W szpitalach pojawili się żołnierze. Dyrektorzy nie są zachwyceni. "Poradzimy sobie sami"

Zgodnie z zapowiedzią ministra zdrowia, żołnierze WOT pojawili się już w szpitalach, gdzie mają pomagać w liczeniu wolnych łóżek. Nie wszystkim dyrektorom placówek taki pomysł się podoba. - Damy sobie radę z zarządzaniem szpitalem - mówi Jerzy Friediger, dyrektor szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.

Poza omówieniem nowej strategii walki z epidemią minister zdrowia Adam Niedzielski zasugerował podczas wtorkowej konferencji, że niektóre szpitale nie podają poprawnej liczby łóżek, którymi dysponują. - Mamy do czynienia z pewnym niezrozumiałym ukrywaniem tych łóżek, które faktycznie są dostępne, a niekoniecznie dyrektor czy kierujący jednostką chce tego pacjenta przyjmować - stwierdził. - Będziemy chcieli zastosować rozwiązanie bardziej obiektywne i poprosimy wojsko o wsparcie w zakresie administrowania tą informacją - dodał.

Zgodnie z zapowiedzią ministra, w szpitalach pojawiają się żołnierze, którzy nadzorują "aktualizowanie systemu" z informacjami o dostępnych łóżkach. Dyrektor krakowskiego szpitala Jerzy Friediger ocenia jednak, że samo posądzanie szpitali o ukrywanie łóżek jest obraźliwe. - Dziękuję bardzo za taką pomoc. Pamiętam, że był taki okres, kiedy byli inspektorzy z nadania Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego - stwierdził w TOK FM. - Damy sobie radę z zarządzaniem szpitalem, tak jak sobie dajemy radę do teraz - dodał. 

Zdaniem Friedigera rozbieżności w danych dotyczących ilości łóżek wynikają nie ze złej woli szpitali, ale z papierologii i problemów z ich raportowaniem. - Jeżeli sprawozdań składa się kilka w ciągu jednego dnia, każde do innej instytucji, lekarz dyżurny ma przed sobą ileś tabelek, z nich ma sprawdzać, czy są wolne łóżka. A to się zmienia z godziny na godzinę - zauważał. Minister zdrowia ocenił jednak, że pomoc żołnierzy sprawi, że informacje o wolnych łóżkach będą szybciej docierać do załóg pogotowia. 

Szpitale ukrywają łóżka? Profesor Simon: Żyjemy w świecie absurdu

Krytyczny wobec tego pomysłu jest również profesor Krzysztof Simon. - Cztery miesiące poprzednie ministerstwo nic nie robiło, a teraz wszędzie szuka się winnych, tylko nie u siebie - nie krył oburzenia w rozmowie z TOK FM. I wskazywał na inną przyczynę rozbieżności danych. - Jeżeli w systemie podane jest 200 łóżek, a leży 175 pacjentów, to nie oznacza, że wolnych jest 25 łóżek - wyjaśniał. - Wynika to z tego, że w większości szpitali nie ma sal jednoosobowych, a jeżeli leży zakażony pacjent z chorobą towarzyszącą, to nie może być innych pacjentów na sali - dodał.

Według ostatnich danych Ministerstwa Zdrowia w całej Polsce dostępnych jest ponad 28 tysięcy łóżek dla chorych na COVID-19, z których zajętych jest nieco ponad 19 tysięcy. Baza łóżek ma wkrótce zwiększyć się do około 35 tysięcy w tradycyjnych tradycyjnych szpitalach oraz o kolejne pięć tysięcy w 18 szpitalach tymczasowych. Dzisiaj, po tygodniu od oficjalnego otwarcia, pierwszy pacjent ma trafić do szpitala na Stadionie Narodowym. 

DOSTĘP PREMIUM