Publikujesz zdjęcia swoich dzieci w internecie? Sprawdź, czym jest oversharenting i jakie niesie zagrożenia

Zdjęcia dzieci na nocniczkach to stały motyw w wielu grupach rodzicielskich w mediach społecznościowych. Czy udostępnianie takich fotografii jest w porządku, czy może przekracza już pewną granicę i wpisuje się w tzw. oversharenting? O sharentingu, zagrożeniach z nim związanych i słynnych "madkach" mówiła w TOK FM Magdalena Kamińska z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Zobacz wideo

- Życie w erze cyfrowej wymaga poznawania coraz to nowych terminów, które opisują nowe lub wcześniej nieopisane jeszcze zjawiska - zauważył na wstępie rozmowy Cezary Łasiczka. Jednym z takich określeń, cieszących się w sieci dużą popularnością, jest oversharenting. Co to takiego? Jak można się domyślać, jest to "twór" językowy powstały z połączenia słów over i sharenting. Z kolei sharenting to zbitek słów share (dzielić się) i parenting (rodzicielstwo). Zatem oversharenting to nic innego jak przesadne czy też nadmierne dzielenie się w sieci swoim rodzicielstwem.

Przykłady takich zachowań można bez problemu znaleźć na Facebooku, Instagramie czy blogach internetowych. Jak wskazała Magdalena Kamińska, granica między oversharentingiem i sharentingiem nie zawsze jest jasna, ale to pierwsze określenie jest potępiające względem tego drugiego - obydwa funkcjonują w cyberprzestrzeni.

Skąd w takim razie wiedzieć, że udostępniając zdjęcia własnych dzieci, przekroczyliśmy tę granicę? Kamińska podkreśliła, że dobrym sygnałem są często komentarze innych osób - zwłaszcza obcych nam czy też anonimowych. - Jeśli chodzi o naszych bliskich, znajomych czy rodzinę, to oni pewnie nie będą niczego komentować, nawet jeżeli pomyślą sobie coś krytycznego, żeby nie powodować konfliktów - powiedziała ekspertka.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Sharenting. Czego nie wiedzą rodzice?

Zjawisko sharentingu dla niektórych osób jest kontrowersyjne. W grę wchodzi przecież upublicznianie informacji, zdjęć czy filmów pokazujących zachowania dzieci. Te - z racji wieku - nie mają możliwości zareagowania na to, co robią rodzice. Co więcej, jak zwrócił uwagę dziennikarz TOK FM, jeśli są to niepełnoletnie dzieci, ich zgoda nie jest tu w ogóle potrzebna.

Mimo tego, jak zauważyła Kamińska, na świecie odbywają się już precedensowe procesy związane z nadmiernym sharentowaniem. W takich sprawach, jak tłumaczyła, ważne jest wykazanie, że upublicznianie wizerunku dziecka w sieci wyrządziło mu jakąś krzywdę. - Myślę, że takich spraw będzie coraz więcej. Prawo nie nadąża za rzeczywistością, więc jest to trochę kwestia intuicyjna, oparta na empatii. Jeśli udostępnimy informacje kompromitujące na temat osoby pełnoletniej, to ona nas dość szybko postawi do pionu. Natomiast dziecko nie ma takiej możliwości ani znajomości pewnych mechanizmów, które rządzą mediami społecznościowymi - wskazała rozmówczyni Cezarego Łasiczki.

Co więcej, jak dodała ekspertka z UAM, część rodziców tych mechanizmów także nie zna. Nie zdają sobie sprawy, że ktoś może na przykład wkraść się na ich konto, pobrać zdjęcia, zrobić z nich memy i zacząć udostępniać w internecie. - Rodzice często są przekonani, że tego nie można zrobić, czy to ze względów technicznych, czy prawnych. Odgrażają się dość mocno, nie zdając sobie sprawy, że regulamin Facebooka nie tak działa, jak im się wydaje - podkreśliła.

Zdaniem Kamińskiej warto, udostępniając zdjęcia czy filmy dzieci w sieci, zastanowić się, jak my sami czulibyśmy się na ich miejscu, np. gdy ktoś publikowałby nasze zdjęcie w toalecie. - A dzieci na nocniczkach to jest stały motyw w tych parentnigowych środowiskach - wskazała. I dodała, że takie zachowania częściej wrzucają do sieci "zwykli" internauci czy też osoby, które dopiero wchodzą w parentingowy świat. - Wiodące blogerki, przynajmniej w polskiej blogosferze, zachowują się bardziej ostrożnie. Zdają sobie sprawę, że pewne rzeczy mogą ściągnąć na gromy na ich głowy, a bardzo się boją reakcji swoich czytelniczek, "odlajkowywań" - wyjaśniła.

Ale nie można, zdaniem Kamińskiej, zapominać o tym, że wszelkie grupy, blogi parentingowe bywają bardzo pomocne dla osób, które dopiero wkraczają w świat rodzicielstwa. Dla nich jest to często główne źródło informacji. - Wiadomo, że położna, lekarz czy ktoś ze służby zdrowia nie ma dla nich tyle czasu, ile im potrzeba. Do tego żyjąc w rodzinach rozproszonych nie zawsze mamy babcię, ciocię czy mamę na podorędziu. Pierwszym pomysłem jest więc wtedy "doktor Google” - mówiła. Część osób w mediach społecznościowych szuka także wsparcia w trudnych sytuacjach. Kiedy na przykład okazuje się, że ich dziecko jest chore - łatwo można znaleźć osoby, które borykają się z podobnymi problemami, wymieniać doświadczeniami czy się po prostu wspierać.

Madka Polka

Ze zjawiskiem sharentingu łączy się określenie "madki". - "Madka" jest ciemną twarzą słynnej Matki Polki. Jest roszczeniowa, agresywna, niedokształcona, obraźliwa, traktująca jakąkolwiek uwagę w stronę jej i jej "bąbelka" jako napaść - wyjaśniła Magdalena Kamińska.

Jak dodała, charakterystyczną reakcją "madki", na jakiekolwiek uwagi dotyczące np.zdjęć publikowanych przez nią w sieci, to "awantura, złość, agresja, często wulgarne zachowanie". Bo "madka" nie rozumie, że mogła zrobić coś źle. - Takich zachowań można znaleźć w sieci naprawdę wiele - przyznała Kamińska.  

Zdaniem rozmówczyni Cezarego Łasiczki sharenting świetnie pokazuje to, jak bardzo
"media społecznościowe pożarły naszą rzeczywistość i naszą codzienność". Jest dowodem również na to, iż w internecie można się pojawić bez naszej zgody i wiedzy. Jak podała, są matki, które zakładają swoim dzieciom strony internetowe jeszcze przed urodzeniem (i publikują na przykład zdjęcia z badań USG). - Współczuję ludziom, którzy wchodzą w świat cyfrowy od urodzenia - podsumowała ekspertka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

DOSTĘP PREMIUM