Matka 17-latka zatrzymanego na proteście: To, co widziałam pod komisariatami, jest wstrząsające

- Myślałam sobie, że wiekowo jestem już blisko grupy ryzyka, mam dość protestowania, za stara jestem na bieganie z kartonami. Ale to, co zobaczyłam przed komisariatem, skłania mnie do tego, żeby apelować do rodziców dzieci, które oni próbują zastraszyć - mówiła w TOK FM Anna Radziwon, matka zatrzymanego 17-letniego Janka.
Zobacz wideo

Po czwartkowej demonstracji przed Sądem Okręgowym w Warszawie policja zatrzymała kilkanaście osób. Niektóre spędziły na komisariatach całą noc. Wśród nich był 17-letni Janek Radziwon. Gdy wychodził po przesłuchaniu i dobie spędzonej w policyjnej izbie zatrzymań, witali go przyjaciele, rodzice i dziennikarze.

- To było niesamowicie miłe i podniosło mnie na duchu. Spodziewałem się, że będę miał niewielki komitet powitalny, ale nie spodziewałem się tylu ludzi - mówił Janek w Pierwszym śniadaniu w TOK-u. 

Towarzyszyła mu jego matka Anna Radziwon. - Byliśmy pod kilkoma komisariatami, bo przerzucano Janka, tak, jak innych zatrzymanych, z jednego komisariatu do drugiego. Pod każdym młodzież urządzała akcje solidarności z zatrzymanymi - opowiadała. - To, co widziałam przed komisariatami, jest wstrząsające - stwierdziła. Oceniła, że w ostatnim czasie policja się "zradykalizowała", a demonstrujący pod komisariatami młodzi ludzie byli zastraszani. 

- Wychodzi 60 policjantów, najpierw stoją spokojnie, a potem nagle zaczynają otaczać młodzież. Wyciągają pojedyncze osoby i legitymują, nagrywają, chodzą z kamerą, spisują, poniżają ich - mówiła. - Pod komisariatem na Żeromskiego nagle wyszedł kordon, który oddzielił jednych od drugich. Za plecami tego kordonu widzieliśmy, że jedną dziewczynę, która najgłośniej krzyczała, powaliło sześciu policjantów - wspominała. 

Takie działania policji nazwała "bezpodstawnymi nadużyciami". - Nas też legitymowano chyba pięć razy. Następnego dnia dwukrotnie mężowi próbowano wlepić mandat, kiedy czekaliśmy na syna - kontynuowała. - Po pierwsze za udział w nielegalnym zgromadzeniu, a po drugie za włączony silnik w samochodzie - wyjaśniła. 

Janek Radziwon opowiadał, że w tym czasie prosił policjantów o kontakt z adwokatem i rodzicami. Funkcjonariusze nie odmówili, przeciągali jednak wykonanie tych dwóch telefonów. - Musiałem podać z pamięci numery. Dzwonił jeden z policjantów, co zajęło sporo czasu - relacjonował. Jak dodał, prawniczka dotarła do niego po około 2-3 godzinach. 

- Myślałam sobie, jak wielu z nas, że już jestem blisko wiekowo grupy ryzyka, mam dość protestowania, za stara jestem na bieganie z kartonami - stwierdziła Anna Radziwon. - Ale to, co zobaczyłam pod komisariatem, skłania mnie do tego, żeby apelować do rodziców dzieci, które próbują zastraszyć, żeby byli pod komisariatami, byli świadkami tego, co tam się dzieje - dodała. 

Janek zaś ocenił, że prawa człowieka są w dzisiejszej Polsce "brutalnie gwałcone", dlatego chodzi na demonstracje. - Dzisiaj walczymy o prawa kobiet, ale równie dobrze możemy niedługo walczyć o prawa jeszcze kogoś innego, które będą łamane. Żyjemy w kraju, w którym nic nie jest pewne. Nie wiem, czy wychodząc na ulicę, nie zostaniemy porwani nie wiadomo gdzie, bez wiedzy bliskich, nie będziemy mogli wrócić na noc do domu. Myślę, że to jest przerażające - podsumował. 

DOSTĘP PREMIUM