Gry zgrane z Rozgłośni Harcerskiej i joystick z dźwigni od malucha. Tak radzili sobie pierwsi "komputerowcy" w PRL

O szalonych czasach, gdy piraci wykupywali kasety z muzyką poważną, a w piśmie komputerowym można było trafić na rozkładówkę z przystojnym żołnierzem, opowiadał w audycji "OFF Czarek" dr Patryk Wasiak, historyk zajmujący się badaniem społeczności "komputerowców" z czasów PRL-u.
Zobacz wideo

Gość Cezarego Łasiczki nie ukrywał, że temat jego badań wciągnął go bez reszty. - Zaciekawiło mnie przede wszystkim to, w jaki sposób w latach 80., czyli w dekadzie, która uchodzi za okres naznaczony stanem wojennym, Polacy, przede wszystkim młodzi, masowo zaczęli być zafascynowani komputerami i grami komputerowymi - tłumaczył dr Patryk Wasiak.

Dodał, że przyglądając się pierwszym "komputerowcom", możemy dostrzec coś, co wykracza poza stereotypowy "obraz lat 80., gdzie szarzy ludzie ubrani w szare kurtki stoją w kolejkach po chleb i kiełbasę" - czyli środowisko zapaleńców, którzy uruchamiają wielkie pokłady kreatywności i sprytu, by móc realizować swoje pasje.

Przedziwny język plemienia "komputerowców"

Wasiak podkreślał, że komputerowcy tworzyli pewną subkulturę, której specyfikę zauważali wszyscy. - W prasie lub telewizji pojawiały się dowcipy o tym, że komputerowcy mówią zupełnie innym językiem niż normalni ludzie - mówił badacz. 

Czasem żart polegał na tym, że członkowie “plemienia komputerowego” prowadzą rozmowy w językach programowania. - A czasami chodziło o to, że używają terminów takich jak “procesor”, “stacja dysków” czy “pamięć komputerowa” i jest to tak hermetyczny język, że nikt poza nimi go nie rozumie - śmiał się Wasiak.

Subkultura komputerowców nie była jednolita. Najważniejszy był rzecz jasna podział na “atarowców”, “commodorowców” i “amigowców”. Jak zauważył Wasiak, o przydziale do konkretnej grupy decydował w dużej mierze przypadek. A właściwie nie tyle przypadek, co rodzice. Bo to oni decydowali, jaki komputer kupić dziecku, zwykle nieświadomi, że skazują je na lata dowodzenia wyższości Amigi na Commodore lub odwrotnie.

Mimo niesnasek, fanów komputerów więcej łączyło niż dzieliło - Mogę śmiało powiedzieć, że chodzenie na wagary, żeby w coś pograć u kolegi jest pewnym doświadczeniem pokoleniowym dla ludzi urodzonych w latach ‘70 czy nawet ‘80 - oświadczył Wasiak.

ZX Spectrum gwiazdą "Sondy"

Ale skąd się w ogóle wziął ten komputer u kolegi? Wasiak wyznacza początek komputeryzacji polskich gospodarstw domowych na okres tuż po zakończeniu stanu wojennego. Polacy znów mogli jeździć na Zachód, a niektórzy przywozili stamtąd komputery. Do połowy dekady była to bardzo wąska grupa.

- Mówimy tu np. naukowcach obszaru nauk ścisłych, którzy jechali na jakiś stypendium do Europy Zachodniej czy Stanów. Oni już śledzili prasę specjalistyczną. Wiedzieli, do czego komputer by im się przydał, podczas gdy wiele osób nie wiedziało, że coś takiego jak komputer w ogóle istnieje. Korzystali z tych swoich słynnych diet pobytowych w dewizach. Żyli o chlebie i wodzie, zbierali dolary, marki lub funty, kupowali sobie komputer i przewozili go do do Polski, by używać do jakichś obliczeń technicznych - opisywał Wasiak. 

Jednym z pierwszych polskich posiadaczy komputerów był Andrzej Kurek, współtwórca kultowego programu “Sonda”. Z podróży służbowej do Wielkiej Brytanii przyniósł sobie ZX Spectrum, na którym później zaprojektował logo “Sondy”. Komputer wystąpił także w jednym z odcinków programu. 

- Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński zastanawiali się nad tym, jaki wpływ komputery będą miały na życie ludzi. Ten odcinek jest dość komiczny, bo gdy Kurek pokazuje możliwości tego ZX Spectrum, Kamiński siedzi z założonymi rękami. A potem tłumaczy Kurkowi, że te komputery to jakieś głupoty - wspominał Wasiak.

Koledzy zaczynają zapraszać na gry

Szybko okazało się, że to entuzjastyczny wobec nowych technologii Kurek (którego Wasiak nazywa “polskim prototypem nerda”) miał w tym przypadku rację. Dzięki “Sondzie” zwykli Polacy dowiedzieli się w końcu, co to właściwie jest komputer i do ilu ciekawych rzeczy może służyć. W międzyczasie na własną rękę odkrywały to dzieci inżynierów.

- Jak wspominałem, to głównie środowiska inteligencji technicznej przywoziły sobie komputery na własne potrzeby. Zdarzało się, że miały one zainstalowane np. zestawy gier. I dzieci tych inżynierów, którzy przywieźli komputer w jakimś poważnym celu, grały w gry, potem opowiadały kolegom, że mają coś fajnego w domu, a koledzy przychodzili to zobaczyć. W końcu powstała taka “masa krytyczna” - zainteresowanie komputerami stało się na tyle masowe, że w okolicach roku ‘85 pojawiły się pierwsze giełdy komputerowe - opowiadał Wasiak.

Ich znaczenie było niebagatelne, bo komputery były wciąż trudno dostępne. Na giełdach jednak nie sprzedawano ich za bezcen. Wasiak cytował przykładowy cennik z ‘88 roku. Najtańsze komputery kosztowały 3-4 miesięczne pensje, a Amiga 500 o niezwykłych jak na tamte czasy możliwościach graficznych - aż 20 średnich wynagrodzeń.

- Należy jednak pamiętać, że w latach ‘80 wielu Polaków pracowało za granicą. Mieli oni możliwość przewożenia dewiz i dysponowali znacznie większą siłą nabywczą. Byli też Polacy pracujący w sektorze prywatnym, oni też zarabiali dużo więcej niż średnia krajowa. A więc była cała rzesza Polaków, których na komputer było stać - przypomniał badacz. Ci, którzy nie chcieli kupować na giełdzie, mogli iść do Pewexu. Tam oferta była co prawda ograniczona do komputerów Atari, ale za to oferowano serwis gwarancyjny. 

Historyk wspomniał o jeszcze jednym sposobie na zdobycie komputera, który z dzisiejszej perspektywy wydaje się wyjątkowo ryzykowny. - W prasie ukazywały się ogłoszenia polskich emigrantów mieszkających we w RFN czy Anglii. Pisali, żeby zrobić przelew na jakąś konkretną sumę, a oni w ciągu kilku tygodni wyślą człowiekowi komputer. I te komputery faktycznie dochodziły - nie krył zdumienia Wasiak.

Polski rzemieślnik tworzy niezniszczalny joystick

- Wysokich cen komputerów nie dało się przeskoczyć, ale Polacy bardzo chcieli oszczędzać na urządzeniach peryferyjnych. Wybawieniem okazali się polscy rzemieślnicy, którzy produkowali je chałupniczo - mówił gość TOK FM.

Chałupniczo nie oznacza jednak byle jak. W garażach i domowych warsztatach powstawały czasem cuda techniki. Na przykład innowacyjny joystick, który był nie tylko tańszy, ale i trwalszy niż te produkowane na Zachodzie. 

- Polacy bardzo lubili gry komputerowej, a grali w nie dość intensywnie. Toteż ich joysticki często się psuły. Genialnym rozwiązaniem technicznym okazało się stworzenie joysticka opartego o dźwignię zmiany biegów z malucha - wyjaśniał Wasiak.

Skąd jednak rzemieślnik brał dźwignie zmiany biegów, by zaspokoić popyt na swój wynalazek? Przecież części do malucha były w tym czasie równie trudne do zdobycia. - Zadawałem sobie to pytanie. Niezbadane są formy zdobywania różnych rzeczy w latach ‘80 - stwierdził refleksyjnie Wasik.

Rozgłośnia Harcerska nadaje wywiady, reportaże i programy komputerowe

Po zakupie komputera i joysticka trzeba było jeszcze zdobyć gry. W tym celu można było ponownie wybrać się na giełdę, gdzie kwitł handel piratami. Warto tu przypomnieć, że w czasach, gdy dyskietki były jeszcze luksusem, najpopularniejszym nośnikiem była taśma magnetyczna. Czyli - w przypadku komputerów domowych - zwykłe kasety magnetofonowe.

Zgromadzenie wielu kaset bywało dla giełdowych “dystrybutorów” gier nie lada wyzwaniem. Lecz i na to były sposoby. - Szło się do księgarni, kupowało wszystkie możliwe bajki i kasety z muzyką poważną, a potem używało ich jako nośników dla gier - tłumaczył Wasiak.

Badacz przypomniał, że w okresie popularności komputerów na kasety, programy można było także... zgrać sobie z radia. - Był taki bardzo popularny program „Radio-komputer” emitowany przez Rozgłośnię Harcerską. Jego podstawą były rozmowy i reportaże na temat komputerów. Ale oprócz tego transmitowano tam takie serie zgrzytów i pisków. Słuchacze dyżurowali przy magnetofonach, żeby to nagrać. Jeśli ktoś ma duże szczęście i jakość nagrania była odpowiednia, to z kasety dawało się uruchomić program na komputerze - opisywał Wasiak.

Historyk musiał zrobić jednak ważne zastrzeżenie. - Na zagranicznych konferencjach zdarzało mi się rozmawiać z dość znanymi badaczami komputeryzacji. Gdy rozmowa schodziła na Polskę, to dowiadywałem się od nich, że "Polska była takim super krajem, gdzie państwowa radiostacja dystrybuowała najnowsze zachodnie gry komputerowe". W rzeczywistości jednak transmitowano nie "same najnowsze zachodnie gry", tylko głównie proste programy nadsyłane przez słuchaczy. I raczej nie były to gry, tylko programy edukacyjne - wyjaśnił. 

Program można było sobie również przepisać z pisma "Bajtek". Nie sposób rozmawiać o PRL-owskich komputerowcach, nie wspominając o tym periodyku. Ale Wasiak zaznaczył, że nie było to jedyne czasopismo o komputerach, które się wówczas ukazywało. Przypomniał m.in. o piśmie "IKS" - dodatku do niesławnej gadzinówki ludowego Wojska Polskiego "Żołnierz Wolności". 

Gość TOK FM poznał byłego redaktora tego pisma i pytał go, czy wojskowi starali się jakoś ingerować w treść pisma. Okazało się, że nie, dali redakcji zupełnie wolną rękę. Mieli tylko jeden wymóg. - Żeby w każdym numerze publikować taką rozkładówkę z atrakcyjnymi zdjęciami młodych żołnierzy wojsk łączności, którzy siedzą przy jakimś skomplikowanym sprzęcie elektronicznym. To miało zachęcać młodych ludzi do do służby zawodowej w wojsku - objaśnił Wasiak.

DOSTĘP PREMIUM