Dlaczego dziecko obiad w szkole musi jeść o 11? Dyrektorzy szkół: Taka jest koronawirusowa rzeczywistość

W dobie pandemii trzeba było opracować takie procedury, by na szkolnych stołówkach nie przebywało jednocześnie zbyt wielu uczniów. Musi być zachowany dystans. Jeśli szkoła jest duża, uczy się w niej ogromna liczba uczniów i większość chodzi na obiady, trzeba się mocno nagimnastykować, by wszystko zorganizować.
Zobacz wideo

Szkoła Podstawowa nr 51 w Lublinie. Uczy się w niej prawie 1500 uczniów, z czego 1000 codziennie je w szkole obiady. To jedna ze szkół, w której pierwsze dzieci - z klas młodszych - pojawiają się na stołówce już od godz. 11. Odwiedziliśmy stołówkę w porze obiadowej - relacji możecie posłuchać tutaj:

Podcast jest zablokowany? Za 5 złotych odblokujesz wszystkie!

Godz. 11.20. Szkolny korytarz przed stołówką

Na miejscu wyznaczone taśmami specjalne strefy - do wejścia na obiad i wyjścia na zewnątrz. Na podłodze ponaklejane strzałki pokazujące, jak przebiega kolejka i w jakiej odległości od siebie mają stać poszczególni uczniowie.

- Stoimy w maseczkach. Możemy je zdjąć dopiero, jak siadamy przy stolikach. Takie są zasady w związku z koronawirusem. Dla naszego bezpieczeństwa - tłumaczy Kasia.

- Robimy wszystko, co możemy, by było bezpiecznie. Mamy trzy kolory obiadowych abonamentów - każdy kolor oznacza konkretną godzinę, na którą uczeń przychodzi na obiad - tłumaczy dyrektor szkoły Marek Krukowski.

Na wszystkich stołówkowych stolikach są specjalne ścianki z pleksi, które dzielą stolik na cztery części. Uczniowie jedzą, odgrodzeni od siebie osłonami. - Jest inaczej niż przed rokiem. Nie da się za bardzo w czasie obiadu porozmawiać z koleżanką czy kolegą, bo są te przegrody, przez co się nie widzimy. Najczęściej, gdy chcemy się porozumieć, pukamy w te plastikowe szybki - opowiada Zosia.

Najpierw obiady jedzą najmłodsi. Stoją w kolejce po sztućce. Wcześniej wszyscy umyli ręce. Sztućce wydaje im pani wychowawczyni z konkretnej klasy - wcześniej zakłada jednorazowe rękawiczki. Po otrzymaniu łyżki i widelca uczniowie siadają na wyznaczonych miejscach, przy zdezynfekowanych wcześniej stolikach.

Dezynfekcja? Gdy tylko uczeń zwolni stolik

Na stołówce na stałe pracują dwie panie - jedna nalewa dzieciom zupę i podaje kompot; druga na bieżąco dezynfekuje poszczególne powierzchnie. - Mam na sobie maseczkę, rękawiczki, fartuch i sprzątam. Jak tylko stolik staje się wolny, od razu przystępuję do dezynfekcji - mówi pani Dorota.

Druga z pań, pani Marzena - też w maseczce, fartuchu, rękawiczkach - podchodzi do każdego dziecka. - Pytam, czy chcą zupę. Większość chce, chętnie jedzą. Tempo jest ogromne i ono jest teraz największym wyzwaniem. W pierwszym tygodniu było strasznie, teraz już jakoś to ogarnęłyśmy, dajemy radę. Ale pracy jest bardzo dużo - mówi nasza rozmówczyni. A jeszcze pytania dzieci: "Plosę pani, a jaka dzisiaj zupa?".

Nauczyciele przyznają, że dzieci bardzo szybko nauczyły się zasad. Pilnują, by mieć maseczki, wzajemnie zwracają sobie uwagę, ustawiają się w kolejce, starając się zachować dystans. - Oczywiście, że nie jest tak, że wszystko jest perfekcyjnie i super. Zdarza się, że ktoś zapomni maseczki, ale wtedy mamy w szkole miejsce, w którym można taką jednorazową maseczkę dostać - mówi dyrektor Marek Krukowski.

- Obiady są dobre i to najważniejsze - mówi Ola - dzisiaj był kotlet z ryżem i pomidorem. Bardzo smaczny. A pandemia? Kiedyś minie. I wszystko wróci do normy. Musimy poczekać. Ale minie na pewno - dodaje uczennica.

DOSTĘP PREMIUM