Białorusinka, która uciekła przed reżimem Łukaszenki: W Polsce uczyłam się demokracji. Dziś jest mi smutno

Stanisława, aktywistka jednej z organizacji pozarządowych na Białorusi, musiała wyjechać ze swojego kraju - tak trafiła do Polski. Po wyborach prezydenckich brała udział w licznych ulicznych protestach. Po jednym z nich została aresztowana. Spędziła w celi kilkanaście dni.
Zobacz wideo

Gdy wyszła z aresztu, przyjaciele z jednego ze stowarzyszeń z Polski pomogli jej opuścić kraj. Dostała wizę humanitarną, mogła razem z mężem przyjechać najpierw do Lublina, a potem - do Warszawy. Białorusinka nie kryje, że bała się, że znów zostanie aresztowana - takie sygnały dochodziły do niej od innych aktywistów.

Liczyła, że wyjeżdża z domu na dwa - trzy miesiące, ale dziś wie, że zostanie poza nim na dłużej. - Nie będę się ubiegać w Polsce o status uchodźcy, to wiem na pewno, ale na razie, ze względów bezpieczeństwa, nie mogę wrócić - mówi w rozmowie z TOK FM.

Stanisława obserwuje to, co od kilku tygodni dzieje się na ulicach polskich miast - po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, zaostrzającej de facto ustawę antyaborcyjną z 1993 roku. - Mam wrażenie, że polska policja jest znacznie brutalniejsza niż była. Mogę to porównywać m.in. z tym, co widziałam w Polsce 10 lat temu, gdy byłam tu na studiach. Wtedy czegoś podobnego nie było - mówi Stasia.

- Niepokojące jest naruszanie wolności zgromadzeń. Wiem też, że są problemy ze wsparciem dla organizacji pozarządowych. To dla mnie strasznie przykre, bo Polska była dla mnie przez cały czas nauczycielem demokracji. To tutaj dowiedziałam się, jak może działać państwo, bo w Białorusi nigdy tego nie widziałam. To w Polsce uczyłam się tego, jak obywatele mogą wpływać na decyzje władzy - opowiada aktywistka.

Jak dodaje, to co dziś obserwuje, jest niepokojące i przeczy temu, co obserwowała wcześniej. - Niestety, widzę, że w Polsce dzieje się coraz gorzej. I teraz doświadczenie Białorusinów i białoruskich organizacji pozarządowych może być przydatne tutaj, w Polsce. To jest dla mnie bardzo smutne - mówi Stanisława. Dodaje jednak, że Polacy - w jej ocenie - są w o tyle lepszej sytuacji, że cały czas są w Unii Europejskiej. - Macie mechanizmy, dzięki którym możecie bronić praw obywateli, m.in. przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Białorusini nie mają tej możliwości - jedyna organizacja, do której możemy się odwoływać, to ONZ - tłumaczy nasza rozmówczyni.

Stasia nie uczestniczy w protestach organizowanych przez Ogólnopolski Strajk Kobiet, bo - jak mówi - po tym, co spotkało ją na Białorusi, wciąż ma lęk przed policyjnym mundurem. W Polsce swoją traumę przepracowała z psychologiem, ale wciąż pamięta funkcjonariuszy, którzy pojawili się na jej klatce schodowej, zapukali do mieszkania i powiedzieli, że są z elektrowni i chcą naprawić problemy z elektrycznością. Kłamali. - Mąż otworzył drzwi do mieszkania, do środka wpadło kilka osób, część po cywilnemu. Zostaliśmy zatrzymani, zabrali cały mój sprzęt, w tym komputer i telefony - opowiada. Męża niedługo potem wypuszczono - ona musiała zostać w areszcie. Do końca nie wiedziała, za co, bo nie chciano jej pokazać zebranej w jej sprawie dokumentacji. Dziś to, co dzieje się na ulicach polskich miast, obserwuje głównie w internecie.

DOSTĘP PREMIUM