"W ciągu pięciu lat mogło dojść do 500 stosunków seksualnych". Ofiara księdza pedofila przerywa milczenie

Parafianie z Międzybrodzia Bialskiego usłyszeli w niedzielę podczas mszy prawdę o proboszczu, który przed laty wykorzystywał seksualnie małoletnich chłopców. Specjalnym listem do wiernych biskup bielsko-żywiecki Roman Pindel zareagował na sprawę Janusza Szymika. Mężczyzna, który przed laty był ministrantem, był molestowanego przez ks. Jana Wodniaka.
Zobacz wideo

Janusz Szymik wychowywał się w wierzącej rodzinie i dlatego jako 11-latek został ministrantem. W rozmowie z reporterem TOK FM Grzegorzem Koziełem podkreślał, że czuł się wybrany przez księdza Jana Wodniaka. - Początek tej historii sięga kwietnia 1983 roku, kiedy ksiądz zabrał mnie swoim samochodem na drugą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Dla mnie to było wielkie przeżycie, bo Wodniak był dla mnie jak półbóg. Nie dość, że proboszcz to jeszcze przecież były sekretarz kardynała Macharskiego - mówił 48-letni dziś mężczyzna.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

- Pierwsze kontakty seksualne nastąpiły w kwietniu 1984 roku. Ksiądz zaprosił mnie po mszy do zakrystii, potem poszliśmy na plebanię. Zjedliśmy kolację. Proboszcz był serdeczny, opowiadał kawały. To mnie onieśmielało. Potem wstał, zakręcił mnie kilka razy w fotelu i bardzo mocno przytulił. Następnie wsadził moją rękę pod swoją koszulę, naprowadził na okolicę będącego w zwodzie członka. Dla mnie wtedy zawalił się świat, nie wiedziałem, co robić - wspominał.

Jak podkreślił Janusz Szymik, między nim a księdzem regularnie dochodziło do spotkań: 2-3 razy w tygodniu. - Ksiądz mówił mi, że bardzo się we mnie zakochał i to powinna być nasza tajemnica. Z jednej strony uprawialiśmy seks, a nad wersalką był obraz Chrystusa w koronie cierniowej. Kuriozum i niewyobrażalna tragedia - opowiadał bohater reportażu Grzegorza Kozieła.

Mężczyzna był molestowany przez księdza do czerwca 1989 roku. - W sumie naliczyłem, że doszło między mną a księdzem do 500 stosunków seksualnych, analno-oralnych, bo do tego się to sprowadzało - przyznał.

Parafianie podzieleni

W niedzielę parafianie usłyszeli prawdę o swoim proboszczu. List przygotowany przez biskupa bielsko-żywieckiego przedstawił wiernym wizytujący parafię biskup pomocniczy - Piotr Greger.

Janusz Szymik podkreślał, że pierwszy raz z ambony padły słowa prawdy, że ks. Jan Wodniak został skazany prawomocnym wyrokiem Kongregacji Nauki Wiary i odbywa przewidzianą wyrokiem kanonicznym karę w miejscu odosobnienia.

Parafianie, z którymi rozmawiał reporter TOK FM, są podzieleni. Część osób nie chciała komentować tej historii. Ci, którzy jednak się na zdecydowali, wskazywali, że to poruszająca i bardzo przykra sprawa. - Ten biskup powinien powiedzieć coś od siebie, a on tylko przeczytał list. Jestem pełen podziwu dla pana Szymika. (…) Jestem w szoku i mu bardzo współczuję. Zaimponował mi, że to ujawnił - mówili mieszkańcy.

O reportażu dyskutowali też słuchacze TOK FM. - Kościół ma płaszczyk ochronny. Sam byłem ministrantem, przez 15 lat i choć osobiście nie dotknęły mnie takie tragedie, to o nich słyszałem. Kiedy próbowaliśmy reagować, to odpowiadano nam, że to niemożliwe, bo to przecież ksiądz, a takie donosy to wymysły młodych ludzi. Teraz się słyszy, że to jednostkowe sprawy. Każdy z nas jest odpowiedzialny za to, że coś wie na taki temat, ale milczy - przekonywał pan Paweł z Poznania, jeden ze słuchaczy, którzy wzięli udział w programie Mikrofon Radia TOK FM.

Rola kardynała Dziwisza

Janusz Szymik przyznał, że prawda została ujawniona o kilka lat za późno i pod naciskiem mediów. Jego zdaniem o historii wykorzystywania wiedzieli od lat ważni polscy hierarchowie. Szymik wspominał,  że udał się w tej kwestii najpierw do bpa Tadeusza Rakoczego, ówczesnego ordynariusza bielsko-żywieckiego, przekazał mu spisane wspomnienia z lat 1984-1989 oraz poprosił o interwencję. Wobec braku działań przekazał sprawę ks. Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, który 21 kwietnia 2012 r. pojechał do kurii w Krakowie (diecezja bielsko-żywiecka to część archidiecezji krakowskiej) i wręczył do rąk własnych kard. Stanisławowi Dziwiszowi dokumenty, w których znajdowała się dokładnie opisana sprawa Szymika oraz jego dane kontaktowe. Prezes Fundacji Brata Alberta zapewnia, że hierarcha dowiedział się również o wcześniejszych zaniechaniach bp. Rakoczego. Mimo to nie skontaktował się nigdy z pokrzywdzonym.

Kard. Dziwisz, w oświadczeniu przesłanym we wtorek do Polskiej Agencji Prasowej, zaznaczył, że wyraża ubolewanie "wobec ogromnej krzywdy, która została wyrządzona Panu Januszowi Szymikowi i kieruję do niego wyrazy szczerego współczucia". "Wydarzenia, które miały miejsce, a zostały ostatnio opisane w mediach, nigdy nie powinny się wydarzyć. Są one sprzeczne z jakimikolwiek normami moralnymi i etycznymi, szczególnie z chrześcijańskimi" - dodał.

Kardynał podkreślił też, wobec ostatnich doniesień medialnych, że nie przypomina sobie, aby otrzymał dokumenty w tej sprawie. "Ponadto, po sprawdzeniu w odpowiednich rejestrach kurialnych, okazało się, że nie ma tam żadnego śladu korespondencji od kogokolwiek do mnie w tej kwestii. W związku zaś z doniesieniem medialnym, że 21 kwietnia 2012 r. miałem otrzymać dokumenty w tej sprawie od ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego w kurii metropolitalnej w Krakowie, muszę zaznaczyć, że w tym czasie przebywałem z pielgrzymką w Ziemi Świętej, co można sprawdzić" - zaznaczył kard. Dziwisz.

Wskazał, że pragnie rzetelnie wyjaśnić zaistniałą sytuację. "W związku z tym, wydaje się dobrym rozwiązaniem powołanie niezależnej komisji w celu zbadania tej sprawy. Ja ze swej strony deklaruję wolę pełnej współpracy z taką komisją. Podejmę również kroki w celu osobistego spotkania z Panem Januszem Szymikiem" - oświadczył kardynał.

Historię Janusza Szymika jako pierwszy opisał portal Onet.

DOSTĘP PREMIUM