Wyrok TK ws. aborcji podzielił polityków PiS w całej Polsce. "Napiszesz coś niezgodnego, to problemy są murowane"

Nie wszyscy samorządowcy, radni, działacze i członkowie PiS poparli wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Wręcz przeciwnie, niektórzy otwarcie go krytykowali. I teraz ponoszą tego konsekwencje, a zawieszać ma ich sam prezes Jarosław Kaczyński. - Jak coś napiszesz niezgodnego z linią orzeczenia, to problemy są murowane - mówi nam jeden z działaczy.
Zobacz wideo

Jeden z działaczy PiS używa mocnych słów do odkreślenia atmosfery, jaka panuje ostatnio w partii. Mówią wręcz "terrorze", a członkowie partii, którzy sprzeciwiają się orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, mają być zawieszani. - Jest prosty przekaz, że mamy brnąć do przodu i ani kroku wstecz. Kto się wyłamie, jest zawieszany - mówi nam anonimowo. Według niego dochodzi nawet do sytuacji, w której członkowie donoszą na siebie do najwyższych partyjnych władz. I lepiej po prostu siedzieć cicho.

Przypadków tego, że działacze PiS opowiadali się przeciwko wyrokowi TK, było co najmniej kilka. Niektórzy zrobili to publiczne, a sprawę nagłośniły media. Okazuje się, że po paru tygodniach część buntowników została już zawieszona w partii, wkrótce mogą też stracić swoje stanowiska. Decyzje o tym ma podejmować sam prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Radna PiS protestuje na Podkarpaciu. "Ludzie byli zaskoczeni"

Na Podkarpaciu, gdzie PiS zazwyczaj miażdży przeciwników w wyborach, kobiety również wyszły na ulice. Protestował Rzeszów, Krosno, niewielki Przeworsk, a nawet jeszcze mniejsza Boguchwała. Tam manifestowała radna klubu PiS Marta Ćmiel-Giergielewicz, która nawet podczas sesji rady tłumaczyła, że "aborcja w określonych przypadkach to jest wybór pomiędzy złem a złem”. - Wybór rozpatrywany na płaszczyźnie ideologicznej, medycznej, społecznej i kulturowej. Jest to jednak wybór, który kobieta i mężczyzna powinni podjąć sami, bo to oni będą ponosić jego konsekwencje, niezależenie, jaką decyzję podejmą - stwierdziła.

Spośród sześciu tysięcy mieszkańców Boguchwały na protest przyszły trzy kobiety. Ustawiły się z transparentami w centrum miasteczka. Przyjechali nawet policjanci, żeby ochraniać tę skromną manifestację. - Ludzie byli zaskoczeni, że protest w ogóle się odbył - mówi nam radna. - Reakcje były różne, ale w większości pozytywne. Kierowcy nam machali, otwierali okna, krzyczeli, żeby tak trzymać – opowiada. - Jedna starsza pani krzyczała do nas, że jesteśmy gówniarami. Ale poczułyśmy się wtedy młodo, może to nawet był komplement - śmieje się.

Jak opowiada radna, część osób jechała protestować w nieodległym Rzeszowie. - Tam można być bardziej anonimowym - wyjaśnia. - Wiem, że mi jest łatwiej manifestować, ponieważ nie pochodzę stąd. Znam osoby, które nie mówią pewnych rzeczy głośno, ponieważ boją się reakcji swoich najbliższych. Nie obawiają się, że będą piętnowane przez państwo czy policję, tylko co powiedzą bliscy, czy sąsiedzi zaczną bojkotować ich sklep - tłumaczy Ćmiel-Giergielewicz.

O radnej, która na Podkarpacie przyjechała ze Śląska, teraz jest tam radną z PiS i protestuje przeciwko wyrokowi Trybunału, zrobiło się głośno w całej Polsce. To jednak przykład niezgody z linią partii, który może... nie skończyć się wyciągnięciem konsekwencji. A to dlatego, że radna, choć startowała z list PiS i jest z partią kojarzona, formalnie do niej nie należy. - Nikt się ze mną nie kontaktował, nie miałam żadnych rozmów - zapewnia radna.

Sejmik krytykuje wyrok. Razem z nim trzech radnych PiS

Inaczej jednak sprawy potoczyły się na Dolnym Śląsku. Tam radni sejmiku przyjęli stanowisko, w którym poparli protesty kobiet. Wyrażali oficjalnie swój niepokój odnośnie skutków, jakie przyniesie wyrok TK, apelowali też do uczestników demonstracji, aby swoje poglądy wyrażali kulturalnie. Zaskoczeniem był fakt, że to stanowisko poparła także trójka radnych PiS, w tym wicemarszałek sejmiku Grzegorz Macko.

Później tłumaczył, że klubowej dyscypliny w tym głosowaniu nie było. "Część z nas zagłosowała za, niektórzy się wstrzymali, kilka osób stanowisko to odrzuciło. Każdy miał swoje racje" - pisał w mediach społecznościowych.

Dlaczego on stanowisko poparł? Jak sam przyznał, nie popiera strajku kobiet, który jego zdaniem "zmienia się powoli w zwykły pretekst do wszczynania burd i profanacji symboli religijnych przez skrajnie lewicowe środowiska", dodał jednak, że każdy ma prawo do manifestowania swoich poglądów, o ile nie stoją one w sprzeczności z prawem. Później jednak zaznaczył, że "obecne protesty w takiej sprzeczności stoją".

Stanowisko zaproponowane przez radnych Koalicji Obywatelskiej krytykował jako "bliskie prostackim i szerzącym język nienawiści hasłom, które towarzyszą organizowanym na ulicach protestom. I przytoczył fragment przegłosowanego stanowiska, który, jego zdaniem, oddaje lepiej meritum sprawy: "Sejmik (…) apeluje o manifestowanie swoich przekonań przez wszystkich uczestników toczącej się debaty w formie i treści odnoszącej się z szacunkiem do wartości historycznych i kulturowych, w tym tradycji debaty i tolerancji, które stanowią spuściznę wielu pokoleń Polaków oraz w sposób uwzględniający aktualną sytuację sanitarno-epidemiczną w kraju."

To jednak nie uchroniło go przed zawieszeniem w prawach członka w partii. Teraz zapewne utraci stanowisko w sejmiku. Według ustaleń lokalnych mediów decyzję o zawieszeniu podjął osobiście prezes PiS Jarosław Kaczyński. To samo wynika z ustaleń "Gazety Wyborczej". Jednak Bartosz Szabłowski, koordynator do spraw struktur partii w okręgach, do których należy cała trójka radnych, nie chciał z nami rozmawiać o konsekwencjach, jakie ponieśli lub jeszcze mogą ponieść radni.

Dwóch radnych z Warszawy nie zgadza się z wyrokiem. "To moje stanowisko" 

Nad przyjęciem podobnego stanowiska, które wyrok TK w sprawie aborcji oceniało jako "niedopuszczalny", debatowała w Warszawie rada dzielnicy Ursynów. Podczas dyskusji głos zabrał Piotr Świątkowski, najmłodszy radny PiS. - Zgadzam się z elementami stanowiska, które wyrażają sprzeciw przeciwko decyzji Trybunału. To jest stanowisko moje, nie klubu PiS - oświadczył. W głosowaniu jednak nie wziął udziału, ponieważ, jak tłumaczył, "przyjmowanie stanowiska w sprawie prawa aborcyjnego to nie jest kompetencja rady dzielnicy".

Przyznał jednak, że "osobiście nie rozumie decyzji Trybunału". - Obecny kompromis pozostawiał w trudnych przypadkach wybór kobietom. Jestem przekonany, że w takich sprawach kobiety powinny samodzielnie podejmować decyzje. Tym bardziej nie rozumiem podjęcia wyroku w czasie epidemii - stwierdził radny. Wcześniej swoje stanowisko opublikował także w mediach społecznościowych. Pisał w nim, że "nie wyobraża sobie, żeby państwo w tak wrażliwej sprawie mogło cokolwiek narzucać kobietom".

Udało nam się skontaktować z Piotrem Świątkowskim mailowo. Tłumaczy, że w sprawie wyroku "wypowiedział się jako obywatel", nie jako reprezentant partii. "Uważam, że moje stanowisko było umiarkowane i stonowane" - pisze radny.

- Następnie przedstawiłem swój prywatny pogląd na sesji, która była temu poświęcona - dodaje. Czy poniósł konsekwencje swoich słów? Tego wprost nie potwierdza, mówi jedynie, że "faktycznie dotarły do niego takie informacje", ale z ich ogłoszeniem "musi poczekać na ich oficjalne przekazanie przez centralę partii". Wyrok TK skrytykował jeszcze jeden radny PiS, Michał Szpądrowski.

Lepiej nic nie mówić, bo problemy murowane. Ekspert: Najtrudniejsza sytuacja od dekady

- To jest ciekawe, bo większość nie może nic napisać, a buntownicy od Ardanowskiego już wprost młotkują prezesa. Ciekawe czy się ich pozbędzie, czy jednak będzie musiał się dogadać, żeby ocalić większość - zastanawia się jeden z działaczy PiS. Dodaje, że choć oficjalnie zakazu krytykowania wyroku Trybunału nie ma, to jednak lepiej siedzieć cicho. - Jak coś napiszesz niezgodnego z linią orzeczenia, to problemy murowane - stwierdza.

PiS ma swoich szeregach nie tylko buntowników, którzy krytykują orzeczenie TK, ale też tych, którzy nie zgadzają się z propozycją prezydenta Andrzeja Dudy w kwestii aborcji. Wcześniej część polityków PiS, na czele z byłym ministrem rolnictwa Janem Krzysztofem Ardanowskim, zbuntowała się przeciwko "piątce dla zwierząt". Niewykluczone, że zdecydują się założyć własne koło, a nawet klub poselski, przez co PiS straciłoby większość w Sejmie.

- To dla PiS najtrudniejsza sytuacja od prawie dekady - ocenia w rozmowie z TOK FM profesor Rafał Chwedoruk. Jego zdaniem siłą PiS było to, że stał się nie tyle prawicą, co "prawicą +". - Prawica była kojarzona w Polsce głównie przez pryzmat kwestii kulturowych. Nigdy nie miała wspólnych poglądów na gospodarkę i wiele innych spraw, spajał ją stosunek do Kościoła, do problemu aborcji. Natomiast PiS-owi udało się wyjść ponadto, ale dosłownie jeden wieczór z wyrokiem TK puścił z dymem te dziesięć lat pracy - stwierdza.

Zdaniem Chwedoruka PiS cofnął się w ten sposób do problemów, które dławiły prawicę jeszcze w latach 90., czyli do podziałów wewnętrznych, z których część ma podłoże ideowe, cześć personalne i ambicjonalne. - Jeśli prawica zaczęłaby się spajać wokół kwestii aborcji i stosunku do Kościoła, będzie prawicą dużo mniejszą, znajdzie się bardzo mocno na jednym z biegunów polityki, a jak ktoś jest na biegunie polityki, to znaczy, że jego szanse na sprawowanie władzy nie są duże - ocenia.

- Łatwo jest dyscyplinować posła, mówiąc mu, że nie będzie na "biorącym" miejscu albo w ogóle nie będzie na liście. I taki poseł nic w zasadzie nic nie mógł zrobić - zauważa. Teraz natomiast PiS stoi przed realną groźbą utraty większości, a od każdego pojedynczego posła zależy to, czy uda mu się ją utrzymać. - Trudno jest znaleźć temat, wokół którego Zjednoczona Prawica miałaby się konsolidować, poza trwaniem związanym z walką z pandemią, ale pandemia się kiedyś skończy. Wtedy zaczną się problemy - przewiduje Chwedoruk.

Pozostaje też kwestia przywództwa i Jarosława Kaczyńskiego, który traci wizerunek nieomylnego wodza. - Niewątpliwie PiS długo pracował nad mechanizmem sukcesji władzy, ale wygląda na to, że po prostu nie zdążył. Rzeczywistość ich wyprzedziła - mówi politolog.

- Takie trwanie w sytuacji dezorientacji wśród wielu wyborców i działaczy partii jest na dłuższą metę, dla każdej formacji, bardzo trudne. Gdyby ten mechanizm sukcesji był wypracowany, to PiS powinienem go teraz po prostu uruchomić. Wzmocnić pozycję kogoś, kto miałby być następcą Jarosława Kaczyńskiego - podsumowuje Chwedoruk.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM