Mężczyzna chciał "zdetonować auto" przed komisariatem. Grozi mu nawet dożywocie

Komenda Stołeczna Policji informuje, że do "usiłowania zabójstwa policjantów" doszło w ostatni weekend. Zatrzymany został 23-latek, który "chciał zdetonować auto pod jednym z warszawskich komisariatów". Wskazywać mają na to zabezpieczone materiały. - Mężczyzna przebywa w areszcie - potwierdza rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz.
Zobacz wideo

Informację o niedoszłym zamachu Komenda Stołeczna Policji opublikowała na Twitterze. "Doszło do usiłowania zabójstwa policjantów. Zatrzymany został 23-latek, który chciał zdetonować auto pod jednym z warszawskich komisariatów" - czytamy we wpisie. Jak relacjonuje KSP, mężczyzna podjechał samochodem pod jeden z komisariatów. "Była noc, zaczął wielokrotnie używać klaksonu. W ten sposób chciał ściągnąć w okolice auta jak najwięcej policjantów. Na całe szczęście nie doszło do eksplozji" - informują policjanci.

Następnie mężczyzna został obezwładniony i trafił do policyjnego aresztu. Policja przekazała, że zabezpieczone materiały "wskazują jednoznacznie na planowanie zabójstwa policjantów", a prokuratura podjęła "zdecydowane kroki" i zawnioskowała o areszt dla mężczyzny. Sąd przychylił się do tego wniosku, w związku z czym mężczyzna trafił do aresztu na trzy miesiące. 

Mężczyzna usłyszał zarzuty. Może mu grozić nawet dożywocie

Doniesienia potwierdziła w rozmowie z TOK FM rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz. - Mężczyzna usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa funkcjonariuszy policji. Nie przyznał się do zarzucanego czynu, ale treść wyjaśnień objęta jest tajemnicą - przekazała. Jak dodała, grozić mu może od 8 do 25 lat więzienia, a nawet dożywocie. - Mamy do czynienia z usiłowaniem zabójstwa, to jest sprawa kryminalna i poważna - zaznaczyła. 

Zatrzymany był już wcześniej znany policji

- To jest konsekwencja tego, co się dzieje w ostatnim okresie na terenie naszego kraju. Chodzi o falę hejtu, która wylewa się w kierunku policjantów. Mamy ogromne ilości gróźb kierowanych do policjantów, hejtu, mowy nienawiści kierowanej właśnie do policjantów, która wylewa się nie tylko na policjantów, ale także na ich rodziny - mówił rzecznik KSP nadkom. Sylwester Marczak. na czwartkowej konferencji prasowej.

Podkreślił, że jeśli chodzi o usiłowanie eksplozji przed komisariatem, jednoznacznie wykazano, że było to usiłowanie zabójstwa. Jak mówił, gdyby doszło do wybuchu, stanowiłby on zagrożenie nie tylko dla policjantów, ale także dla mieszkańców pobliskich bloków. Jak mówił, wśród funkcjonariuszy zagrożonych było pięć osób, które pełniły wówczas swoje zadania.

Rzecznik KSP zaznaczył, że akcja była "bardzo dobrze zaplanowana". - Ogromnym szczęściem jestem to, że do samego wybuchu nie doszło. Policjanci, ci, którzy podjęli interwencję, na 100 proc. tej interwencji by nie przeżyli - mówił. Finalnie nikt nie ucierpiał, a policjanci podjęli działania, które zakończyły się obezwładnieniem mężczyzny.

Wskazywał, że obecnie sprawą zajmuje się prokuratura. - Działania dalsze z naszej strony to wykonanie wszelkich czynności, które będą nam zlecone - powiedział rzecznik KSP.

Pytany, na jakiej podstawie twierdzi, że sytuacja ta miała związek z hejtem w stronę policjantów, nadkom. Marczak odparł, że wynika to z wypowiedzi mężczyzny świadczących o tym, że nienawidzi policji. - Jest to osoba nam znana, notowana, która ma na koncie inne, wcześniejsze przestępstwa, i odpowiadała m.in. za rozboje - powiedział. Pytany o możliwe powiązania m.in. ze Strajkiem Kobiet, rzecznik KSP odparł: - W tym przypadku byłbym bardzo daleki, żeby wiązać to ze strajkami.

W 2017 roku sąd potrzebował dwóch rozpraw. Ale "próby zamachu" nie stwierdził 

Podobna sprawa miała miejsce w 2017 roku, kiedy Michał B., Oskar K. i Tadeusz K. pod policyjne radiowozy zaparkowane przed komisariatem podłożyli butelki z benzyną. Zostali zatrzymani na gorącym uczynku. Wówczas policja również mówiła na początku o "materiałach wybuchowych". Sąd potrzebował tylko dwóch rozpraw, aby wydać w tej sprawie wyrok. 

Oskarżeni przyznali się do winy, zeznali, że chcieli podpalić radiowozy, ale nie chcieli nikomu zrobić krzywdy. Jeszcze podczas śledztwa zmieniono im zarzuty i uznano, że nie doszło do próby zamachu. Biegły orzekł, że butelki z benzyną nie mogły doprowadzić do wybuchu. 

Mężczyźni zostali skazani na trzy miesiące więzienia oraz dwa lata nieodpłatnych prac społecznych.

DOSTĘP PREMIUM