Aktywiści: Policjant złamał 20-latce rękę, a potem zniknął. Nie mogliśmy ustalić jego tożsamości

- Wyciągnęli pałki służbowe, zaczęli uderzać nimi o ziemię, stosowali ewidentne techniki zastraszania ludzi. A potem brutalnie rzucili się na niektóre osoby, żeby je wyciągać. W taki sposób, że jednej z nich w trzech miejscach złamali rękę - opowiadała o działaniach policji podczas ostatniej demonstracji Magda, członkini Kolektywu Antyrepresyjnego SZPIL(A).
Zobacz wideo

Uczestnicy środowego "Spaceru dla przyszłości" zdołali przejść jedynie kilkaset metrów, po czym zostali otoczeni przez policję. Funkcjonariusze wylegitymowali zdecydowaną większość osób, niektórych usunęli z ulicy siłą. Podczas konferencji prasowej Ogólnopolskiego Strajku Kobiet działania policji podsumowali członkowie Kolektywu antyrepresyjnego SZPIL(A). Jak przekazali, sześć osób zostało przewiezionych na komisariaty, dziewięć przetrzymywano w radiowozach, a jednej policjant złamał rękę. 

Gościem TOK FM była Magda, członkini kolektywu i Anarchistycznego Czarnego Krzyża, która na samym początku podkreśliła, że nie chce ujawniać swojego nazwiska. Tłumaczyła, że aktywiści mierzą się w tym momencie z falą represji, a ujawnienie danych może skończyć się tym, że usłyszą zarzuty. Magda zajmuje się koordynacją pracy prawników w trakcie i po demonstracjach oraz obsługą telefonu alarmowego, na który dzwonią zatrzymywane bądź legitymowane osoby. 

Aktywistka zaznaczała jednak, że bardzo ważne jest nie tylko wsparcie prawne, ale też po prostu wyrażanie solidarności. Bo to również może poprawić sytuację zatrzymanych osób. - Dochodzą do nas głosy od osób, które wychodzą z komisariatów, że kiedy tam były, albo kiedy spędziły noc w zamknięciu, to usłyszenie dużej grupy osób skandującej "nie jesteś sama" jest czymś bardzo wspierającym - opowiadała Magda. 

- Spotykałyśmy się też z tłumaczeniem policji, że czynności są prowadzone bardzo powoli, ponieważ nie ma możliwości, żeby teraz jakąś czynność przeprowadzić. Sytuacja zmieniała się, kiedy pod komisariatem zaczynał się protest. Wtedy okazywało się, że czynności mogą zostać przeprowadzone, a zatrzymana osoba może zostać zwolniona - dodała aktywistka. 

Działania policji podczas ulicznych protestów zazwyczaj są podobne. Dążą do tego, żeby otoczyć demonstrujących, a następnie masowo ich legitymują. - W środę sytuacja wyglądała jeszcze inaczej - zauważała Magda. Jak relacjonowała, pierwsze pięć osób zatrzymano przed 22, natomiast najbardziej kontrowersyjna sytuacja miała miejsce o 22. Wtedy, bez żadnych wcześniejszych komunikatów, grupa około 40 policjantów ruszyła w stronę demonstrujących. 

- Nie było żadnego wezwania do rozejścia się, a przypomnę, że powinny być trzy takie wezwania - zaznaczyła aktywistka. - Tu nie chodzi też o to, że oni podeszli, aby zacząć czynność. Oni wyciągnęli pałki służbowe, zaczęli uderzać nimi o ziemię, stosowali ewidentne techniki zastraszania ludzi. A potem brutalnie rzucili się na niektóre osoby, żeby je wyciągać. W taki sposób, że jednej z nich w trzech miejscach złamali rękę - relacjonowała Magda. 

Jak mówiła aktywistka, poszkodowaną była 20-letnia dziewczyna. W radiowozie legitymować miał ją zupełnie inny policjant. Według Magdy, funkcjonariusz, który złamał demonstrantce rękę zniknął, a aktywiści nie mieli możliwości ustalić jego tożsamości. 

20-latka twierdzi, że przez kilkadziesiąt minut nie otrzymała pomocy medycznej. - Powtarzała, że nawet przez okno radiowozu widziała medyka, który stal po drugiej stronie ulicy. Kilkakrotnie mówiła funkcjonariuszom, że potrzebuje dostępu do lekarza, ale nie zostało jej to zapewnione - stwierdziła Magda. 

Przyznała, że niezwykle ciężko jest złożyć skargę na zachowanie policjantów. Większość osób się na to nie decyduje, bo wie, że w zdecydowanej większości skargi nie są nawet brane pod uwagę. - Często jest też taki problem, że nie wiadomo, przeciwko komu złożyć taką skargę, ponieważ funkcjonariusze masowo odmawiają podana swoich danych - dodała Magda. 

DOSTĘP PREMIUM