Stawiszyński: Możliwość różnicy. O paraliżu racjonalnej debaty i internetowym "Zamku Wampirów"

Musimy na nowo nauczyć się solidarności i budowania sojuszy. I nie oznacza to wcale, że mamy się ze sobą zgadzać. Przeciwnie, chodzi właśnie o to, żebyśmy mogli się ze sobą nie zgadzać. Żeby można było w bezpiecznych warunkach wypowiadać odmienne opinie, komunikować różnice, negować obowiązujące doktryny i kwestionować status quo, nie narażając się przy tym na potępienie albo wyśmianie.
Zobacz wideo

O to siedem lat temu wnioskował nieodżałowany brytyjski filozof i krytyk kultury Mark Fisher – autor wydanego u nas niedawno „Realizmu kapitalistycznego” – w słynnym eseju „Ucieczka z Zamku Wampirów”.

Tytułowy zamek to przestrzeń internetowej debaty toczącej się w pewnej części środowiska angielskiej lewicy. Przestrzeń – zgodnie z charakterystyką Fishera – w której dominują strach i poczucie winy. I w której swobodna wymiana poglądów, wielość perspektyw, racjonalna dyskusja, słowem, jakkolwiek niesekciarska wspólnotowość, stały się praktycznie niemożliwe.

Przyznam, że kiedy czytam toczące się dzisiaj w polskich mediach społecznościowych dyskusje i spory, natychmiast przychodzą mi na myśl niepokojące diagnozy Fishera.

***

Odnoszę bowiem wrażenie, że nie tylko w prawicowej, ale także w lewicowo-liberalnej części internetu konfrontacja z poglądami niepodzielanymi w danej grupie, zamiast zaciekawienia i impulsu do rozmowy, wywołuje przede wszystkim oburzenie. A stosowana w takim przypadku strategia retoryczna, zamiast na rzetelnej argumentacji, opiera się w przeważającej mierze na moralizatorstwie, szyderstwie, wykpiwaniu oraz prześciganiu się w tworzeniu coraz to bardziej wyszukanych epitetów i coraz to bardziej wyszukanych redukcji do absurdu.

Przy czym nie dotyczy to wcale wyłącznie reakcji na poglądy oczywistych politycznych przeciwników. Bynajmniej. Intensywne fale oburzenia i szyderstwa wywołują nie tylko jawni antagoniści, ale także osoby z tego samego ideowego środowiska, albo też ze środowiska jakoś – teoretycznie – pokrewnego, stanowiącego, wydawałoby się, naturalną kandydaturę na alians. Nader często aktywnie płyną z tymi falami albo je wprost inicjują ludzie, którzy na co dzień deklarują przywiązanie do takich wartości, jak wolność, różnorodność, tolerancja czy pluralizm opinii. Ludzie, którzy zarazem bardzo chętnie tropią skłonności do gaszenia debaty i narzucania jednomyślności w obozach swoich politycznych wrogów – piętnując ich wówczas za niechęć do wielogłosu, agresję i tendencje totalistyczne. Otóż, ci sami ludzie, kiedy stykają się z wielogłosem, różnicą i dysonansem we własnej przestrzeni ideowej, reagują w sposób, jaki całkiem niedawno, skądinąd słusznie, krytykowali. Tak jakby poczucie racji i moralnej słuszności unieważniało nagle wszystkie te wcześniej deklarowane przywiązania i wartości.

Jest w tym oczywiście pewna – dobrze skądinąd z historii i psychologii znana – logika. W skrótowej rekonstrukcji wygląda ona mniej więcej tak. Skoro mam rację i skoro moja racja nie obejmuje wyłącznie kwestii czysto intelektualnych, ale także etyczne – skoro więc występuję nie tylko jako ten, który wie, ale także jako ten, który jest dobry, a więc ma moralną słuszność – to znaczy, że obowiązują mnie inne reguły aniżeli tych, którzy tkwią w merytorycznym i moralnym błędzie. Jeśli ktoś się ode mnie różni, jeśli występuje z odmienną opinią – znaczy to nie tylko, że się myli, ale także, że się etycznie wykoleja. Skoro bowiem prawda i dobro są u mnie, u tego, kto ma inne zdanie, mogą być tylko fałsz i zło. Tertium non datur. Fałsz i zło z kolei są fałszywe i złe w sposób tak przemożny i oczywisty, że jedyną właściwą i możliwą na nie reakcją jest oburzenie, jedyną zaś strategią obchodzenia się z nimi – szyderstwo albo potępienie.

Rzecz w tym, że jest to – na co także Fisher zwraca uwagę we wzmiankowanym tekście – niemal dokładna kopia mentalności kościelno-inkwizycyjnej. Specyficzna mieszanina przekonania, że się dysponuje „pełnią objawienia”, i że każdy, kto występuje przeciwko tej pełni daje wyłącznie dowód złej woli i małości. Tak właśnie wygląda „drażliwość religijna”, o której przed laty pisał na łamach „Bez Dogmatu” prof. Bohdan Chwedeńczuk, że cechują ją nade wszystko „dąs, obraza, opuszczanie miejsca, gdzie mówią nie po naszej myśli”. Dodając przy tym, że tego rodzaju emocjonalna postawa nie jest bynajmniej zarezerwowana wyłącznie dla przedstawicieli określonych wyznań, ale że rozpowszechnia się z powodzeniem także w kręgach tak zwanych wojujących ateistów.

***

O tej jakże charakterystycznej dla epoki mediów społecznościowych tendencji do zastępowania normalnej komunikacji impetycznym moralizmem, a argumentów emocjami, sporo już napisano. Ma ona swoje liczne wcielenia – tak zwana „cancel culture”, kultura unieważniania, jest tylko jednym spośród wielu. Ma również skomplikowaną genealogię, którą można by długo rekonstruować: od ekspansji polityk tożsamościowych, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, zaczynając, a na neurobiologii ludzkiego aparatu poznawczego w zetknięciu z rzeczywistością wirtualną kończąc.

Nie to jest jednak najistotniejsze, jakie ten postępujący paraliż racjonalnej debaty ma odległe źródła.

Najistotniejsze są jego drastyczne i destrukcyjne efekty tu i teraz.

Wszechobecny, nieznoszący sprzeciwu nakaz jednomyślności. Ponura instytucjonalizacja zasady „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Postępująca wzajemna podejrzliwość i wrogość. Nieustanna ideologiczna czujność i tropienie uchybień w cudzych wypowiedziach. Brak tolerancji dla realnej, nie zaś abstrakcyjnej odmienności. Wymuszanie konsensusu. Odmowa wysiłku dyskusji i zmiany poglądów na lepiej uzasadnione. Utknięcie w przekonaniu o własnej omnipotencji. Pochwała wewnątrzgrupowego konformizmu, niewychylania się i podporządkowania.

***

A przecież realna, a nie wyłącznie deklaratywna, wolność myśli, różnorodność, możliwość bezpiecznego artykułowania różnicy, stanowi nie tylko fundament demokracji, ale także jedyny jak dotąd znany sposób osiągania jakiegokolwiek progresu, zarówno technicznego, jak i moralnego.

Tylko konfrontacja idei może prowadzić do ich weryfikacji. Odrzucania tych, które nie wytrzymują merytorycznej krytyki i przyjmowania tych, które okazują się lepiej uzasadnione. Tylko ona może nas uchronić od przemocy, od totalistycznego narzucania wszystkim dookoła jednej wersji i jednej prawdy – niezależnie od tego czy się to odbywa przy użyciu środków przymusu bezpośredniego, czy też przy użyciu narzędzi psychologicznej presji: szyderstwa, kpiny, zawstydzania i dewaluacji. Środowiska liberalno-lewicowe nigdy nie zbudują żadnej faktycznej alternatywy dla populistycznej, autorytarnej prawicy, jeśli stosować będą we własnych kręgach dokładnie te metody, które deklaratywnie potępiają, i z powodu których podejmują zasadny spór ze swoimi ideowymi przeciwnikami.

Powtórzę – w demokracji nie chodzi o to, żeby się ze sobą zgadzać, chodzi o to, żeby móc się bezpiecznie różnić. Chodzi o to, żeby komuś, kto zgłasza korektę do jakiejś powszechnie akceptowanej opinii, albo nie zgadza się z jakimś podejściem, nie towarzyszył lęk przed internetową, a co za tym idzie życiową infamią. Żeby nie spotykała go natychmiast – nawet jeśli swoje stanowisko opatrzy uprzednio wieloma zastrzeżeniami i postara się wyłożyć je jak najbardziej klarownie i z dobrą wolą – fala komentarzy, w których zamienia się jego pogląd w kompletną karykaturę, zasypuje go lekceważącymi albo wprost obraźliwymi epitetami, przypisuje mu jak najgorsze intencje, albo ostentacyjnie wyśmiewa z pozycji moralnej wyższości.

Naprawdę, ludzie mają prawo mieć różne poglądy na różne sprawy. I nie istnieją takie okoliczności, nie istnieją takie warunki, w których sam fakt posiadania odmiennego zdania byłby czymś niewłaściwym, groźnym albo moralnie nagannym. O ile ekspresji tego odmiennego zdania towarzyszy argumentacja, o ile otwarta jest ona na konfrontację z innymi poglądami, a także na transformację po zetknięciu z poglądami lepiej uzasadnionymi, o tyle nie tylko nie stanowi zagrożenia, ale wręcz przeciwnie: jest szansą, żeby przemyśleć własną pozycję, dostrzec w niej jakieś słabe punkty, a także, być może, najzwyczajniej w świecie ją zmienić. W tym także nie ma nic strasznego – w zmianie postawy. Czasami, owszem, świadczy to o konformizmie, ale czasami wskazuje po prostu na elementarną intelektualną pokorę i uczciwość. Tak czy inaczej, nawet jeśli się z kimś nie zgadzamy w sposób fundamentalny i żywiołowy, ba, nawet jeśli przekonani jesteśmy, że tkwi w błędzie, albo mówi rzeczy zgoła absurdalne, szkodliwe czy niedobre – nie zwalnia nas to z obowiązku uzasadnienia swojej opinii. I z obowiązku traktowania naszych adwersarzy z szacunkiem. W niczym nam to nie uchybia, ani nie osłabia naszego stanowiska jeśli zamiast wyśmiewać i przedrzeźniać, podejmujemy rzeczowy spór.

Realnym zagrożeniem jest natomiast przeciwieństwo takiego podejścia. Dyscyplinowanie i moralizowanie zamiast dyskusji. Zapalczywa obrona ortodoksji przed herezją. Szantaż moralny jako strategia retoryczna. Niechęć do najdrobniejszego choćby dysonansu poznawczego. A wreszcie, grupowa konsolidacja poprzez wzajemne potakiwanie i wrogość wobec obcych, innych, nieprawomyślnych.

***

Niestety, także internetowa liberalno-lewicowa debata – skądinąd nie tylko polska, ale polska również – w znacznej mierze wygląda dziś tak, jakby nikt już właściwie z nikim o niczym nie chciał rozmawiać. Jakby powodem do dumy i dowodem przyzwoitości stawała się odmowa jakiegokolwiek dialogu z inaczej myślącymi. Jakby istniały tu już wyłącznie osobne chóry, wzajemnie się przekrzykujące i reagujące natychmiastową agresją albo szyderstwem wobec każdego, kto zaproponuje choćby odrobinę inną tonację i przestaje śpiewać unisono. Kogoś takiego momentalnie się namierza, a następnie gremialnie przedrzeźnia, wykpiwa, piętnuje, zarzuca mu, że nigdy tak naprawdę w chórze śpiewać nie chciał, że jego propozycja wypływa z najgorszych możliwych intencji, i że nic o prawdziwym śpiewaniu nie wie. A w ogóle to jest człowiekiem złym i zepsutym, pragnącym zniszczyć ów tak pięknie zjednoczony chór, złożony przecież wyłącznie z ludzi mądrych i moralnych – no, przynajmniej dopóty, dopóki śpiewają tak jak wszyscy.

Cóż, tego rodzaju sytuacja nie tylko uniemożliwia jakąkolwiek rzetelną dyskusję, ale także prowadzi do postępującego podziału na coraz bardziej ze sobą skłócone, zamknięte, odporne na wszelką argumentację sekty. A zatem – wbrew przekonaniom najbardziej zagorzałych strażników ortodoksji – osłabia, nie zaś wzmacnia środowisko, które ma stanowić światopoglądową alternatywę dla populistycznej prawicy. Ale przede wszystkim wytwarza warunki, w których argumentacja, rzetelność, a także zupełnie elementarny szacunek dla kogoś, kto myśli inaczej, przestają się liczyć, bo liczą się wyłącznie utrzymanie (pozornego) ideowego monolitu i siła perswazji. Wytwarza warunkach, w których różnica postrzegana jest jako zagrożenie, a ktoś, kto różnicę reprezentuje – jako człowiek zły, upadły i podejrzany. W których – ostatecznie – zwycięża zatem nie to stanowisko, które jest lepiej uzasadnione, ale to, za którym stoi silniejsza i bardziej zwarta ekipa.

Doprawdy, niewiele taki świat ma wspólnego z wolnością, różnorodnością i  demokracją.

DOSTĘP PREMIUM