"GW": To Jarosław Kaczyński domagał się ostrej interwencji podczas protestu kobiet

"Według naszych informatorów miał to być pokaz siły na zamówienie Jarosława Kaczyńskiego" - pisze czwartkowa "Wyborcza" na temat działań policji podczas protestu na placu Powstańców Warszawy w ubiegłą środę. Dziennikarze opisują kulisy akcji.
Zobacz wideo

Chodzi o protest sprzed tygodnia, przed siedzibą TVP na placu Powstańców Warszawy. To tam policja użyła gazu łzawiącego wobec protestujących (także posłów, np. Magdaleny Biejat z Lewicy), a nieoznakowani funkcjonariusze korzystali z pałek teleskopowych.

Z informacji "Wyborczej" wynika, że to wicepremier i prezes PiS domagał się od policji "bardziej stanowczych działań". Bardziej niż podczas wcześniejszych protestów kobiet, które w Polsce odbywają się od 22 października (dnia, w którym TK ogłosił swoją decyzję ws. aborcji). 

Niektóre z tych manifestacji odbywały się także przed domem prezesa PiS na Żoliborzu. Jak pisze "GW", Kaczyński był nimi poirytowany, "czuł się upokorzony". 30 października, kiedy miała odbyć się jedna z takich demonstracji, miał zostać wywieziony w kamizelce kuloodpornej do ośrodka szkoleniowego niedaleko Łomży. I to wtedy - według "Wyborczej" - zaczął domagać się od szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego bardziej stanowczych działań ze strony funkcjonariuszy policji.

"Pierwszą okazją miał być 11 listopada. Przed Marszem Niepodległości policjanci dostali instrukcje, by chronić manifestację narodowców przed ‘lewackimi bojówkami’. Nic z tego nie wyszło, bo narodowcom nikt nie próbował przeszkadzać. Sami wywołali zamieszki i interwencję służb mundurowych" - pisze "Wyborcza".

Wydarzenia z 11 listopada miały rozzłościć prezesa Prawa i Sprawiedliwości i m.in. stąd zmiana policyjnej taktyki w czasie kolejnych protestów kobiet. W tle jest także spór o stanowisko Komendanta Głównego Policji. Więcej czytaj w "Gazecie Wyborczej".

DOSTĘP PREMIUM