Monika Wielichowska: Policjant wiedział, że jestem posłanką, ale wciąż na mnie napierał

- Zatrzymaliśmy się przy interwencji policji wobec młodego człowieka. Chcieliśmy wiedzieć, za co jest legitymowany, czy dostanie mandat. I otoczył nas kordon policji. Tam nie było przepychanek, nie było żadnych zajść, nie było powodu, żeby policja na nas napierała - mówiła w TOK FM Monika Wielichowska z Koalicji Obywatelskiej.
Zobacz wideo

Jedną z posłanek, która sama przekonała się, o zmianie policyjnej taktyki wobec protestów kobiet, jest Monika Wielichowska. To polityczka Koalicji Obywatelskiej i jej zniszczona przez policjanta legitymacja poselska, stały się powodem słynnego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie. Prezes PiS i wicepremier ds. bezpieczeństwa, przypomnijmy, wykrzykiwał w środę wieczorem z sejmowej mównicy, że "demonstracje kosztowały życie wielu osób", a opozycja "ma krew na rękach"

- Byliśmy tam, gdzie byliśmy, ponieważ posłanki i posłowie to funkcjonariusze publiczni. W ramach posiadanego mandatu, w różnych sytuacjach, dokonują interwencji poselskich. Widzieliśmy, co działo się wcześniej w ramach przygotowań (przed  manifestacją), ten pokaz siły. Pracuję w Sejmie czwartą kadencję i nigdy nie widziałam zaangażowanych takich wielkich sił i środków, aby uczynić z Sejmu twierdzę - mówiła Wielichowska w Pierwszym Śniadaniu w TOK-u.

Posłanka opowiedziała, jak doszło do zniszczenia jej legitymacji. - Zatrzymaliśmy się przy interwencji policji wobec młodego człowieka. Chcieliśmy wiedzieć, za co jest legitymowany, czy dostanie mandat. I otoczył nas kordon policji - relacjonowała. - Nie było przepychanek, nie było żadnych zajść, nie było powodu, żeby policja na nas napierała - zaznaczyła. 

Później, jak mówiła posłanka, odwróciła się do policjanta, który "z agresją zabierał jej przestrzeń osobistą". - Miałam w ręce legitymację, mówiłam mu, jak się nazywam. Wiedział, że jestem posłanką, a mimo to na mnie napierał. Tak mnie przyparł, że złamał legitymację, którą miałam w ręce - mówiła w rozmowie z Piotrem Maślakiem. I podkreśliła, że cztery razy pytała funkcjonariusza o to, jak się nazywa. - W końcu powiedział, ale czy podał prawdziwe imię i nazwisko, nie wiem. Jak na moment się odwróciłam, to tego policjanta już nie było - powiedziała. 

Dziennikarz TOK FM cytował wpis stołecznej policji na Twitterze, który skierowany był do parlamentarzystów. "Immunitet jaki posiadacie nie daje prawa do przepychania policjantów i usiłowania przerwania kordonu, który funkcjonariusze tworzą aby zabezpieczyć dany obszar. Nietykalność policjantów ma taką samą wartość jak nietykalność posłów" - napisano.

- W części można się z tym zgodzić, natomiast jeżeli doświadczamy zaskakujących, dziwnych i agresywnych metod tłamszenia protestu, to będąc tam w środku musimy reagować, przynajmniej próbować stwarzać bezpieczeństwo młodym ludziom, którzy protestowali - przekonywała posłanka KO. 

Dodatkowe pieniądze za atakowanie demonstrantów

Zdaniem Moniki Wielichowskiej "niebywałym skandalem" są dodatki pieniężne dla antyterrorystów, którzy wobec protestujących zachowywali się bardzo brutalnie.

Jak informowało w zeszłym tygodniu MSWiA, dodatek może być podwyższony, gdy uczestniczą bezpośrednio w działaniach kontrterrorystycznych lub wspierają policjantów "w warunkach szczególnego zagrożenia lub wymagających użycia specjalistycznych sił i środków oraz specjalistycznej taktyki działania". Dla funkcjonariuszy z  Centralnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji "BOA" taki dodatek może wynieść do 1500 zł (nie mniej niż 1000 zł).  To między innymi antyterroryści z "BOA" (dawniej Biuro Operacji Antyterrorystycznych) mieli użyć siły podczas ostatnich demonstracji w Warszawie. 

DOSTĘP PREMIUM