Kierowca Mariana Banasia wjechał w protestujących. NIK wyjaśnia, że poczuł się zagrożony

Czarna limuzyna, której kierowca próbował pobić i przejechać demonstrantów, należy do NIK. Według ustaleń "Gazety Wyborczej", porusza się nią prezes Marian Banaś. Teraz NIK tłumaczy, że Banasia w samochodzie nie było, a kierowca "poczuł się zagrożony" przez agresywny tłum. I wcześniej "prosił protestujących", żeby pozwolili mu przejechać.
Zobacz wideo

Nagranie zdarzenia, do którego doszło podczas poniedziałkowych protestów, udostępniła "Gazeta Wyborcza". Jak opisywała uczestniczka zajścia, jedno z aut zaczęło "toczyć się" w stronę siedzących na ziemi dziewcząt.  - W pewnym momencie drzwi kierowcy się otworzyły, wyskoczył facet w marynarce i okularach i rzucił się na koleżankę siedzącą przed jego maską. Chwycił ją oburącz wokół jej tułowia, podniósł, rzucił na ziemię, po czym chwycił jeszcze raz i zaczął ją wlec w kierunku tylnych drzwi swojego auta - opisuje dziewczyna cytowana przez "GW".

Później kierowca auta miał wsiąść do środka i "ruszyć prosto na chłopaka", który blokował mu przejazd, po czym "wieźć go przez chwilę na masce". Ostatecznie kierowca uciekł z miejsca zdarzenia, ale uczestnicy demonstracji zgłosili sprawę na policję. Jak później ustalili dziennikarze "GW", samochód z nagrania to Skoda Superb, którą porusza się prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś. 

NIK tłumaczy zajście. Banasia w samochodzie nie było, a kierowca czuł się zagrożony

Do sprawy odniosła się w oświadczeniu sama Najwyższa Izba Kontroli, potwierdzając jednocześnie, że w demonstrujących wjechał należący do niej samochód. "W poniedziałek doszło do dwóch ataków na samochód należący do Najwyższej Izby Kontroli. Około godziny 17:30 samochód utknął w tłumie w okolicach Tamki. Została dwukrotnie wezwana policja. Policja udzieliła asysty. Następnie około godziny 18 na Wisłostradzie tłum kolejny raz zablokował i zaatakował samochód należący do Najwyższej Izby Kontroli" - czytamy w oświadczeniu. 

"Pracownik NIK kierujący pojazdem prosił protestujących, aby nie dokonywali uszkodzeń pojazdu oraz umożliwili mu dalszy przejazd. Pomimo próśb - protestujący uniemożliwiali dalszy przejazd pojazdu, zachowywali się agresywnie względem pracownika Najwyższej Izby Kontroli, kierowali w jego stronę groźby pozbawienia życia i zdrowia oraz zagrozili zniszczeniem pojazdu" - twierdzi NIK. 

Jak czytamy dalej, pracownik NIK "wychodząc z pojazdu kolejny raz prosił protestujących, aby pozwolili mu przejechać, został zaatakowany i podjął próbę odsunięcia osób od pojazdu." Zdaniem NIK osoby, które widać na nagraniu, "były bardzo agresywne, wulgarne i stwarzały bezpośrednie zagrożenia dla zdrowia i życia pracownika Najwyższej Izby Kontroli". "Również z relacji kierującego pojazdem wynika, że osoby, które w niej uczestniczyły były bardzo agresywne. Groziły i wyzywały kierującego pojazdem" - stwierdza NIK. 

"Kierujący pojazdem poczuł się zagrożony. Bał się zarówno o swoje bezpieczeństwo, jak i bezpieczeństwo mienia, które zostało mu powierzone. Wsiadł do auta i uprzedzając, że rusza powoli oddalił się z miejsca, gdzie został zatrzymany. Jeden z mężczyzn próbował jeszcze zablokować mu drogę, ale widząc, że samochód zaczyna się poruszać w końcu przesunął się z toru jazdy" - czytamy pod koniec oświadczenia. 

Jak zapewnia NIK, w samochodzie nie było prezesa Mariana Banasia, a o zdarzeniu zostały powiadomione "właściwe służby NIK", które aktualnie analizują przebieg zdarzenia i "przygotowują zawiadomienie o możliwości popełnienia czynów karalnych na szkodę pracownika NIK." Izba podkreśla jeszcze, że do "ataków" doszło, gdy pracownik wykonywał czynności służbowe.

DOSTĘP PREMIUM