Premier wini protestujących za wzrost zakażeń. Ekspert: Znacznie większy wpływ miało na to otwarcie szkół

- Bylibyśmy w zupełnie innym świecie, gdyby szkoły nie otworzyły się we wrześniu - mówił w TOK FM dr. inż. Piotr Szymański z grupy MOCOS (MOdelling COronavirus Spread). Ekspert potępił również polityków, którzy manipulują prognozami naukowców, aby przekonać np., że protesty w Polsce przełożyły się na duży wzrost zakażeń koronawirusem.
Zobacz wideo

Premier Mateusz Morawiecki ogłosił w środę wprowadzenie nowych obostrzeń, które mają ograniczyć wzrost zakażeń koronawirusem.

- Wzrost liczby zakażeń z powodu protestów może wynosić nawet 5 tys. każdego dnia - powiedział premier, powołując się na szacunki naukowców z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania (ICM), które działa przy Uniwersytecie Warszawskim.

Tymczasem samo ICM jeszcze we wtorek wydało komunikat, w którym czytamy, że "w symulacjach ICM założono dwa poziomy skuteczności wprowadzenia stref żółtej i czerwonej na terytorium całego kraju, co przekłada się na prognozowane liczby stwierdzonych przypadków. W obecnym stadium rozwoju modelu nie jesteśmy metodologicznie przygotowani, aby uwzględnić w sposób odpowiedzialny tego typu zgromadzenia jako odrębny czynnik. W związku z powyższym nieuprawnione jest stwierdzenie, że z modelu ICM UW wynika, iż protesty uliczne mogą zwiększyć liczbę stwierdzonych przypadków z 25 tys. na 31 tys."

O tym, że naukowcy nie są w stanie wiarygodnie oszacować, jaki wpływ na liczbę zachorowań mają protesty, mówiła wcześniej w TOK FM ekspertka od modelowania przebiegu epidemii prof. Anna Gambin.

O oświadczenie ICM Agnieszka Lichnerowicz pytała w TOK FM dr. inż. Piotra Szymańskiego, który jest członkiem grupy MOCOS (MOdelling COronavirus Spread) i adiunktem w Katedrze Inteligencji Obliczeniowej na Politechnice Wrocławskiej.

- Na pewno wpływ tych protestów jest znacznie niższy niż wpływ otwarcia szkół - odpowiedział stanowczo Szymański.

- Żaden model w Polsce nie jest obecnie w stanie uwzględnić wpływu protestów wprost - to znaczy powiedzieć, że protesty się przełożyły na tyle zakażeń i tyle zgonów. To jest po prostu niemożliwe, bo nie mamy na to danych. Nie ma z czego tego modelować - mówił ekspert.

Stwierdził, że potrzebne do takiego modelu dane nt. struktury kontaktów mogłyby zebrać "w najlepszym razie władze Chin, ale tam nie ma protestów" - Oni mają scentralizowane dane z GPS-ów o tym, jak się poruszają mieszkańcy, więc mogą tego typu elementy śledzić - wyjaśnił Szymański.

- Jesteśmy w stanie modelować, jak rozprzestrzenia się wirus w szkole. Mamy jakąś populację szkoły, możemy wymodelować kontakty między uczniami. I to niemiecka część naszego zespołu zrobiła we wrześniu dla Berlina, dla Nadrenii-Palatynatu. Dla Polski jest jednak to bardzo trudno modelować, bo nie mamy danych o tym, jak wygląda powiązanie między gospodarstwem domowym, szkołą, a innym gospodarstwem. Bo nikt tych danych nie zebrał! - mówił wyraźnie poirytowany naukowiec.

Dlatego właśnie, choć w Polsce znakomitych ekspertów od modelowania nie brakuje, należy traktować ich przewidywania jako przybliżone. Nawet najbardziej wyrafinowany model nie stworzy precyzyjnej prognozy, jeśli dane, którym się go "karmi" będą niewystarczające. 

Wiedzą o tym oczywiście sami naukowcy, dlatego unikają stawiania mocnych tez opartych o słabe dowody - takich, jak te o przełożeniu protestów na konkretną liczbę chorych. Na nieszczęście dla nich, politycy takich oporów nie mają.

DOSTĘP PREMIUM