie było żadnego, który był wymierzony w ówczesny ustrój czy w Związek Radziecki. Nie było tam słowa o nowych wyborach do Sejmu, o zmianie konstytucji, o niepodległości. Była mowa o wolnych związkach zawodowych i złagodzeniu cenzury, choć nie o jej kompletnym zniesieniu - wspominał były premier. - Moskwa, która to obserwowała, była oczywiście zaniepokojona, ale na pytanie "co tam jest antyradzieckiego" nie mogła wskazać nic konkretnego - dodał.

Pytany z kolei o Lecha Wałęsę Miller odparł, że nie znał go wówczas osobiście, widział jedynie na zdjęciach. - Ale potem wielokrotnie się z nim spotykałem. Nawet żartowaliśmy, ponieważ ja też byłem elektrykiem, że zawód elektryka ma w Polsce bardzo istotną wagę. O wiele większą niż każdy inny - wspominał gość TOK FM. 

- Jako reprezentant tego środowiska, człowiek o podobnym życiorysie (…) byłem na swój sposób usatysfakcjonowany, że to jest właśnie robotnik - mówił dalej o Wałęsie Leszek Miller. - Byłem oczywiście świadomy, że za jego plecami stoją eksperci i doradcy, którzy podsuwają mu rozmaite rozwiązania, ale kiedy go słuchałem na tej słynnej bramie albo kiedy potem występował w mediach, to pomyślałem sobie: "Proszę bardzo, reprezentant wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, a z jaką swadą się wypowiada, jak świetnie daje sobie radę" - dodał.

Jeśli chodzi o reakcję innych osób z PZPR na temat tego, co działo się na Pomorzu Miller odparł, że były one bardzo różne. Młodsi działacze - jak mówił - wiązali z tymi wydarzeniami możliwość reformy ówczesnego ustroju i szansę na budowę "polskiego socjalizmu z ludzką twarzą". - Ci starsi, bardziej ortodoksyjni, uważali że to zagrożenie, że powstanie jakaś olbrzymia siła o potężnym znaczeniu, poza kontrolą władzy - dodał.

Dopytywany, czy członkowie PZPR czuli strach, europoseł odpowiedział, że ten pojawił się później, "kiedy strona radziecka zaczęła przesyłać coraz to nowe pisma z żądanamiem, by rozprawić się z tzw. kontrrewolucją". - Wtedy zaczął się kształtować pogląd, że ta radziecka interwencja jest nieunikniona, a jeśli to się stanie, to Polska znów spłynie krwią. Tego się wszyscy bali - wspominał.  

DOSTĘP PREMIUM