Dziennikarka "GW" z zarzutami po manifestacji: Policja nie przedstawiła mi żadnych dowodów

- Data manifestacji i miejsce, w którym byłam wtedy służbowo, się zgadzają. Zarzuty oczywiście nie - powiedziała w TOK FM Angelika Pitoń. Dziennikarce "Gazety Wyborczej" policja, po proteście Strajku Kobiet w Zakopanem, postawiła dwa zarzuty.
Zobacz wideo

Dziennikarka krakowskiej "Gazety Wyborczej" po proteście, który odbył się 6 listopada, usłyszała dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy używania nieprzyzwoitych słów, a drugi braku maseczki zasłaniającej usta i nos. - Data manifestacji i miejsce, w którym byłam wtedy służbowo, się zgadzają. Zarzuty oczywiście nie - powiedziała w TOK FM Angelika Pitoń.

- Policja wylegitymowała mnie w Zakopanem, podczas wykonywania pracy. Było to tuż przed protestem, kiedy wspólnie z koleżanką z redakcji rozmawiałyśmy z kilkoma kobietami z Podhala. Opowiadały nam o skali przemocy w Zakopanem i na Podhalu - wspominała w rozmowie z Mikołajem Lizutem.

Podkreśliła, że nie była to pierwsza manifestacja, jaką relacjonowała, bo ma za sobą pracę podczas dziesiątków protestów. Ale po raz pierwszy, właśnie w Zakopanem, została wylegitymowana przez policję. - Powodem miało być nieutrzymanie dystansu społecznego między mną a rozmówczyniami. Natomiast zarzuty postawiono mi za rzekome niezasłanianie ust i nosa oraz używanie nieprzyzwoitych słów, co do tej pory trudno mi zrozumieć - przyznała.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Policjanci nie przedstawili dziennikarce żadnych dowodów, które mogłyby uzasadnić zarzutów. Jak mówiła, do dziś zastanawia się, skąd te zarzuty się w ogóle wzięły. - Policja z Kalwarii Zebrzydowskiej (gdzie ją przesłuchano) odmówiła nawet powiedzenia, w kierunku kogo te nieprzyzwoite słowa miałam kierować, twierdząc, że oni tylko mnie przesłuchują, a sprawę bada komenda z Zakopanego. Tam więc mogę prosić o informacje - relacjonował. 

Pitoń przyznała, że "kontakt z policją w Zakopanem jest utrudniony". - Moi redakcyjni koledzy od niedzieli próbują otrzymać informację, od tamtejszego rzecznika prasowego, skąd te zarzuty. Dziś mamy środę, a informacji dalej nie otrzymaliśmy - poinformowała.

Rozmówczyni Mikołaja Lizuta zapewniła też, że w czasie manifestacji miała nos i usta zasłonięte maseczką, a jej legitymacja prasowa była widoczna. - Przedstawiłam się. Powiedziałam, że jestem z gazety i tę legitymację również podałam policjantowi, zanim poprosił mnie o dowód osobisty. Od początku wiedział, że jesteśmy dziennikarkami, bo wylegitymowana została także moja koleżanka z redakcji - podkreśliła.

Sprawa dziennikarki trafia już do sądu.

"Policja próbuje nam utrudniać pracę"

Angelika Pitoń opowiedziała też, jak została wezwana na przesłuchanie. Policja zdecydowała się na wyjątkowe rozwiązanie.

- Do mojego domu rodzinnego policja przyjechała wieczorem furgonetką wieczorem. A można przecież przesłać wezwanie na przesłuchanie listownie albo dostarczyć w ciągu dnia; niekoniecznie wieczorem i niekoniecznie przyjeżdżając dużym policyjnym samochodem - mówiła.

Dziennikarka "GW" skomentowała również zatrzymanie Agaty Grzybowskiej, do którego doszło we wtorek, w czasie protestu przed siedzibą resortu edukacji i nauki. Fotoreporterka została przewieziona na komendę, gdzie usłyszała zarzut naruszenia nietykalności funkcjonariusza. - Obserwujemy do kilku tygodni próby ograniczania wolności mediów i to, że policja próbuje nam utrudniać pracę - oceniła krótko Angelika Pitoń.

DOSTĘP PREMIUM