Małe dzieci prawie nie roznoszą koronawirusa - wynika z badań. Ale otwarcie szkół i tak mogło mieć duży wpływ na pandemię

- Obecnie myślimy, że dzieci bezobjawowe i skąpoobjawowe prawdopodobnie nie rozsiewają koronawirusa w sposób istotny - mówił w TOK FM dr Wojciech Felaszko. Dodał jednak, że MEN "puścił nas na zderzenie", więc szkoły i tak mogły być miejscami, gdzie rozprzestrzeniało się zakażenie.
Zobacz wideo

Jak mówił w audycji "Połączenie" w TOK FM dr Wojciech Felaszko, do niedawna uważano, że dzieci bardzo łagodnie przechodzą COVID-19. - Trafiały do nas dzieci, u których widzieliśmy różne inne choroby, ale nie koronawirusa. Jeśli był, to wykrywaliśmy go przypadkowo i były to zazwyczaj łagodne zachorowania typu przeziębieniowego - wskazywał lekarz z Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Sytuacja zmieniła się jednak jesienią, wraz z gwałtowną falą zakażeń koronawirusem. - Zaczęliśmy obserwować - tak jak nasi koledzy z Europy Zachodniej - coraz więcej przypadków takiego uogólnionego zespołu zapalnego i to są już poważne zachorowania. (…) Widzimy, że tych pacjentów mieliśmy kilku, a pewnie na tym się nie skończy. Uwrażliwiliśmy się, że ta choroba może mieć miejsce w Polsce, ale to jest tak naprawdę wiedza z ostatniego tygodnia - mówił ekspert.

Zaznaczał jednak, że dzieci nie można też traktować jako jeden wielkiej grupy osób w przedziale wiekowym do 18. roku życia. - Ta grupa nie jest homogenna. Małe dzieci chorują bardzo łagodnie a dzieci starsze, które chorują ciężej - wyjaśniał dr Felaszko. 

Małe dzieci - mało zakażeń

Prowadzący program Jakub Janiszewski dopytywał, w jaki sposób dzieci zarażają innych. Lekarz odpowiadał, że cały czas trwa dyskusja na ten temat.

- ECDC opublikowało raport, który jest czymś na kształt konsensusu. To badanie ujrzało światło dzienne na początku września. Czytamy w nim, że dzieci w środowiskach szkolnych i przedszkolnych w sposób nieznaczny transmitują wirusa między sobą. Były przykłady, gdzie śledzono łańcuchy epidemiologiczne. Jedno dziecko w szkole zachorowało, więc zbadano wszystkich. Okazywało się, że nauczyciele się nie zarazili, a wśród dzieci przypadków było kilka. To jest dość symptomatyczne. Wydawałoby się, że jeden chory uczeń bez maski rozsiałby to na całą szkołę - wyjaśniał gość TOK FM i dodał: - Obecnie myślimy, że dzieci bezobjawowe i skąpoobjawowe prawdopodobnie nie rozsiewają wirusa w sposób tak istotny.

Dr Felaszko zaznaczył jednak, że wnioski z badań dotyczyły małych dzieci, a nie np. licealistów, wśród których wirus roznosi się zapewne znacznie łatwiej. Podkreślił też, że i tak lepiej dmuchać na zimne i stosować w przypadku wszystkich dzieci środki ostrożności takie same, jak u dorosłych. 

W Korei szkoły działały cały czas, a pandemię udało się zdusić

To wymaga jednak odpowiedniej strategii, a tej zdaniem dr. Felaszko w Polsce zabrakło. Mówiąc o tym, jak MEN przygotowało szkoły do powrotu dzieci na lekcje, ekspert nie owijał w bawełnę.

- Puścili nas na zderzenie. Przypomnę: w szkołach azjatyckich były bardzo ścisłe wytyczne dotyczące masek, dystansu społecznego, drogi do szkoły, czy nawet spożywania posiłków. Było to skrupulatnie opisane i realizowane. A u nas? 31 sierpnia ówczesny minister edukacji Dariusz Piontkowski powiedział, że większość decyzji mają podejmować dyrektorzy szkół. I była wolnoamerykanka. Być może w Polsce, w związku z brakiem przestrzegania zaleceń, rzeczywiście szkoły - zwłaszcza licea - były miejscem, gdzie wirus się bardziej roznosił - przekonywał doktor Faleszko.

Wyliczał, że na przykład szkoły na Tajwanie czy w Korei Południowej funkcjonowały normalnie w czasie epidemii. - W Korei przedłużono tylko ferie zimowe o dwa tygodnie. Potem wszystko wróciło do normy i funkcjonuje świetnie. Zachorowań nie ma dużo. Można? Można. Edukacja jest możliwa w sposób normalny, ale z ograniczeniami, których niestety przez krótkowzroczność ministerstwa zabrakło - ocenił ekspert.

Zawiniła bezmyślność dorosłych?

Prowadzący audycję Jakub Janiszewski zwrócił uwagę na jeszcze jeden ciekawy aspekt problemu - przywrócenie nauki stacjonarnej dla wielu osób mogło być sygnałem, że wszystko znowu jest "jak dawniej" i nie trzeba przejmować się epidemią.

- Część epidemiologów, w tym epidemiolodzy z NCZ, mówiło o tym, że powrót dzieci do szkół był niekoniecznie sam w sobie największym kłopotem, ale to, że wraz z nim wiele społecznych rytuałów zaczęło się odtwarzać. Przestaliśmy myśleć o ograniczeniu kontaktów, o dystansie społecznym. Więc być może nie chodzi o te małe dzieci w szkołach roznoszące rzekomo koronawirusa, tylko raczej o pewną normę społeczną, która razem ze szkołą została przywrócona - wskazywał Janiszewski, a dr Felaszko przyznał, że to wiarygodna hipoteza.

W Polsce jeszcze w sierpniu podjęto decyzję, że wszystkie szkoły mają wrócić po wakacjach do normalnej pracy. Dopiero w październiku rząd zaczął się z tego pomysłu stopniowo wycofywać. Najpierw restrykcje dzielono w zależności od stref. Później starsze dzieci z podstawówek i liceów w całym kraju trafiały na edukację zdalną. A od przyszłego tygodnia w takim sam sposób będą się uczyć też klasy 1-3. Szef rządu poinformował także, że przedszkola i żłobki - na razie - będą działały normalnie.

DOSTĘP PREMIUM