Białorusini uciekli do Polski. Wywiesili flagi na hotelu. Nagle pojawił się pan Robert, zaczął krzyczeć i je zrywać

Kilkunastu Białorusinów, którzy w pierwszych dniach września musieli wyjechać z kraju w obawie przed prześladowaniami, trafiło do hotelu w Białej Podlaskiej. Tam spotkała ich bardzo niemiła przygoda.
Zobacz wideo

Po wyborach prezydenckich na Białorusi, w których - oficjalnie - wygrał Aleksandr Łukaszenka, a nieoficjalnie - liderka białoruskiej opozycji Swietłana Cichanouska - codziennie dochodzi do protestów. Ludzie wychodzą na ulice wielu miast, protestują w zakładach pracy. Są też brutalne represje i zatrzymania. Część osób musi z Białorusi uciekać w obawie o życie swoje i swoich rodzin.

W grupie, która wyjechała z Białorusi, była m.in. pani Tatiana, białoruska dziennikarka, która uciekła w obawie przed aresztowaniem. Była ścigana przez służby. Wyjechała z mężem i dzieckiem. - Do Białej Podlaskiej trafiły też osoby, które były obserwatorami w trakcie ostatnich wyborów na Białorusi. Mówiły o tym, co widziały i też były za to ścigane. Część osób brała udział w protestach, a potem miała sprawy kryminalne - opowiada Irena, Białorusinka od trzech lat mieszkająca w Białej Podlaskiej, która - razem z innymi - pomaga teraz swoim rodakom w Polsce.

Gdy przyjechali do Polski, wielu nie miało praktycznie nic. Wyjechali tak, jak stali. - Gdy się z nimi skontaktowaliśmy, poprosili m.in. o szczoteczki do zębów czy żele pod prysznic. Od jednej z pań usłyszałam, że może w końcu wziąć prysznic po kilku dniach - opowiada pani Irena.

Do hotelu w Białej Podlaskiej trafił też m.in. prawnik, który od 20 lat działał na Białorusi w antyrządowej opozycji. Nie miał prawa opuszczania kraju - teraz udało mu się wyjechać dzięki "korytarzowi humanitarnemu". A że ma polskie korzenie, chce tu pozostać.

Flagi na budynku. I problem?

Białorusini, którzy trafili do Białej Podlaskiej, miasta położonego blisko przejścia granicznego w Terespolu siedzą w hotelu na kwarantannie. Niektórzy są tu od 2 września. Nie mają objawów koronawirusa, ale takie były procedury. W tym czasie wpadli na pomysł wymalowania białoruskich flag i banerów z wolnościowymi hasłami m.in. "Solidarni z Białorusią" czy "Niech żyje Białoruś". Wywiesili flagi. - Chcieliśmy też, by inni wiedzieli, że my tutaj jesteśmy - tłumaczy pani Ludmiła, działaczka białoruskiej opozycji.

Flagi i banery wisiały kilka dni. W weekend wieczorem, już po zmroku, w ośrodku pojawił się mężczyzna. Był agresywny i głośny - zaczął wszystko zrywać. Krzyczał, że tego typu rzeczy nie mają prawa tu wisieć. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że właścicielem hotelu. - Przedstawił się jako Robert. Nie znaliśmy go, przestraszyliśmy się, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Dlaczego mamy zdejmować flagi? Komu przeszkadzają? - opowiadają Białorusini.

Białoruscy aktywiści, którzy mieszkają w Białej Podlaskiej, zaalarmowani przez opozycjonistów z hotelu, wezwali policję. - Rzeczywiście była taka interwencja - przyznaje Barbara Salczyńska-Pyrchla z bialskiej policji. Jak dodaje, na miejscu ustalono, że flagi zdjął właściciel hotelu. - Sprawę wyjaśniono, nie wszczynano żadnego postępowania - słyszymy.

Po policyjnej interwencji mężczyzna odjechał. Niedługo potem ktoś z odległości kilkudziesięciu metrów świecił Białorusinom w okna i w oczy czerwonym laserem. - Wyglądało to tak, jakby ktoś mierzył z broni. Takie miałam myśli - opowiada pani Ludmiła. 

Kolejnego dnia na miejscu pojawił się ponownie Robert, tym razem z ojcem, panem Tadeuszem. Znów przedstawili się jako właściciele; ponownie poinformowali, że nie życzą sobie białoruskich flag czy haseł na swoim budynku.

Dziś pan Tadeusz tłumaczy zachowanie swoje i syna... strachem przed KGB. - Kazałem ruskim... Białorusinom zdjąć flagi i oni po prostu zdjęli. Mówią, że KGB za nimi chodzi, śledzi i boję się, że i za mną może. A ja mam też firmę na Białorusi i nie życzę sobie, by ktoś za mną chodził. Poza tym nie chcę się mieszać w sprawy polityczne - mówi mężczyzna w rozmowie z TOK FM.  Z jego relacji wynika, że to Białorusini na jego prośbę zdjęli flagi - policja twierdzi coś zupełnie innego, że to właściciel pościągał białoruskie emblematy.

Cała sprawa jest o tyle zagadkowa, że na miejscu, w hotelu, pojawił się w poniedziałek drugi z synów pana Tadeusza. Jak mówi, to on jest właścicielem hotelu i on nim zarządza. - Flagi i banery widziałem od kilku dni. Nikt mnie nie pytał, czy mogą wisieć, ale one mi absolutnie nie przeszkadzały. Rozumiałem, że te osoby miały taką potrzebę, by je wywiesić. Walczą o wolność, niech to robią. Oby im się udało - mówi Kamil Czapski, przedstawiający się jako jedyny właściciel hotelu i osoba, która ma podpisaną z miastem umowę na wynajem pokoi. Dodaje, że nie wiedział, że ktoś się w hotelu pojawił, pozdejmował flagi i banery. Ma nadzieję, że teraz sprawę wyjaśni policja. 

Gdy pytamy Białorusinów, czy wywieszą flagi ponownie, odpowiadają, że nie. - Nie chcemy nikogo prowokować, nigdy nie było to naszą intencją - mówi pan Paweł, Białorusin, który od kilku lat mieszka w Polsce, a teraz pomaga swoim rodakom w Białej Podlaskiej.

Osoby, które musiały wyjechać z Białorusi, podkreślają, że są wdzięczni Polsce i Polakom za pomoc. Za to, że mają co jeść i gdzie spać, że się nimi zaopiekowano. Nie rozumieją jednak, dlaczego flagi musiały zniknąć. Skarżą się też na to, że nie przekazano im żadnych numerów do osób, z którymi w razie potrzeby mogłyby się zdzwonić, by o coś zapytać czy zgłosić problem.

DOSTĘP PREMIUM